Boże Narodzenie, cała prawda o manipulacjach Świadków Jehowy

Za kilka dni obchodzimy Święto Bożego Narodzenia. Czy Świadkowie Jehowy obchodzą Boże Narodzenie? Obchodzą, ale na swój specyficzny sposób. Prawie co roku, w grudniu, jest artykuł poświęcony temu zagadnieniu. Tym razem jest podobnie. Świadkowie Jehowy manipulują wyrazami: narodziny, rocznica i urodziny…

Czytaj na stronie:
Jaka jest prawda o świętach Bożego Narodzenia? (kliknij)

******

W  komentarzach ks. Adam Skwarczyński pisze:
„Uwaga! “dzieckonmp” przygotowuje drogę Antychrystowi! Przez tego zwodziciela zły duch da Wam “Odwagę, Nadzieję i nową Siłę”!!! TO NIE WYMAGA KOMENTARZA”.

Opublikowano Aktualności, Zagrożenia duchowe | Otagowano , | 41 komentarzy

Ks. abp. Stanisław Wielgus: Największy atak na mnie przypuściły niektóre media prawicowe i katolickie

ks. abpa Wielgusa[…] Z tego, co wiem, niektórzy z nich dostali wielkie pieniądze „za Wielgusa”. Chwalili się, że wyszli z długów, które mieli. Niektórzy chwalili się, że po tym wszystkim zostali prawdziwie docenieni jako dziennikarze. Atak na mnie zatem wykorzystali do celów prywatnych, a mnie zarzucają karierowiczostwo”

*****

W wywiadzie dla Naszego Dziennika, ks. abp. Stanisław Wielgus odniósł się do swojej najnowszej książki autobiograficznej. „Napisałem tę książkę, żeby powiedzieć, jak ja myślę i jak było, a resztę to niech ludzie ocenią” – mówi warszawski arcybiskup senior.
Ks. abp. Stanisław Wielgus pytany przez Nasz Dziennik o sprawę zarzutów Gazety Polskiej, która pisała o jego współpracy z SB wyjaśnił, że „trzykrotnie odmawiał Benedyktowi XVI” przyjęcia nominacji na metropolitę warszawskiego.
– Nie przyjąłem w 1992 r. nominacji na biskupa sandomierskiego, bo uważałem, że to nie jest moja droga, nie czułem się do tego powołany. Miałem świadomość olbrzymiej odpowiedzialności duchowej – tłumaczy.
– Ale jak przyszła po raz drugi papieska prośba w 1999 r., to uznałem, że widocznie taka jest wola Opatrzności, i przyjąłem biskupstwo płockie – dodaje.
Jak przypomina ks. abp. Wielgus, miał jednak opory, aby objąć arcybiskupstwo warszawskie. – Trzykrotnie odmawiałem, proponowałem innych… Ale w końcu uległem, być może jestem za słaby psychicznie, że można było wymusić na mnie taką decyzję. Zgodziłem się, uważając, że taka jest wola Kościoła, którego ja słucham.
I dodaje: Ale w żadnym wypadku nie traktowałem tego jako awansu, jako kariery. Wręcz przeciwnie, jako straszliwy ciężar, bo być w tej chwili biskupem, zwłaszcza biskupem Warszawy, która jest niesłychanie trudnym miastem, to jest ogromna odpowiedzialność.
W rozmowie z „Naszym Dziennikiem” ks. abp. Stanisław Wielgus przyznaje jednak, że w tamtym czasie największy atak na niego przypuściły niektóre media prawicowe i katolickie. – Cały czas jednak trudne jest dla mnie do uwierzenia to, że tzw. katoliccy dziennikarze wzięli w tym ataku na mnie zasadniczy udział – przyznaje.
– Niektórzy, zwłaszcza celował w tym Tomasz Terlikowski, malowali mój obraz jako karierowicza, który dla kariery gotów jest zrobić wszystko. A ja jestem wewnętrznie przekonany, że zupełnie mi na karierze nie zależało. Jeśli już miałem jakieś plany, to chodziło mi o rozwój nauki, o nic więcej – wymienia.
Wiele żalu ks. abp. Stanisław Wielgus ma także do ówczesnego prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Przyznaje, że „faktem jest, że Lech Kaczyński stał się moim nieprzyjacielem i bardzo mu zależało, żebym nie został arcybiskupem warszawskim”.
Jednak, jak zaznacza w rozmowie z „Naszym Dziennikiem”, „widocznie był czymś straszony czy szantażowany, że podjął później takie, a nie inne decyzje. Ale według mojego przekonania, to były siły zewnętrzne, absolutnie nie kościelne i nie religijne, które skoncentrowały się na ataku na mnie. Ostatecznie Kościół został uwikłany w ogromną awanturę”.
Podobnie, jak zauważa w wywiadzie szantażowano i naciskano na ks. Prymasa Józefa Glempa, który skrytykował nagonkę.
Dopytywany, czy ktoś próbował naprawić wyrządzone szkody, odpowiedział: – Z tego, co wiem, niektórzy z nich dostali wielkie pieniądze „za Wielgusa”. Chwalili się, że wyszli z długów, które mieli. Niektórzy chwalili się, że po tym wszystkim zostali prawdziwie docenieni jako dziennikarze. Atak na mnie zatem wykorzystali do celów prywatnych, a mnie zarzucają karierowiczostwo”
Michał Polak
Opublikowane za osobistą zgodą ks. Ryszarda Halwy:
Źródło: http://prawy.pl

Opublikowano Wydarzenia | Otagowano , , , | 8 komentarzy

Ks. prof. Paweł Bortkiewicz: Wigilia to nie spotkanie integracyjne. Nie róbmy ze Świąt karykatury

To, co obserwujemy w tej chwili, to niewątpliwie przejawy szatańskiej agresji

„Tworząc z Wigilii spotkania integracyjne, pozbawiając Święta religijnego wymiaru, tworzymy ich karykaturę, a samych siebie narażamy na śmieszność” – mówi ks. prof. Paweł Bortkiewicz.

Portal Fronda.pl: Im bliżej do Świąt Bożego Narodzenia, tym więcej agresywnych ataków na te ważne dla chrześcijan dni. W Brukseli zniszczono szopkę bożonarodzeniową, a figury Maryi i Józefa pobito pałami. Na polskim podwórku także nie brak takich wulgarnych akcentów, choćby takich, jak koszulki firmy House z napisem „F**k your xmas”. Dlaczego Święta, które przecież jeszcze do niedawna cieszyły większość ludzi, nawet niekoniecznie związanych z Kościołem, dziś wywołają taką wściekłość? Czy mógłby Ksiądz wskazać jakąś przyczynę tego zjawiska?

