O. J.Witko: Kiedyś Jezus przyszedł do mnie tak, jak przychodzi wierny przyjaciel…Doświadczałem również obecności złego ducha… – fragmenty wywiadu

Od ponad 10 lat odprawia Ojciec Msze św. z modli­twą o uzdrowienie i uwolnienie, w których uczestni­czy bardzo wiele osób. Chciałbym jednak sięgnąć do początków, do źródła Ojca powołania. Kiedy zrodzi­ła się w Ojcu myśl o zostaniu księdzem? jzef_w_r7_mediumDobrze pamiętam, że jako dziecko, bawiąc się, czę­sto wyobrażałem siebie, że jestem księdzem: głosiłem kazania, modliłem się, śpiewałem, we wszystkim sta­rałem się naśladować kapłana. Nie pamiętam już, jak długo to trwało. Może do trzeciej klasy szkoły podstawowej lub nieco dłużej. Potem myśl o kapłaństwie zniknęła, chociaż zawsze starałem się mieć dobre relacje z Panem Bogiem przez modlitwę i regularne uczestnictwo w Mszy św.

Kiedy zatem Pan Bóg przypomniał o Swoim pomyśle wobec Ojca i nie pozwolił już pozostawić się bez od­powiedzi? Poważne i konkretne myśli o zostaniu księdzem zro­dziły się we mnie, kiedy byłem w siódmej klasie szko­ły podstawowej. To było chyba w drugim półroczu tej klasy. Miałem wtedy około 14-15 lat. Nie uczyłem się wtedy najlepiej, ale zrodziło się we mnie pragnie­nie, żeby pójść do seminarium, a do tego konieczne było skończenie liceum, co z kolei wymagało uzyska­nia dość dobrych stopni. Zacząłem się więc bardziej przykładać do nauki i wtedy myśl o powołaniu do ka­płaństwa już na dobre zadomowiła się w moim sercu. Kiedy mój proboszcz o tym się dowiedział, poda­rował mi egzemplarz Pisma Świętego Nowego Testa­mentu. Lektura tych świętych tekstów mocno mnie wciągnęła. Czytałem każdego dnia i dużo rozmyśla­łem nad tym, co przeczytałem. Wtedy też zacząłem być ministrantem, co, jak na tę służbę, było lekko spóźnioną decyzją. Zwykle ministrantem zostaje się po Pierwszej Komunii Św., a ja stałem się nim dopiero w siódmej klasie. Przez moje lata szkolne Bóg – wierzę w to mocno – dawał mi różne znaki i doświadczenia na gruncie du­chowym. Kiedyś na przykład doświadczyłem dość in­tensywnie obecności Pana Jezusa, który przyszedł do mnie tak, jak przychodzi wierny przyjaciel. Wszystko było przesycone pięknymi, realistycznymi barwami i towarzyszyły temu doświadczeniu niebywały pokój i cisza. Wówczas nie rozumiałem, czego Pan Jezus ode mnie oczekuje, ale moje serce pałało ogromnym pragnieniem, aby Mu służyć. Sam Pan Jezus miał bardzo piękną i miłą postać, która promieniowała miłością. Zacząłem coraz wyraźniej uświadamiać so­bie ogromną miłość Pana Boga do mnie. To doświad­czenie, jak również i inne, pobudzały mnie do coraz częstszej modlitwy. Wtedy to, jeśli dobrze pamiętam, otrzymałem dar języków i zacząłem się tą modli­twą modlić, choć wówczas jeszcze nie wiedziałem, że jest to modlitwa językami. Ale to właśnie ona, choć niezrozumiała, wlewała w moje serce bardzo dużo radości i pokoju, pomagając mi jednocześnie trwać w obecności Boga. I kiedy przeszedłem do siódmej klasy, zacząłem myśleć o tym, żeby pójść do semina­rium. Często miewałem sny, które w pewien sposób na­wiązywały do końca świata oraz do dusz czyśćcowych. Pamiętam, że wiele dusz przychodziło, prosząc o mo­dlitwę. Zdarzało się to nawet kilka razy w miesiącu. Niektóre z tych snów miały znamiona doświadczeń dziejących się w realnym świecie, jednak trudnych do opisania. Uświadamiałem sobie, jak bardzo te dusze cierpią i jak bardzo też potrzebują mojej pomocy. Za­tem zacząłem się za nie modlić. Często byłem budzony w nocy i