Ks. prof. Paweł Bortkiewicz: To ciekawe, a zarazem bardzo trudne pytanie. Nie wiem, czy będę umiał wskazać jednoznaczną przyczynę, poza dość ogólną i teologiczną perspektywą walki szatana z Bogiem. To, co obserwujemy w tej chwili, to niewątpliwie przejawy szatańskiej agresji, odzwierciedlającej się w ludzkich postawach. Myślę, że to wszystko ma swoją skalę dynamiki. Kilkanaście lat temu rozpoczynaliśmy od procesu radykalnej laicyzacji, problemu sekularyzacji, która oczywiście jest bardzo złożonym i ambiwalentnym zjawiskiem, ale która doprowadziła do zacierania granic pomiędzy sacrum i profanum Żyjemy w świecie postmodernizmu, który najkrócej można opisać jako płynną ponowoczesność, w której nie mam miejsca na jednoznaczne określenie prawdy, dobra, wartości… Do tego dochodzą również pewne wektory polityczne. Dokładnie rok temu przeżywaliśmy deklarację pani Bratkowskiej, związaną z chęcią dokonania aborcji w Wigilię. Teraz, na tydzień przed Świętami Bożego Narodzenia minister Fuszara proponuje przyspieszenie prac nad ustawą o związkach partnerskich. W kontekście tradycyjnych Świąt, życia i miłości ponawiane są ataki zarówno na wartość życia, jak i wartość miłości. To wszystko przyczynia się do osłabienia wrażliwości w człowieku współczesnym na wartość Świąt. Mylą się ci, którym wydaje się, że są to jakieś nieistotne elementy, zachowania kulturowe,  drobnostki takie, jak obecność Czubaszek i Nergala w Empiku jako „ikon” (nie znajduję słów pogardy dla takich ikon) Bożego Narodzenia. To nie jest drobny element, ale mozaika, która składa się na antychrześcijańską, antyludzką wizję rzeczywistości. To jest próba przenicowania metafizycznego świata, w którym zatracamy wartość dobra i inne wartości a to, co jest godne najwyższej pogardy staje się przedmiotem najwyższego uznania.

Wspomniał Ksiądz o Nergalu i Czubaszek w kampanii Empiku – no właśnie, skąd taka tendencja do angażowania w świąteczne kampanie czy opowieści o Świętach ludzi, którzy przecież nie mają z tą rzeczywistością wiele wspólnego? Wystarczy przejrzeć świąteczne wydania największych tygodników – tam o Świętach opowiadają celebryci albo ateiści, dla których są to po prostu zwykłe dni w roku. Wspomniana pani Czubaszek opowiadała, że u niej w Wigilię je się parówki. Po co drukuje się wywiady z takimi osobami w świątecznych gazetach? Czy chodzi o odarcie Świąt z ich religijnego, chrześcijańskiego wymiaru? Przecież coraz częściej mówi się już nie o Świętach, ale na przykład „winter holidays”.

Myślę, że właśnie tak jest – chodzi o odsakralizowanie Świąt i zdjęcie z nich szlachetnego dziedzictwa chrześcijaństwa, uczynienie z nich zupełnie laickiego dnia wolnego. Do wskazanych przez Panią przykładów dorzuciłbym jeszcze reklamę Lidla, który mówi o Świętach Bożego Narodzenia w kategorii „tego dnia”. To ta sama kategoria, w której jakiś czas temu inna firma reklamowała podpaski dla kobiet – to też były „te dni”. To są zjawiska, które nie tylko desakralizują, ale trywializują, a wręcz wulgaryzują rzeczywistość Świąt. Mamy do czynienia z próba redukcji tak symboli, jak i samej nazwy Świąt. Nie mówi się już o Bożym Narodzeniu, ale o „tym dniu”, „tych świętach” albo „winter holidays”. Zanika też symbol żłóbka, pojawiają się najwyżej bezpostaciowe anioły, które nie wiadomo co symbolizują i z czym są związane. Jest jeszcze choinka, ale bez tego wymiaru, który wskazuje na jej symbolikę. Myślę, że kwestia opłatka również jest marginalizowana, odzierana z symboliki. Pokazywanie świąt przez pryzmat celebrytów-ateistów ma nam chyba też zasugerować, że żyjemy w społeczeństwie tak dalece pluralistycznym, że my chrześcijanie jesteśmy w mniejszości a styl, który był związany z celebracją Świąt jest rzeczywistością przeszłą. Niezależnie od tego, ilu tych celebrytów jest, musimy pamiętać, że jednak większość tradycyjnych, polskich rodzin, zarówno w kraju, jak i na emigracji, przeżywa święta inaczej, niż pokazują to media. Niemniej, do naszej mentalności przedostaje się świadomość, że wielu ludzi znaczących, głośnych, z pierwszych stron gazet, świętuje inaczej. Może tworzyć się poczucie, że jesteśmy w mniejszości. Być może manipulatorom i socjotechnikom naszej świadomości o to właśnie chodzi.

Dostrzega Ksiądz hipokryzję w tym, że ci ateiści i zwolennicy świeckości/neutralności światopoglądowej także spotykają się z okazji Wigilii? Może nie dzielą się opłatkiem, ale już rybkę chętnie zjedzą, a i prezentami z przyjemnością się wymienią. Przecież w wielu korporacjach, które na co dzień podkreślają swoją światopoglądową neutralność, organizowane są tzw. opłatki. Po co? Wojciech Cejrowski ostro napisał, że wkurza go to, że ludzie niewierzący sięgają po opłatek. „Jeśli człowieku nie wierzysz, to bądź konsekwentny i nie bierz do łapy czegoś co wprost symbolizuje Hostię, Jezusa żywego itd.” – wezwał podróżnik. Zgodziłby się Ksiądz z takim ostrym apelem?

Zgadzam się, zarówno z tą diagnozą, jak i z apelem, aby nie brać się za to, co jest dla kogoś zupełnie obce. Zwróciłbym uwagę na jeszcze jedną sprawę. Z podanych przykładów wynika bardzo ciekawy wniosek. Święta Bożego Narodzenia, typowo chrześcijańskie, mają swój wymiar na wskroś religijny, ale także antropologiczny, humanistyczny. One są wspaniałą integracją, tworzą wspólnotę ludzi. Wiemy, że doświadczenie Świąt jednoczony nas dogłębnie, tworzy z nas wspólnotę. Ale jednoczy nas przede wszystkim dzięki temu, że przeżywamy to zjednoczenie we wspólnocie z Bogiem, który przychodzi na świat, który staje się człowiekiem. Ci, którzy próbują zawłaszczać sobie tę pierwszą część, tworząc z Wigilii Bożego Narodzenia spotkania integracyjne, pozbawiając się jednocześnie tej drugiej części, najistotniejszej, w gruncie rzeczy dokonują karykatury tej pierwszej sfery. Próbując traktować wigilijne spotkanie wyłącznie jako prostą socjotechnikę, skazują siebie na dużą śmieszność. Ta integracja opłatkowo-wigilijna bez uwzględnienia wymiaru religijnego jest karykaturą, żenadą, nieudolnym naśladowaniem na poziomie głupoty.

Z jednej strony Polacy wciąż z dużą nadzieją czekają na Święta, bo będą mogli odpocząć od pracy, spotkać się z rodziną, zjeść coś smacznego i obdarować się prezentami, a z drugiej… Święta stają się dla nich istną katorgą. Jeden z głównych tygodników opinii drukuje w świątecznym(!) numerze artykuł o tym, jak to Polacy są zmęczeni harówą przed Świętami, lepieniem tony pierogów, bieganiem z wywieszonym językiem za prezentami i sprzątaniem. Później tacy umordowani siadają za stołem, a tam znienawidzona teściowa i jej uszczypliwe uwagi, podpity teść i awantura gotowa. Po pierwsze, czemu ma służyć publikacja takich tekstów w przeddzień Świąt? Po drugie, czyż nie jest tak, że to przecież od nas zależy to, jak spędzimy Święta? Nie musimy gotować hektolitrów barszczu i spotykać się z nielubianymi ciotkami, można to wszystko inaczej zorganizować…

Po pierwsze, niektóre z tygodników, próbując ratować swoje istnienie, nieustannie sięgają o metodę szokowania czytelnika bulwersującymi i mało wiarygodnymi artykułami. Jeśli nawet zdarza się, że Wigilia bywa wydarzeniem uciążliwym dla osób ze względu na ich wzajemne animozje, to jest to kwestia, którą być może można zażegnać poprzez pojednanie. Nie przeceniałbym skali tych problemów, nie stawiałbym tego w takiej perspektywie. Równie dobrze, mógłbym powiedzieć autorom tego numeru, że słyszałem o ludziach, którzy po wzięciu do ręki ich tygodnika, dostają torsji. Na sam kontakt fizyczny z daną gazetą mają alergię, którą później długo leczą. To są tego typu argumenty, których jednak nie chciałbym stosować, aby nie schodzić do takiego poziom opisu rzeczywistości, jaki proponuje tygodnik.
Rozm. Marta Brzezińska-Waleszczyk

Opublikowano Wydarzenia | Otagowano | 8 komentarzy

Ks. Adam Skwarczyński: ISKRA Z POLSKI – 20 grudnia godz. 19.00…

Akt osobistego ofiarowania się Bogu do momentu Powtórnego Przyjścia Jezusa za nawrócenie grzeszników całej ziemi.

Ojcze Przedwieczny, / zbliża się godzina / Powtórnego Przyjścia na świat Twojego Syna, / związana z „Ostrzeżeniem”, / „małym sądem”, / „prześwietleniem sumień”. / Zanurzam więc wszystkich mieszkańców ziemi / w Najświętszej Krwi Jezusa, / ofiarowanej Tobie na ołtarzach świata. / Zanurzam ich w krwawych łzach, / płynących z figur i obrazów / Najświętszej Maryi Dziewicy oraz Świętych. /Zanurzam ich w trudzie i cierpieniach własnych, / składających się na mój codzienny krzyż. / Przez wszystkie dni, / dzielące nas jeszcze od Przyjścia Jezusa, / jednoczę swój krzyż z Jego Krzyżem, / a swoje serce z Jego Sercem. / Płomień swojej miłości / łączę z Ogniem Ducha Świętego, / rzuconym na ziemię przez Twojego Syna. / Jako ofiara za nawrócenie grzeszników ziemi / rozkrzyżowuję przed Tobą moje ręce / i tymi słowami oddaję się Tobie, mój Ojcze: / OTO JESTEM! / ŚWIĘTY BOŻE, / ŚWIĘTY MOCNY, / ŚWIĘTY NIEŚMIER­TELNY, / ZMIŁUJ SIĘ NAD NAMI I NAD CAŁYM ŚWIATEM. / AMEN.

ISKRA Z POLSKIprzeczytaj i przekaż innym!

     Objawienia „Prorokini Naszych Czasów” Maryi, Jej pouczenia i upomnienia, powinny budzić w naszych sercach żywy oddźwięk, zwłaszcza że są dziś często „uwierzytelnione” Jej krwawymi łzami. Maryja odsyła nas do Apokalipsy św. Jana oraz innych ksiąg Pisma Świętego, a zarazem przygotowuje do tryumfu swego Niepokalanego Serca, zapowiedzianego w Fatmie. Ten tryumf wiąże się niewątpliwie z Powtórnym Przyjściem Jej Boskiego Syna, zwanym Paruzją, a zarazem z Nowym Zstąpieniem Ducha Świętego (Nową Pięćdziesiątnicą – określenie Jana Pawła II). Zbliża się więc „Ostrzeżenie”, „mały sąd”, „prześwietlenie sumień”, spotkanie każdego mieszkańca ziemi oko w oko z przychodzącym Jezusem.
Dla jednych – dla Jego prawdziwych przyjaciół – będzie to spotkanie wzniosłe i piękne, choć za chwilę także bolesne, gdy zobaczą całe swoje życie Jego oczyma i będą bić się ze skruchą w piersi. Biada jednak tym, których Jego Przyjście zastanie zupełnie nieprzygotowanymi, a może nawet zasiedlonymi przez szatana, który po grzechu ciężkim zajmuje w każdej duszy tron Bogu należny! Będzie to dla nich porównywalne z duchową agonią, która może się nawet wiązać z fizyczną śmiercią i wiecznym potępieniem! Takich ludzi mogą być całe miliardy…
Chyba właśnie o nich myślał Pan Jezus, gdy zapowiedział świętej Faustynie wyjście z Polski „iskry”, która przygotuje świat na to Jego Przyjście. Na pewno przez „świat” rozumiał nie struktury polityczne, społeczne lub gospodarcze, lecz niepokutujących grzeszników całego świata, za których przelał swoją Krew i których pragnie zbawić, a nie odrzucić z wyrokiem potępienia. Sam nie może za nich powtórnie umrzeć, szuka więc dzisiaj w Polsce ochotników, którzy by ofiarowali się Ojcu za ludzkość. Kto więc jest w stanie podjąć swój codzienny krzyż i złączyć go z Jego Krzyżem, a wynikającą stąd ofiarę z Jego Ofiarą, może stać się „małym Chrystusem” przed obliczem Ojca Niebieskiego, ratując ogromną liczbę grzeszników od wiecznej śmierci. Może stać się tą właśnie „iskrą”, od powstania której nasz Pan uzależnił swoje Przyjście! Skuteczność jego ofiary będzie wypływać nie z jej własnej wartości, tak przecież nikłej, lecz ze zjednoczenia każdego z nas z Jezusem i Jego Ofiarą.
Drogi Czytelniku, który prawdopodobnie i tak niesiesz za Jezusem swój codzienny krzyż, czy nie zechciałbyś razem z nami tworzyć tej „iskry”? Za dzień jej zaistnienia uważamy 20 grudnia 2014 roku, kiedy to grupa osób, po odpowiednim przygotowaniu, po zjednoczeniu się z Jezusem we Mszy świętej przez Dar Jego Najświętszego Ciała i Krwi, posłużyła się słowami prostego aktu, tutaj zamieszczonego dość dużymi literami. Ksiądz ich prowadzący złożył jednocześnie Bogu siebie samego – swoje życie, krzyż, swoją krew – za wszystkie osoby, które tworzą i będą tworzyć tę „iskrę” aż do godziny Przyjścia Pana. W tej godzinie ich rola jako ukrzyżowanych za cały świat zakończy się.
Jakimi zasadami powinieneś się kierować, chcąc do nas dołączyć? Są one nieliczne, a zarazem bardzo proste.
1 – Akt tu zaproponowany możesz odmówić tylko raz, nie jest konieczne codzienne powtarzanie go. Możesz całkiem go pominąć, a posłużyć się własnymi słowami o podobnej treści. Dobrze by jednak było każdego dnia, wstając z łóżka, podejmować krzyż tego dnia za całą ziemię bardzo krótkimi słowami modlitwy, np. BOŻE, OTO JESTEM. Może im towarzyszyć gest rozkrzyżowanych rąk. Gdybyś któregoś dnia chciał się z tej drogi wycofać z jakichś powodów, po prostu w swoim sercu odwołasz swoją ofiarę. Nie jest to więc „wielkie ryzyko”, przed którym mógłby Cię zniechęcać czy zatrważać piekielny zwodziciel.
2 – Musisz starać się być codziennie w stanie łaski uświęcającej. Grzech ciężki, który nas jej pozbawia i detronizuje Boga, a wprowadza szatana na Jego tron w duszy, odebrałby naszej ofierze jej wartość. Jak prowadzić do Boga innych, zdobywać dla Niego ich dusze, gdy nasza własna woła o ratunek?
3 – W każdej Mszy świętej możesz łączyć swoją ofiarę z Najświętszą Ofiarą Jezusa, np. w czasie przygotowywania darów chleba i wina, w momencie składania Ofiary (gdy kapłan podnosi Święte Postaci ze słowami „Przez Chrystusa… Tobie, Boże Ojcze… wszelka cześć…”), jak też po Komunii świętej. Gdy spotka Cię jakiś cios lub cierpienie, możesz natychmiast ponowić swoją ofiarę za ludzkość, a nawet złączyć ją z ofiarą Mszy świętych, celebrowanych w tym czasie na świecie.
4 – Okrywszy „skarb”, jakim jest nasza „iskra”, nie „zakopiesz go w ziemi”, lecz będziesz pewno apostołować w swoim otoczeniu, przekazując innym tę wzniosłą i ważną ideę, np. przez rozpowszechnianie tego pisemka. W ten sposób nie tylko jakaś grupa ludzi, lecz cała Polska mogłaby wypełnić swoje zadanie wobec świata, zgodnie z planem naszego Króla, Mistrza i Odkupiciela przyczyniając się do zbawienia tych wszystkich, których On za najwyższą cenę odkupił.
– Wtajemniczeni mówią, że nasze szczęście w Niebie będzie tym większe, im większej liczbie dusz pomożemy do niego się dostać, gdyż będziemy cieszyć się także ich niepojętym szczęściem. Jak wielka może być więc chwała małych iskierek, tworzących „wielką iskrę”!
Na to wspaniałe apostolstwo (choć może niezbyt długie co do czasu) wszystkich błogosławię w Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, zapewniając o złączeniu na stałe Waszych ofiar z Ofiarą Jezusa we Mszy świętej. Za Was też ośmielam się siebie samego Bogu ofiarować aż do ostatniej kropli krwi.
Ks. Adam Skwarczyński