przynaglany do modlitwy za zmarłych, jak również za osoby, które umierały w tym momencie, tak przynajmniej wtedy to odczuwałem. I choć minęło już bardzo wiele lat, to jednak wciąż je pamiętam, tak jakby wydarzyły się niedawno. Ponieważ te doświad­czenia były dla mnie niezrozumiałe, nikomu o nich nie mówiłem. Wiele na temat moich przeżyć zrozumiałem po przeczytaniu książki Marii Simmy Moje przeżycia z duszami czyśćcowym. Ponieważ Kościół Cierpiący, jakim są dusze czyśćcowe, tak bardzo leżał mi na ser­cu, postanowiłem, będąc już na studiach, napisać pra­cę magisterską na ten temat. Dziś jest ona wydana w formie książki zatytułowanej Czyściec. Doświadczałem również obecności złego ducha. Widziałem, jak czyha na każdą duszę, jak stara się ze wszystkich sił wyrwać ją Bogu i uczynić przeklętą na wieki. Właśnie wtedy zauważyłem, że modlitwa do Najświętszej Marii Panny ma szczególną moc. Wyda­wało mi się w czasie tych doświadczeń, że Bóg uczynił Maryję tą, która ratuje dusze, wyrywając je ze szponów złego. Pan pokazał mi również, jak wielkim niebez­pieczeństwem dla duszy jest grzech ciężki. Widzenie to naprawdę mnie przeraziło. Otóż kiedy zgrzeszyłem, popełniając grzech śmier­telny, wówczas zacząłem się zmieniać. Straciłem ludz­kie cechy i zacząłem przybierać wygląd zwierzęcia. Wszystko w jednym momencie się zmieniało, a ja traciłem władzę nad swoim ciałem, nie mogąc nic uczynić. Jakaś niewidzialna siła poczęła mnie unosić w górę. Nie mogłem wydobyć z siebie głosu. Wówczas uświadomiłem sobie, że jestem zgubiony. Nic i nikt mnie nie uratuje. W pewnym momencie Pan wzbudził we mnie świadomość, że jest ratunek. Tym ratunkiem dla mnie są wody chrztu świętego. Wtedy Pan wskazał mi rzekę i uświadomiłem sobie, że jeżeli swoją wolą będę parł w jej kierunku, to się w niej zanurzę i będę uratowany. I tak się stało. Zanurzony w wodach rzeki, symbolizującej chrzest Św., zostałem całkowicie uwol­niony i powróciłem do ludzkiej postaci. Od tamtego momentu cenię sobie bardzo sakra­ment chrztu świętego i niemalże codziennie, kiedy wchodzę do kościoła lub z niego wychodzę, także by odprawiać Msze Św., żegnam się wodą święconą. Przywołuję wtedy w pamięci sakrament chrztu święteg0, prosząc Boga, aby wody tego sakramentu nieustannie mnie obmywały, przepływając przez całe moje życie, jestem wdzięczny Panu Bogu za ten cudowny dar: dar życia Bożego, jaki otrzymałem w sakramencie chrztu świętego. To wszystko przeplatało się ze sobą i miało na mnie bardzo duży wpływ, choć ja sam nie pojmowałem tego, czego doświadczałem. Czy Bóg chce, byśmy cierpieli? Bóg na pewno nie chce cierpienia człowieka, ale je dopuszcza. Bóg wszystkich pragnie uzdrowić, a nie­których tylko przeznacza do cierpienia, czyli zaprasza ich do odkupieńczego współcierpienia z Jego Synem, Jezusem. Z tym zaproszeniem związana jest konkret­na łaska Boża. Nikt z nas nie jest sam z siebie zdolny, by cierpieć, jeżeli najpierw nie otrzyma takiej łaski. Sprawia ona, że człowiek pomimo ogromnego bólu i cierpienia trwa w dziękczynieniu i radosnym uspo­sobieniu. Wewnętrznie uzdrowiony staje się zdolny do wzięcia tego krzyża i podążania za Jezusem. Przykładem może być np. Marta Robin, która cierpiała kil­kadziesiąt lat, a wewnętrznie była bardzo szczęśliwa, czy też o. Pio lub nasz rodak, sługa Boży, Jan Paweł II. Jeden z charyzmatyków, posługujący się darem uzdra­wiania, powiedział, że niektórych ludzi Bóg powołu­je do współcierpienia, a wszystkich innych pragnie uzdrowić.