Pobierz (Word): ISKRA Z POLSKI – przeczytaj i przekaż innym!

Opublikowano Modlitwa, Wydarzenia | Otagowano , | 41 komentarzy

Ks. Dominik Chmielewski: Błogosławieństwo ma wielką moc – jednak nie każdy może kłaść ręce na głowę, bo to znak inicjacyjny

Ks. Dominik Chmielewski:  Krew Jezusa to broń atomowa

Tak ważne jest modlić się za tych, którzy nas przeklinają….
„… wszelka moc inicjująca przechodzi przez głowę: święcenia kapłańskie, biskupie… – to jest gest inicjujący, rytualny – położenia ręki na glowie. Przez ten gest -położenia ręki na głowie -przychodzi namaszczenie, przychodzi moc Ducha Świętego. I tu WAŻNA UWAGA – ŻEBY NIE DAC SOBIE KŁAŚĆ RĘKI NA GŁOWIE OSOBOM ŚWIECKIM (poza małżonkami, rodzicami)

Opublikowano Pomoc duchowa, Rekolekcje, Wydarzenia | Otagowano , | 32 komentarzy

Promocja kazirodztwa pełną gębą – tęczowi unijni dewianci uczą dzieci uprawiania seksu z rodzicami.

Wszelki komentarz zbędny… kazirodztwo pełną parą (instruktaż zamieszczony w Gazecie Wybiórczej na temat pieszczot tatusiów z córkami – aż do „opuchnięcia jej  narządów…”) i ten głupkowaty, by nie rzec – debilny, uśmiech Senyszynowej, wyzwolonej służki złego ducha.
To tylko minuta filmu, ale rozjaśni wam rodzicom co nieco „pomrocznosci jasne” – w sam raz przed Świętami, gdzie się rodzi Boża Dziecina. Może ten film obudzi sumienia wielu i zaczną odpowiednio myśleć, wychowywać, głosować….

Dla wytrwałych całość materiału:

Opublikowano Aktualności, Zagrożenia duchowe | Otagowano , , , | 21 komentarzy

Ojciec Pio i nieznany stygmat, o którym opowiedział Karolowi Wojtyle: „ten na ramieniu, o którym nikt nie wie i który nawet nie jest opatrywany”.

W jednym z wywiadów kardynał Deskur przytacza relację z tego spotkania, którą usłyszał od Wojtyły: „Z Ojcem Pio rozmawialiśmy jedynie o jego stygmatach. Zapytałem, który ze stygmatów sprawia mu największy ból. Byłem przekonany, że ten w sercu. Ojciec Pio bardzo mnie zaskoczył mówiąc: »Nie, najbardziej boli mnie ten na ramieniu, o którym nikt nie wie i który nawet nie jest opatrywany«”.

Była to rana, którą „odkryto” dopiero po śmierci Pio. W 1971 r. brat Modestino Fucci, który otrzymał zadanie uporządkowania rzeczy o. Pio, znalazł wśród nich wełniany podkoszulek ze śladem krwawej wybroczyny o średnicy około 10 cm na ramieniu, blisko obojczyka. Oficjalnie ranę tę uznano dopiero w roku 1987. Wtedy właśnie ks. Gaetano Intrigillo, zajmujący się na co dzień badaniem Całunu Turyńskiego, przedstawił wyniki porównania śladów z podkoszulka z tymi na całunie. Okazało się, że są podobne. Na tej podstawie Intrigillo stwierdził, że plama na podkoszulku Pio jest „znakiem uszkodzeń ciała na prawym ramieniu, które można przypisać tradycyjnemu noszeniu całego krzyża”.

”O Najukochańszy Jezu mój, Ty Najcichszy Baranku Boży, ja biedny grzesznik pozdrawiam i czczę TĘ RANĘ TWOJĄ NAJŚWIĘTSZĄ, która Ci sprawiła ból bardzo dotkliwy, gdyś niósł Krzyż ciężki na Swym Boskim Ramieniu. Ból cięższy i dotkliwszy, niż inne Rany na Twoim Świętym Ciele. Uwielbiam Cię oddaję cześć i pokłon z głębi serca.
Dziękuję Ci za Tę Najgłębszą i Najdotkliwszą RANĘ Twego Ramienia. Pokornie proszę, abyś dla tej srogiej boleści Twojej, którą w skutek Tej Rany cierpiałeś i w Imię Krzyża Twego ciężkiego, któryś na tej Ranie Świętej dźwigał, ulitować się raczył nade mną nędznym grzesznikiem, darował mi wszystkie grzechy i sprawił, aby wstępując w Twoje Krwawe Ślady doszedł do szczęśliwej wieczności. Amen ”.
Odmówić trzy razy Ojcze Nasz… i trzy razy Zdrowaś Maryjo.

Więcej: Najświętsza Rana Ramienia Pana Jezusa – tutaj nie ma dostępu żadne zło, żaden demon tutaj nie wejdzie – kliknij

*************

Ojciec Pio i Jan Paweł II. Prosty zakonnik, „który potrafi tylko się modlić” i wielki papież, który zmienił oblicze Kościoła i świata. Ich drogi spotkały się kilka razy. Dla Karola Wojtyły było to niezapomniane przeżycie.

Spotkanie owiane legendą

Młody, dwudziestoośmioletni ksiądz Karol Wojtyła, wyświęcony ledwie półtora roku wcześniej w Krakowie, teraz student Papieskiego Międzynarodowego Atheneum Angelicum, z dopiero co obronionym licencjatem i otwartym przewodem doktorskim, jedzie z Rzymu do Foggii, by potem dostać się do odległego o 40 km San Giovanni Rotondo, gdzie żyje słynny kapucyn, mistyk, stygmatyk, o którym mówią całe Włochy. Towarzyszy mu o trzy lata młodszy kolega z Polski, wówczas jeszcze kleryk, ks. Stanisław Starowieyski.