A czy możemy cierpieć za grzechy popełnione przez innych ludzi, zwłaszcza w poprzednich pokoleniach? Jako ludzie powiązani ze sobą więzami krwi i przyjaź­ni dziedziczymy po naszych przodkach dużo dobra, ale także dużo zła. Mogą to być także konsekwencje grzechów. Niektórzy ludzie rodzą się z dziedziczną chorobą genetyczną, ale możemy również dziedziczyć skłonności np. do grzechu. Życie często pokazuje, że w danej rodzinie powtarza się jakieś zło, jakieś grze­chy, jakieś choroby. To może być pijaństwo, skłonności samobójcze, aborcja itd. Są grzechy, które przechodzą z pokolenia na pokolenie Dziedziczymy i dobro, i zło. Jan Paweł II czy św. Ojciec Pio mieli świętych rodziców, podobnie jak wie­lu innych świętych. Dziedziczyli po nich dużo dobra. Ale kiedy spojrzymy na osoby, które w jakiś sposób się staczają na samo dno piekła, to często widzimy, że ich rodzice, dziadkowie również byli zanurzeni w tym złu. Na pewno nie jest to regułą, ale to, w jakiej rodzi­nie się urodziłem, ma ogromny wpływ na całe moje życie. Oczywiście to nie determinuje człowieka. Czło­wiek ma przecież wolną wolę i sam podejmuje decyzje, które mają wpływ na jego życie, ale na pewno to życie nie jest łatwe, a bywa niezwykle trudne. Patrząc na cierpiącego człowieka, nigdy nie może­my powiedzieć, że zgrzeszyli np. jego rodzice, a on te­raz ponosi konsekwencje tego grzechu. W Ewangelii według św. Jana 9,1-41 jest opisana scena, kiedy apostołowie pytają Jezusa o niewidomego od urodzenia. Chcieli dowiedzieć się, kto zgrzeszył: on czy jego ro­dzice. Jezus odpowiada, że ani on, ani rodzice. Stało się tak, żeby objawiła się wola Boża. Możemy stwierdzić z całą pewnością, że Bóg do­puszcza cierpienie, ale zawsze wyprowadza z niego dobro. Nie wiemy, jakie dobro może wyniknąć z cier­pienia naszych bliskich albo z choroby nowotworowej, na jaką zapadło dziecko. To jest dla nas tajemnicą. Ale na pewno to dobro się objawi. Być może dopiero w przyszłym życiu

Choroba, cierpienie może być formą dziedziczenia na gruncie fizycznym, czyli np. w genach otrzymu­jemy skłonność do zachorowań na raka. Ale z dru­giej strony bywa też tak, że cierpimy bez widocznego powodu i na próżno doszukujemy się podobieństw w przodkach. Zdarza się, że cierpią niewinne dzieci. To może być konsekwencją grzechów innych osób. Prostym przy­kładem może być choćby wypadek samochodowy. Pijany kierowca potrąca dziecko lub dorosłą osobę, czyni ich kalekami. Nawet wówczas kiedy oni lub ich rodzina przebaczą temu kierowcy, który stał się sprawcą ich kalectwa, nie zmieni to konsekwen­cji jego czynu. Oni nadal będą kalekami. Niestety. Grzech ma to do siebie, że dotyka także niewinnych ludzi. Dlatego właśnie wiele osób cierpi niewinnie. Trzeba uświadomić sobie fakt, że jesteśmy jak naczy­nia połączone, zło popełnione dotyka wszystkich bar­dziej lub mniej, tak samo, jak i dobro. Czyńmy zatem jak najwięcej dobra, a będzie mniej zła. Wystarczy, aby dobrzy ludzie nic nie robili, a zwycięży zło.

Nie boi się Ojciec własnej śmierci? Na to pytanie będę mógł odpowiedzieć dopiero, gdy będę umierał. Na pewno trzeba się lękać tego momentu, bo nie wiemy, kiedy i w jakiej sytuacji nas zastanie. Bardziej lękałbym się sytuacji, w której nie byłbym przygotowany na śmierć. Boimy się śmierci tylko dlatego, że jest ona pewną tajemnicą, o której nie mogą nam powiedzieć ci, którzy przez nią już przeszli. Boimy się śmierci również dlatego, że rzadko sobie uświadamiamy, iż jest ona spotkaniem z kochającym Bogiem, który czeka na nas z otwartymi ramionami. Czy takie spotkanie może być straszne?

Bardzo ważnymi istotami duchowymi, które poja­wiają się niemal we wszystkich największych religiach świata, są anioły. Na podstawie Pisma św. możemy mieć pewność co do ich istnienia, ale jednocześnie wiemy o nich stosunkowo niewiele i ciągle pozostają one niezwykle tajemniczymi stworzeniami. Wielu ludzi wierzy mocno w opiekę swojego Anioła Stróża, a nawet w różnych wydarzeniach dopatruje się Jego szczególnej interwencji. Wcze­śniej wspominał już Ojciec o sytuacji, kiedy podczas składania dokumentów do seminarium, zamiast do Krakowa, pojechał Ojciec do Wieliczki. To, jak Ojciec przypuszcza, mogło być właśnie następstwem dzia­łalności Anioła Stróża, bo skutki tego okazały się pozytywne. Porozmawiajmy zatem o tych niezwykłych duchach, które są wyjątkowymi świadkami naszego życia. Czy oprócz wspomnianej sytuacji może Ojciec przytoczyć jakieś wydarzenia, które wskazywałyby na obecność i interwencję Anioła Stróża w Ojca życiu? O, tak! Myślę, że takich sytuacji w moim życiu było i jest bardzo dużo. Zacznę może najpierw od doświad­czenia pewnego snu, który miał miejsce w momencie mojego zmagania się z pewną bardzo trudną sytuacją. Sprawa była na tyle poważna, że doszedłem do wnio­sku, iż sobie z nią nie poradzę. I wtedy Bóg dał mi nie­zwykły sen (wierzę mocno, że to On jest jego autorem), a może było to widzenie senne, nie wiem tego na pew­no. Leżałem na łóżku w mojej sypialni, zamartwiając się, jak sobie poradzę z tym problemem. I nagle zoba­czyłem klęczącego obok łóżka Anioła. Jego postać po­dobna była do człowieka, ale w sercu wiedziałem bez cienia wątpliwości, że jest to anioł, mój Anioł Stróż, którego Bóg postawił na mojej drodze. W czasie tego snu, czy też widzenia sennego, usłyszałem bardzo wy­raźny głos Boga, który powiedział do mnie: „On ci po­może. Z Nim dasz radę”. Było to dla mnie niezmiernie pocieszające i jakże bardzo umacniające doświadcze­nie. Nieważne, że był to tylko sen. Ważne, że dodał mi wiele odwagi i wlał w moje serce bardzo dużo radości i pokoju. Od tamtego momentu, zwłaszcza w chwilach trud­nych, często powraca do mnie to zapewnienie Boga o obecności Anioła, który został postawiony przy mnie. Anioła, który mi pomoże i z którym dam radę przejść przez różne trudności. A zapewniam was, że tych trudności w moim życiu nie brakuje. Były też inne sytuacje związane z doświadczeniem obecności Anioła w moim życiu. Gdy byłem jeszcze klerykiem, pewnego razu, kiedy wychodziłem ze skle­pu, który mieścił się przy pl. Szczepańskim, coś mnie na ułamek sekundy powstrzymało przed przekrocze­niem progu i wyjściem na zewnątrz. W tym samym momencie, gdy się zatrzymałem, z okna mieszkania znajdującego się tuż nad wejściem do sklepu spadła do­niczka. Gdybym się wówczas nie zatrzymał i wyszedł ze sklepu, doniczka na pewno uderzyłaby mnie w gło­wę i moje zakupy zakończyłyby się bardzo tragicznie. Dzięki interwencji mojego Anioła Stróża uniknąłem bolesnego wypadku. Podobne wydarzenia mają miejsce na drodze pod­czas jazdy np. samochodem. Czasem człowiek zamyśli się, odwróci głowę w innym kierunku i nagle, w ostat­niej sekundzie, jakby ktoś siedzący obok go zbudził ze snu, wraca mu świadomość i trzeźwość umysłu, widzi zagrożenie na drodze, którego wcześniej nie dostrzegał, i naciska pedał hamulca. Samochód zwal­nia, bądź zatrzymuje się i wszystko kończy się dobrze. Dla osoby wierzącej nic nie dzieje się bez przyczyny. Nie ma przypadków. I takie zdarzenia nie dzieją się same z siebie, lecz są powodowane, wierzę w to moc­no, przez naszych Aniołów Stróżów, owych świętych opiekunów postawionych na naszej drodze życie przez dobrego i troskliwego Ojca. Jeszcze raz to powtórzę, że takie impulsy mogą być wynikiem interwencji na­szego Anioła Stróża. Wierzę również, że często Anioł podsuwa nam różne myśli. Nie zawsze sobie to uświa­damiamy. Zdarza się, że sami jesteśmy mile zaskoczeni naszymi myślami. Dziwimy się, że coś tak niezwykle mądrego zrodziło się w naszym umyśle, a nawet czuje­my się z tego powodu bardzo dumni. Inny przykład, jaki w tej chwili przychodzi mi na myśl, dotyczy słów poznania podczas modlitwy wstawienniczej o uzdrowienie. Często zdarza mi się powiedzieć, że dane uzdrowienie, którego Bóg do­konuje, zostało wyproszone przez wstawiennictwo Anioła Stróża, do którego ktoś ma lub miał wcześniej szczególne nabożeństwo. Dlatego warto z tymi dobry­mi i świętymi duchami nawiązać przyjacielską więź. Dzięki ich pomocy nasze życie będzie szczęśliwsze i prostsze.