Listopadowe sobotnie przedpołudnie. W biurze Sekretariatu Stanu w Watykanie Angelo Battisti siedzi przy swoim biurku i przegląda dokumenty. Jak co tydzień sprawdza, co jeszcze powinien zrobić przed wyjazdem, a co spokojnie może poczekać do poniedziałku. Do pokoju wchodzi ks. Gugliemo Zannoni, również pracownik Sekretariatu, i wręcza Angelo kopertę: „Przekaż, proszę, ten list o. Pio, to bardzo pilne”. Battisti niemal odruchowo wkładają do teczki z pozostałą korespondencją przeznaczoną dla Stygmatyka z San Giovanni Rotondo. Wiele osób wie o jego kontaktach z o. Pio i często jest proszony o doręczenie mu różnych pism i intencji modlitewnych. Nie ma więc na razie powodu, by traktować list otrzymany z rąk Zannoniego jakoś szczególnie.

Angelo Battisti przez pięć dni tygodnia przepisywał na maszynie dokumenty w watykańskim Sekretariacie Stanu, natomiast w weekendy zajmował się administrowaniem Domu Ulgi w Cierpieniu. Aby pogodzić te dwa zajęcia, w każdą sobotę jechał prawie 400 km z Rzymu do San Giovanni Rotondo, na miejscu doglądał szpitala, a w niedzielę wieczorem wracał do Watykanu. Zazwyczaj trasę tę pokonywał pociągiem, ale tego dnia – zaintrygowany nieco ponaglającym tonem ks. Zannoniego – postanowił pojechać samochodem. Do San Giovanni Rotondo dotarł późnym wieczorem. Okazało się, że na chwilę osobistej rozmowy z o. Pio może liczyć dopiero w niedzielę po południu. Wtedy właśnie doręczył list.

Ojciec Pio poprosił, aby Angelo przeczytał I list na głos. Odczytał więc napisany na firmowym papierze Krakowskiej Kurii Metropolitarnej tekst: „Wielebny Ojcze, proszę o modlitwę w intencji czterdziestoletniej matki czterech córek z Krakowa w Polsce (podczas ostatniej wojny przebywała pięć lat w obozie koncentracyjnym w Niemczech), obecnie ciężko chorej na raka i będącej w niebezpieczeństwie utraty życia: aby dobry Bóg przez wstawiennictwo Najświętszej Dziewicy okazał swoje miłosierdzie jej samej i jej rodzinie”. Data: 17 listopada 1962 r. Podpis: Karol Wojtyła, Wikariusz Kapitulny Krakowa w Polsce.

Dopiero teraz Battista się zdziwił. Po co był ten pośpiech? List był jak tysiące innych, które przekazywał kapucyńskiemu mistykowi. Nazwisko biskupa też nic mu nie mówiło. W prawdziwe osłupienie wprawiły go jednak dopiero słowa o. Pio: „Angelino, jemu nie można odmówić. Zapewnij go, że będę się gorąco modlił za tę mamę”. Wracając do Rzymu, Angelo nadal zastanawiał nad tym, co usłyszał od Pio. Po powrocie wypytał w pracy jeszcze kilku kolegów, ale żaden z nich nie umiał powiedzieć nic szczególnego o tym polskim biskupie.

już dobrze?

Karol Wojtyła, który przybył do Rzymu miesiąc wcześniej, w październiku 1962 r., na pierwszą sesję II Soboru Watykańskiego, rzeczywiście nie był wówczas zbyt dobrze znany w Watykanie. Dopiero niedawno został biskupem. Wyjeżdżając z Krakowa, dowiedział się, że jego przyjaciółka, Wanda Półtawska, jest ciężko chora. Kiedy był już w Rzymie, dostał od jej męża telegram, z którego dowiedział się, że stan kobiety się pogarsza. Lekarze byli prawie pewni, że przyczyną jest nowotwór złośliwy, dawali jej zaledwie 18 miesięcy życia. Młody biskup powiedział o tym najbliższej mu w Rzymie osobie – księdzu Andrzejowi Marii Deskurowi, który już od dziesięciu lat pracował w Watykanie. To on doradził przyjacielowi, by polecił ich wspólną znajomą modlitwom o. Pio. W tym czasie Deskur przebywał w sanatorium po zawale serca, ale zaofiarował się, że zajmie się przekazaniem listu do rąk stygmatyka, doskonale znał bowiem Zannoniego i Battistiego, utrzymujących stały kontakt z o. Pio.

Tydzień po napisaniu listu – 28 listopada – Wojtyła zadzwonił do męża Półtawskiej. Dowiedział się od niego, że w sposób niewytłumaczalny dla lekarzy nowotwór zniknął. Biskup nie miał wątpliwości, że cud wyprosił o. Pio. Kilka dni później ponownie napisał do niego, tym razem gorąco dziękując za modlitwę.

Podobnie jak poprzednim razem doręczycielem listu był Angelo Battisti. Ojciec Pio znowu poprosił go o odczytanie listu na głos. Bardzo odpowiadało to Battistiemu, ponieważ był niezwykle ciekawy dalszego ciągu tej historii. O. Pio nie reagował w ogóle na treść listu. Dopiero po kilku minutach poprosił, aby zachować oba listy, ponieważ któregoś dnia „będą bardzo ważne”. Po śmierci o. Pio, Battisti włożył je do większej koperty i schował w domu w szufladzie biurka. Odnalazł je przypadkiem w październiku 1978 r.

Po powrocie do Polski Karol Wojtyła nie omieszkał opowiedzieć Wandzie Półtawskiej o wstawiennictwie o. Pio. Mówił o nim z wielką żarliwością, ale jej trudno było uwierzyć, że nieznany jej włoski mistyk wybłagał dla niej cud. Gdy w 1967 r. Półtawskiej udało się wyjechać za granicę, postanowiła jednak odwiedzić także San Giovanni Rotondo. Tam po Mszy św. podszedł do niej o. Pio, położył rękę na jej głowie i zapytał: „A więc już dobrze?”. Od tej pory miała pewność, że to jego modlitwie zawdzięcza uzdrowienie.

Być może to, że Karol Wojtyła doświadczył bezpośrednio mocy modlitwy o. Pio, upewniło go o świętości tego zakonnika. Od tej pory wielokrotnie manifestował to swoje przekonanie w różnych miejscach i przy różnych okazjach. Być może jednak uzdrowienie to tylko potwierdziło opinię, jaką miał o kapucyńskim stygmatyku już od kilkunastu lat, czyli od swojego pierwszego – a właściwie jedynego – z nim spotkania w 1948 r.

tajemnicza rana

Pod koniec listopada 1946 r. młody ksiądz Karol Wojtyła rozpoczął w Rzymie swoje studia. Z dużym prawdopodobieństwem można przypuszczać, że tu po raz pierwszy usłyszał o Pio, o stygmatach, o przypisywanych mu cudach, ale również o towarzyszących tej postaci kontrowersjach. W swojej książce „Dar i tajemnica” Jan Paweł II wspomina, że bardzo „chciał zobaczyć ojca Pio, uczestniczyć w odprawianej przez niego Mszy św. i – o ile to możliwe – wyspowiadać się u niego”. Co go tam ciągnęło? W marcu 1947 r. zmarł po długich i bardzo ciężkich cierpieniach ojciec duchowy Karola Wojtyły, Jan Tyranowski. On zaszczepił w nim fascynację mistyką, niejako wprowadził go w świat św. Jana od Krzyża i św. Teresy. Przez pewien czas Karol Wojtyła nosił się nawet z zamiarem wstąpienia do Karmelu. Może chciał znów na własne oczy zobaczyć kogoś, kto obcuje z Bogiem tak blisko jak krawiec Tyranowski. A może była to zwykła ciekawość…

Karol Wojtyła pojechał do San Giovanni Rotondo po Wielkanocy 1948 r. Kiedy wraz z przyjacielem, ks. Stanisławem Starowieyskim, dotarli na miejsce, był już późny wieczór. Udali się do kościoła, ale ten już z wolna pustoszał. Wojtyła wszedł jednak do zakrystii, gdzie Pio miał zwyczaj spowiadać mężczyzn (kobiety spowiadał w kościele). Nie zdążył się co prawda wyspowiadać, ale udało mu się zamienić ze Stygmatykiem kilka słów.