Dlaczego zatem tak rzadko przywołujemy obecność Aniołów? Marginalizujemy ich rolę w naszym życiu. Czujemy się osamotnieni w przemijaniu, podczas gdy obok siebie mamy potężne wsparcie nie z tego świata. Tak jak już wspomniałem, przyczyna tkwi w braku świadomości lub też w nieznajomości jednej z prawd naszej wiary. Mam tu na myśli prawdę o świętych obcowaniu. Trzeba uświadomić sobie tę cudowną prawdę o Kościele, który składa się z Kościoła Piel­grzymującego, czyli z nas, którzy jeszcze żyjemy na tej ziemi, Kościoła Cierpiącego, do którego należą dusze w czyśćcu cierpiące, oraz Kościoła Triumfującego, czyli tych, którzy już cieszą się oglądaniem Boga twa­rzą w twarz. Pomimo tego, że się nie widzimy, to jed­nak możemy sobie przychodzić z konkretną pomocą. Wszyscy tworzymy jedną wielką rodzinę i możemy sobie wzajemnie pomagać. My możemy przyjść z po­mocą duszom w czyśćcu cierpiącym, ale i one mogą wiele wyprosić dla nas. Gdybyśmy tylko nawiązali ze sobą więź modlitewną, moglibyśmy uniknąć wielu niebezpieczeństw, jakie czyhają na nasze życie, i wy­prosić też wiele łask dla siebie i innych. Podobnie jest ze świętymi w niebie, a tym bardziej z Aniołami. Aniołowie jako czyste duchy przewyższają nas inteligencją i mocą. One mogą o wiele więcej od nas uczynić. Mają większy zakres działania i większą moc. Dlatego bardzo ważne jest, aby dopuścić naszych Aniołów Stróżów do naszej świadomości, do naszych myśli i do naszych pragnień, jak również do naszego życia, pracy, spotkań, itp. Wtedy bowiem będą one wiedziały, jakie są nasze pragnienia, nasze myśli, jakie są nasze plany i zamierzenia oraz jakie będą ich konse­kwencje. Wówczas będą mogły w porę zareagować, by uchronić nas przed niebezpieczeństwami. Aniołowie są najbliżej Boga, więc mogą także wy­praszać uzdrowienia, uwolnienia i wiele innych po­trzebnych nam łask. Jednym słowem, dobra relacja z nimi może nam przynieść tylko same korzyści