Wokół tego króciutkiego spotkania narosło w późniejszym czasie wiele legend. Szczególnie wiele spekulacji pojawiło się po zamachu na Jana Pawła II w 1981 r. Wtedy to na pierwszej stronie „La Gazzeta del Mezzogiorno” ukazał się artykuł zatytułowany: „»Będziesz papieżem we krwi« – powiedział mu ojciec Pio”. Przez następny miesiąc prasa wrzała, pojawiały się kolejne wersje proroctwa i komentarze. Mimo że Jan Paweł II co najmniej trzykrotnie zaprzeczał, jakoby miał usłyszeć od o. Pio jakiekolwiek proroctwo, echa tej plotki pojawiają się w różnych publikacjach do dzisiaj. W jednym z wywiadów kardynał Deskur przytacza relację z tego spotkania, którą usłyszał od Wojtyły: „Z Ojcem Pio rozmawialiśmy jedynie o jego stygmatach. Zapytałem, który ze stygmatów sprawia mu największy ból. Byłem przekonany, że ten w sercu. Ojciec Pio bardzo mnie zaskoczył mówiąc: »Nie, najbardziej boli mnie ten na ramieniu, o którym nikt nie wie i który nawet nie jest opatrywany«”.

Była to rana, którą „odkryto” dopiero po śmierci Pio. W 1971 r. brat Modestino Fucci, który otrzymał zadanie uporządkowania rzeczy o. Pio, znalazł wśród nich wełniany podkoszulek ze śladem krwawej wybroczyny o średnicy około 10 cm na ramieniu, blisko obojczyka. Oficjalnie ranę tę uznano dopiero w roku 1987. Wtedy właśnie ks. Gaetano Intrigillo, zajmujący się na co dzień badaniem Całunu Turyńskiego, przedstawił wyniki porównania śladów z podkoszulka z tymi na całunie. Okazało się, że są podobne. Na tej podstawie Intrigillo stwierdził, że plama na podkoszulku Pio

jest „znakiem uszkodzeń ciała na prawym ramieniu, które można przypisać tradycyjnemu noszeniu całego krzyża”.

Dlaczego jednak Pio nie powiedział o tej ranie swoim współbraciom, a młodemu polskiemu księdzu, który zabłąkał się gdzieś w zakrystii? Wiele osób dopatruje się w tym zdarzeniu dowodu na to, że święty stygmatyk przeniknął przyszłość Wojtyły już w czasie tego pierwszego spotkania. A może to tylko dopisywane po latach interpretacje?

Karol Wojtyła wyspowiadał się u Ojca Pio dopiero następnego dnia, uczestniczył też we Mszy św. celebrowanej przez Stygmatyka. Wspominał to wiele lat później: „Miało się świadomość, że tu na ołtarzu w San Giovanni Rotondo spełnia się ofiara Samego Chrystusa, ofiara bezkrwawa, a równocześnie te krwawe rany na rękach kazały myśleć o całej tej ofierze, o Ukrzyżowanym. Poniekąd do dzisiaj mam przed oczyma to, co wówczas widziałem. To pierwsze spotkanie z żywym jeszcze Stygmatykiem z San Giovanni Rotondo uważam za najważniejsze i za nie w szczególny sposób dziękuję Opatrzności”.

„w jakim punkcie jesteśmy ze Sprawą?”

Karol Wojtyła był zatem zafascynowany postacią Pio na długo przed oficjalnym uznaniem jego zasług przez Kościół. Według Wandy Półtawskiej, po śmierci o. Pio Wojtyła modlił się nie za niego, ale do niego, prosząc o wstawiennictwo w różnych sprawach. Nic więc dziwnego, że gdy w 1972 r. postulator procesu beatyfikacyjnego o. Bernardino da Siena rozesłał do kardynałów, arcybiskupów, biskupów oraz „osobistości świata eklezjalnego”6 prośbę, aby pisali listy postulacyjne do papieża, jedna z pierwszych odpowiedzi przyszła od episkopatu polskiego. W jej treści powoływano się na osobiste doświadczenia „niektórych z nas” związane ze spotkaniem o. Pio. Nie ma wątpliwości, kto był redaktorem tego listu.

„Każdego dnia modlę się do o. Pio” – miał powiedzieć kardynał Karol Wojtyła do swojego przyjaciela kardynała Deskura, gdy w pierwszych dniach listopada 1974 r. odwiedzili San Giovanni Rotondo wraz z kilkoma innymi polskimi księżmi. Tak krakowski kardynał chciał uczcić kolejną rocznicę swoich święceń kapłańskich. Po odprawieniu Mszy św. w krypcie przy grobie o. Pio, Wojtyła tak długo modlił się w tym miejscu, że inni kapłani zmęczyli się czekaniem na niego. Wieczorem natomiast, odprawiając drogę krzyżową, najdłużej zatrzymał się przy V stacji, gdzie wizerunek Cyrenejczyka zastąpiono postacią o. Pio. Ze świecą w dłoni, oparty o ścianę Wojtyła westchnął podobno: „Biedny Jezus… Cyrenejczyk…”. Na pamiątkę tej wizyty otrzymał od kapucynów tom wydanych listów o. Pio – „Epistolario”. Książkę tę znaleźli dziennikarze w pokoju Karola Wojtyły w Kurii Krakowskiej po zakończeniu październikowego konklawe w 1978 r.

Z powodu ciągłego sprzeciwu Kongregacji Doktryny Wiary nie można było rozpocząć procesu beatyfikacyjnego o. Pio z Petrelciny. Gdy więc papieżem został Karol Wojtyła, w San Giovanni Rotondo zapanowała radość. Postulator generalny od razu postanowił zwrócić się bezpośrednio do Jana Pawła II, by „z powodów prawnych i etycznych podjął jak najszybciej proces rozpoznawczy dotyczący życia i cnót o. Pio”7. Papież podobno natychmiast zainteresował się tą sprawą, a zainteresowanie to sprawiło, że Kongregacja Doktryny Wiary zezwoliła wreszcie na rozpoczęcie przygotowań do procesu, który oficjalnie ruszył w 1982 r. Aby wzmocnić wyrażane wielokrotnie uznanie dla kapucyna z Petrelciny, Jan Paweł II przyjął nawet zaproszenie do San Giovanni Rotondo. Na dwa dni przed setną rocznicą urodzin o. Pio, 23 maja 1987 r., po raz trzeci odwiedził to miejsce. Tym razem również bardzo długo modlił się na kolanach przy grobie o. Pio. Był to bardzo ważny gest: po raz pierwszy papież uklęknął przy grobie osoby niekanonizowanej. Jan Paweł II powtórzył później ten gest przy grobie ks. Jerzego Popiełuszki.

W 1990 r. otwarto właściwy proces beatyfikacyjny. Biskup Edward Nowak, który był wtedy sekretarzem Kongregacji do Spraw Świętych, wyznał potem: „Ojciec Święty nie tylko zachęcał mnie do posuwania naprzód procesu o. Pio, lecz wręcz mnie dręczył, jeżeli można tak powiedzieć. Często, gdy siadaliśmy razem przy stole, jego pierwsze pytanie brzmiało: »W jakim punkcie jesteśmy ze Sprawą? W jakim punkcie jesteśmy ze Sprawą?«. Odpowiadałem: »Ojcze Święty, z San Giovanii Rotondo i diecezji Manfredonia przysłano nam dwie szafy dokumentów, to znaczy 104 tomy dotyczące procesu. Jeżeli Wasza Świątobliwość upoważni mnie do spalenia trzech czwartych, jutro będziemy mieli beatyfikację i kanonizację«. Ojciec Święty odpowiadał: »Nie, nie. Badajcie dobrze, badajcie dobrze te materiały«”. Te starania znalazły swój finał w 1999 r., gdy o. Pio został beatyfikowany. Trzy lata później został kanonizowany.

sobowtór ojca Pio

Kilka miesięcy temu świat obiegła wiadomość, że odnaleziono trzeci list Karola Wojtyły do o. Pio. Odkryty został jako kopia w archiwum Kurii Krakowskiej w związku z procesem beatyfikacyjnym Jana Pawła II. Był wysłany z Rzymu 14 grudnia 1963 r. po drugiej sesji Soboru. Biskup krakowski dziękował w nim za uzdrowienie syna adwokata z Krakowa i polecał modlitwom o. Pio „sparaliżowaną kobietę z tej archidiecezji” oraz swoją osobę i trudne sprawy Kościoła krakowskiego. To odkrycie wywołało cały szereg spekulacji i śledztw na temat istnienia pozostałych – nieznanych – listów Wojtyły do włoskiego stygmatyka. Powrócił wątek niezwykłej więzi między nimi. Wraz z upływem czasu wydaje się ona coraz bardziej widoczna, choć może nie tak spektakularna, jakby sobie tego niektórzy życzyli.

Jan Paweł II był niewątpliwie czcicielem stygmatyka z San Giovanni Rotondo, przekonanym o jego świętości nawet wbrew opiniom innych hierarchów. Nazywał go wzorem kapłana, żywym obrazem Chrystusa cierpiącego i zmartwychwstałego, kamieniem węgielnym. Przypominał jego rozmodlenie i zaangażowanie w niesienie pomocy cierpiącym – zarówno w sferze fizycznej, jak i duchowej. Dom Ulgi w Cierpieniu nazywał największym cudem Świętego z Petrelciny.

Co myślał o. Pio o Karolu Wojtyle, nie wiemy. Czy widział w nim przyszłego wielkiego papieża, czy też po prostu wyczuł w tym młodym człowieku podobną do swojej tęsknotę za Bogiem i dlatego darzył go pewną czułością, którą chcielibyśmy dziś widzieć jako wyjątkową?

Niektórzy nazywają Jana Pawła II „duchowym i cielesnym sobowtórem o. Pio”. Na pewno wiele łączyło tych dwóch kapłanów: mistyczna duchowość, maryjność (obaj nie rozstawali się z różańcem), serdeczność, życzliwość, a także cierpienie. Po kanonizacji o. Pio biskup Antoni Pacyfik Dydycz, kapucyn, powiedział: „Osobiście bolałem, patrząc na Ojca Świętego, gdy z trudem i wysiłkiem wypowiadał słowa, on, który miał taką łatwość wymowy i taki piękny głos… Myślę, że tym, co połączyło Padre Pio i Ojca Świętego Jana Pawła II było ich przeżywanie cierpienia i ofiarowanie go Bogu podczas sprawowania Mszy św.”.

Teraz, w XXI w., możemy mieć też niejasne przeczucie, że obydwaj odegrali bardzo ważną rolę w tym, co nazwane zostało „objawieniem światu prawdy o Bożym Miłosierdziu” – jeden jako jego szafarz, drugi jako gorący orędownik. Zresztą jeśli spojrzymy na ubiegłe stulecie, to cztery wielkie postacie Kościoła tego czasu: św. Faustyna Kowalska, św. Ojciec Pio, Matka Teresa z Kalkuty i Jan Paweł II, wpisują się w jeden nurt duchowości, oparty na opowiadaniu o Miłosierdziu Boga, czynem lub słowami.

o. Pio i JPII

Za: http://www.opoka.org.pl

Opublikowano Wydarzenia | Otagowano , , , , | 4 komentarzy

Św. O. Pio o sakramencie pokuty – nie chcę, aby dusze pozostawały bez spowiedzi więcej niż tydzień

Radość pojednania
Spowiedź to kąpiel dla duszy. Trzeba ją odbyć przynajmniej raz na tydzień. Nie chcę, aby dusze pozostawały bez spowiedzi więcej niż tydzień. Nawet czysty i niewykorzystywany pokój gromadzi kurz i gdy się wejdzie do niego po tygodniu, to widać, że trzeba go znowu odkurzyć.

Kochajcie Maryję!
„Kochajcie Matkę Najświętszą i czyńcie wszystko, by Ją kochano. Zawsze odmawiajcie różaniec” – brzmiało jedno z ostatnich jego poleceń przed śmiercią. Do Pana odszedł ze słowami „Jezus! Maryja!” na ustach i różańcem w ręku.

**********

W ciągu dnia spowiedź była głównym zajęciem Ojca Pio. Wykonywał on swoją pracę spoglądając we wnętrze penitentów. Okłamywanie Ojca Pio podczas spowiedzi było niemożliwe. Zaglądał on w ludzkie serca. Często, kiedy grzesznicy byli nieśmiali, Ojciec Pio sam wymieniał ich grzechy podczas spowiedzi.

Ojciec Pio zapraszał wszystkich wierzących do spowiedzi przynajmniej raz na tydzień.
Mówił on:

„Nawet, jeśli pokój był zamknięty, po pływie tygodnia konieczne jest jego odkurzenie.”

W sakramencie spowiedzi Ojciec Pio był bardzo wymagający. Nie znosił ludzi, którzy przychodzili do niego jedynie z ciekawości.

Jeden z zakonników opowiadał: „Pewnego dnia Ojciec Pio nie dał rozgrzeszenia penitentowi mówiąc mu: „Jeśli pójdziesz się wyspowiadać do innego kapłana, zabierz rozgrzeszenie, które otrzymasz i idź do piekła razem z nim”. Uważał On, że sakrament pokuty jest bezczeszczony przez ludzi, którzy nie chcą zmienić swojego życia. Pozostają oni winni przed Bogiem.

**********
Demon jest blisko ludzi, którzy przeklinają.

W hotelu St. Giovanni Rotondo odpoczynek był niemożliwy, zarówno podczas dnia jak również i w nocy, z powodu opętanej dziewczynki, która wrzeszczała siejąc strach. Matka przyprowadzała ją każdego dnia do kościoła. Miała nadzieję, że Ojciec Pio uwolni jej dziecko od złego ducha. Również w kościele jej dziecko robiło wiele hałasu. Pewnego dnia, Ojciec Pio zakończył spowiadanie kobiet, przechodził przed dzieckiem, gdy ono przerażająco wyło. Było ono trzymane przez dwóch czy trzech mężczyzn. Święty, który był zirytowany całą tą wrzawą, uderzył nogą w kierunku dziecka a następnie dosięgnął głowy dziecka i powiedział: „Przestań! Wystarczy!”