Współcześnie bardziej jednak wolimy wierzyć we własne siły niż w Boga. Staramy się być samowy­starczalni nawet na gruncie spraw, których człowiek nie jest w stanie opanować i zrozumieć. Zadowalamy się ulotnymi pozorami szczęścia. To prawda. Świat współczesny stara się wmówić czło­wiekowi, że możliwy jest raj bez Boga. To, co kiedyś szatan zaproponował pierwszym rodzicom w rajskim ogrodzie: „będziecie znali dobro i zło” (Rdz 3, 5), czy­li: „nie potrzebujecie Boga, sami możecie być jak Bóg i decydować o tym, co jest dobre, a co jest złe”, dziś wciąż jest atrakcyjne i wielu ludzi daje się na to nabrać. A przecież człowiek nie będzie równy Bogu. Człowiek został stworzony przez Boga i sam nie jest bogiem, a zatem człowiek nie może decydować o tym, co jest dobre, a co złe, lecz musi zaakceptować Boże przyka­zania. Dzisiaj świat oferuje nam podobną wizję decy­dowania o własnym życiu i o sobie – nie musisz słu­chać Boga ani Jego Kościoła, sam możesz decydować o tym, co jest dla ciebie dobre. Różne reklamy wma­wiają nam, że dzięki takiemu czy innemu produktowi poczujemy swoją wartość, będziemy jak Bóg najlepsi, najwspanialsi, najmądrzejsi, niepokonani. I wielu ludzi daje się na to nabierać. Ci, którzy wpadają w taką pułapkę, uważają, że bez modnych ubrań i modnego towarzystwa świat o nich zapomni i zostaną w tyle. Człowiekowi, który wierzy, wszystko inne jest nie­potrzebne. Wiara otwiera nam oczy i wtedy widzimy, że pozory szczęścia, przemijając, pozostawiają w czło­wieku jedynie pustkę i cierpienie.

Czy ma Ojciec swoją ulubioną modlitwę? Tak! Od ponad dwóch lat, a może trzech, modlę się modlitwą, która wywiera na mnie ogromny wpływ. Jest to modlitwa Jabesa, człowieka znanego nam ze Starego Testamentu. Znajduje się ona w 1 Księdze Kronik, w 4 rozdziale i jest wpisana w bardzo dużą ilość wymienianych tam imion. Przez całe 10 roz­działów Księgi Kronik ciągną się zapisy genealogicz­ne. Jeśli czytając tę Księgę, wytrwamy w cierpliwości (a czytanie tylu imion wymaga rzeczywiście ogromnej cierpliwości) i nie popadniemy w zniechęcenie, wów­czas poczujemy się tak, jakbyśmy odkryli skarb. W pewnym momencie naszej lektury świętego tek­stu w 4 rozdziale natkniemy się na wzmiankę o Jabesie, człowieku, którego imię oznacza „ból”. Jabes to człowiek, któremu towarzyszy ból. Nic nie wiemy o rodza­ju tego bólu, ale możemy w tej lapidarnej wzmiance zobaczyć, że Jabes nie dał się opanować przez zniechę­cenie czy rozpacz. Jabes nie narzekał na swoją sytuację, choć miał co do tego, z ludzkiego punktu widzenia, pełne prawo – przecież jego życie zostało naznaczone bólem, którego nie pragnął. Ten człowiek zwrócił swo­je serce ku Bogu i w Nim złożył całą swoją nadzieję. W pewnym momencie swojego życia Jabes, modląc się do Boga, prosi Go w konkretnych sprawach. Mówił: obyś obficie mi błogosławił, obyś poszerzył moje gra­nice, obyś zachował mnie od złego i aby ręka Twoja była zawsze ze mną. Słowo Boże informuje nas, że Bóg spełnił te prośby i wówczas całe życie Jabesa się zmie­niło. Więcej na temat tej modlitwy można przeczytać w mojej książce zatytułowanej „Obyś skutecznie mi bło­gosławił!”. Kiedy odkryłem tę modlitwę i zacząłem nią się modlić, również i moje życie zaczęło się zmieniać. Dlatego odmawiam ją teraz codziennie. Obok takich modlitw, jak Ojcze nasz, Różaniec czy Koronka do Bo­żego Miłosierdzia modlitwa Jabesa stała się dla mnie przestrzenią spotkania z żywym Bogiem, któremu na mnie bardzo zależy. Ta modlitwa pokazuje, zwłasz­cza w chwilach dojmującego bólu, że Bóg czeka, aby w moim życiu uczynić cud – cud objawienia swojej miłości do mnie. Słowa tej modlitwy bardzo mocno do mnie przemawiają. Mam nadzieję, że przemówią też do tych, którzy będą nad nimi pochylać się każde­go dnia.