Dziecko opadło na podłogę jakby było śpiące. Ojciec Pio powiedział do lekarza, który był tam obecny, aby przyprowadził je do Michała Archanioła, na Górze Świętego Archanioła. Kiedy grupa wraz z dzieckiem osiągnęła cel przeznaczenia, weszli do groty, gdzie ukazywał się Michał Archanioł. Dziecko podźwignięto, lecz nikomu nie udało się przyprowadzić dziewczynki do ołtarza Archanioła. W trakcie wielkiego zamieszania, zakonnik wziął rękę dziecka i dotknął ołtarza. Wówczas dziewczynka opadła ponownie na ziemię z odczuciem ulgi. Po kilku minutach wstała i jak gdyby nic się nie stało zapytała swoją mamę: „Czy mogłabyś kupić mi lody?”

Po tym zdarzeniu grupa ludzi powróciła do St. Giovanni Rotundo, aby poinformować oraz podziękować Ojcu Pio. Na co Ojciec Pio powiedział do jej matki: „Powiedz swojemu mężowi, aby więcej nie przeklinał, inaczej demon powróci.

********
OPUSZCZANIE EUCHARYSTII

Około 1950 roku młody doktor przyszedł wyspowiadać się do Ojca Pio. Wyznał swoje grzechy a następnie pozostał w milczeniu. Ojciec Pio zapytał młodego doktora, czy ma jeszcze czegoś do powiedzenia, lecz doktor odpowiedział, że nie ma już nic do dodania. Wtedy Ojciec Pio powiedział do doktora: „Pomyśl czy w świąteczny dzień nie opuściłeś Mszy Świętej, ponieważ to jest grzech śmiertelny”. Nagle doktor przypomniał sobie, że opuścił niedzielne spotkanie Mszy Świętej, kilka miesięcy wcześniej.

Opublikowano Aktualności, Pomoc duchowa | Otagowano , , , | 33 komentarzy

Rekolekcje ze św. Ojcem Pio – grupy modlitewne św. Ojca Pio

Ponad 23 lata modlę się za wstawiennictwem św. Ojca Pio i Jemu oddaję swe problemy. Jestem duchową córką Ojca Pio, oddałam Mu się w opiekę 23 lata temu i teraz w tym roku w dniu 24 maja na Przeprośnej Górce kliknij, ale dziś w mojej parafii na zakończenie rekolekcji dowiedziałam się, że w niedzielę zawiązuje się u nas Grupa Ojca Pio
Ojciec Pio przybył do naszej parafii podwójnie – dostaliśmy równocześnie dwie relikwie – od Ojców kapucynów z Lublina oraz od kapucyna o. Grzegorza z Republiki Środkowej Afryki, pochodzącego z naszej parafii co widać na zdjęciu (na krześle i na ołtarzu).

0

************

Dziś we wspomnienie św. Łazarza, przypomnijmy wpis „Świadectwo cudu bilokacji Ojca Pio – o chłopcu z Urugwaju nazywanym „Łazarzem” – swiadectwo-cudu-ojca-pio

Więcej wpisów o Ojcu Pio: kliknij

O. Pio 3

W ostatnim kazaniu o. Daniel z Czatachowej nazywa o. Pio współczesnym Eliaszem

Opublikowano Wydarzenia | Otagowano , , , | 16 komentarzy

Papież Franciszek poucza, kto zostanie potępiony a kto zbawiony!

Dziś Papież Franciszek kończy 78 lat!

Papież Franciszek urodziny

************

Pycha nas zgubi. Kto nie szuka schronienia u Boga, ten ściąga na siebie potępienie. Bóg zbawia serca skruszonych!

Ojciec Święty Franciszek w dzisiejszej homilii w domu św. Marty wyszedł od proroctwa Sofoniasza, które słyszymy w dzisiejszym pierwszym czytaniu liturgicznym. Mowa jest tam o buntowniczym mieście, w którym znajduje się grupa gotowa do pokuty za grzechy. To ta grupa jest prawdziwym ludem Bożym: charakteryzuje się pokorą, ubóstwem i zaufaniem Panu. Większość nie chce jednak poprawy. Nie zawierza Bogu. Dlatego czeka ich potępienie!

„Tacy nie mogą przyjąć zbawienia. Są na nie zamknięci” – powiedział Franciszek. „«Zostawię pośród ciebie lud pokorny i biedny, a szukać będą schronienia w imieniu Pana» na zawsze. I tak jest do dziś, gdy widzimy święty lud Boży, pokorny, mający wszelkie swoje bogactwa w wierze w Pana, w zaufaniu do Niego. To lud pokorny, ubogi, który szuka schronienia u Pana – tacy są zbawieni i taka jest droga Kościoła. Trzeba iść tą drogą, a nie drogą nieposłuszeństwa, odrzucenia upomnień i braku ufności wobec Pana” – kontynuował Wikariusz Chrystusa.

Sługa sług Bożych zwrócił uwagę na Ewangelię, gdzie słyszymy słowa Jezusa o dwóch synach, nieposłusznym, który się opamiętał, i pozornie posłusznym, który nie posłuchał swojego ojca.

Papież przestrzegł: w czasach Jezusa arcykapłani i starsi ludu gorszyli się porównaniem do celników i nierządnic, którzy nawracali się ku Panu. Tak samo dzisiaj gorszy to tych chrześcijan, którzy chodzą do Kościoła i przystępują do Komunii, a przez to uważają się za „czystych”. Bóg chce bowiem czegoś więcej!

 „Jeśli nie słuchasz Pana, nie przyjmujesz upomnienia i nie szukasz u Niego schronienia, nie masz serca skruszonego” – powiedział następca Księcia apostołów. „Tymczasem ci obłudnicy, którzy gorszyli się tym, co mówił Jezus o celnikach i nierządnicach, sami potem po cichu chodzili do nich, by zaspokoić swoje namiętności albo robić interesy. To wszystko czynili po cichu, ale formalnie byli czyści. Takich Pan nie chce” – dodał.

Papież stwierdził, że osąd ten „daje nam nadzieję”. Musimy tylko być odważni i otworzyć się przed Bogiem, wyznać Mu swoje grzechy. Franciszek przytoczył tu historię jednego ze świętych, który sądził, że wszystko oddał Bogu.

„Słuchał Pana, szedł zawsze za Jego wolą; dawał Panu, lecz usłyszał od Niego: «Jeszcze nie oddałeś Mi jednej rzeczy». I ten dobry biedak spytał: «Ależ Panie, czego Ci nie oddałem? Oddałem Ci moje życie, pracuję dla ubogich, przy katechezie, pracuję tu i tam…». «Jednak jest coś, czego mi jeszcze nie oddałeś». «Czego, Panie?». «Twoich grzechów». Gdy będziemy w stanie powiedzieć Bogu: «Panie, to są moje grzechy, nie są czyjeś, ale moje. Zabierz je, a ja będę zbawiony»; gdy będziemy w stanie tak zrobić, wówczas będziemy owym «ludem pokornym i biednym, który szuka schronienia w imieniu Pana». Niech Pan obdarzy nas tą łaską” – wezwał Namiestnik Chrystusa.
Źródło: Fronda

Opublikowano Homilia, Papież Franciszek | Otagowano | 26 komentarzy