Przytoczę MODLITWĘ JABESA w całości: Obyś mi prawdziwie błogosławił i poszerzył moje granice, oby ręka twoja była ze mną i obyś zachował mnie od złego, aby mnie ból nie dotknął. I Bóg spełnił jego prośbę!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Pomoc duchowa, Wydarzenia i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

12 odpowiedzi na „O. J.Witko: Kiedyś Jezus przyszedł do mnie tak, jak przychodzi wierny przyjaciel…Doświadczałem również obecności złego ducha… – fragmenty wywiadu

  1. wobroniewiary pisze:

    Wywiad z o. Józefem Witko OFM

  2. wobroniewiary pisze:

    List w obronie ks. Romana Kneblowskiego. Prałat nie chciał udostępnić kaplicy cmentarnej na „świecki pogrzeb”
    W ostatnich dniach byliśmy świadkami bezprecedensowej nagonki na osobę ks. prałata Romana Kneblewskiego, toczącej się w bydgoskich mediach w związku z kategoryczną odmową udostępnienia kaplicy cmentarnej na tzw. „świecki pogrzeb” pewnej pary małżonków. „Ceremonia” została jednak, pomimo braku ww. zgody, odprawiona przed kaplicą cmentarną – pisze w obronie księdza Młodzież Wszechpolska.
    http://www.fronda.pl/a/list-w-obronie-ks-romana-kneblowskiego-pralat-nie-chcial-udostepnic-kaplicy-cmentarnej-na-swiecki-pogrzeb,28083.html

  3. wobroniewiary pisze:

    Kroki do wolności od złych duchów

    Przewodnik duchowy dla osób zniewolonych lub dręczonych, to bardzo ciekawa książka ks Włodzimierza Cyrana.
    Jakie są więc te kroki ku wolności ?

    Krok I: Od dziedzictwa przodków do odpowiedzialności osobistej

    Krok II: Od buntu do posłuszeństwa Bogu
    Krok III: Od ulegania podszeptom Złego do odrzucania pokus oraz do świadomego wyboru woli Bożej i natchnień Bożych
    Krok IV: Z ciemności panowania szatana do światła Królestwa Bożego
    Krok V: Od bałwochwalstwa do prawdziwej pobożności
    Krok VI: Od kłamstwa do życia w prawdzie
    Krok VII: Od zawiści i nienawiści do przebaczenia i miłości
    Krok VIII: Od dumy i pychy do pokory
    Krok IX: Od przekleństwa do błogosławieństwa
    Krok X: Od zniewolenia, wad i nałogów do wolności i cnót
    Krok XI: Od lęku i strachu do pokoju i wolności od lęków
    Krok XII: Zachowanie zdobytej wolności

    MP/mamre.pl

    Homilia ks. dr Włodzimierza Cyrana, biblisty, z spotkania ewangelizacyjno-modlitewnego w Archikatedrze Częstochowskiej z 27 kwietnia 2013 roku,

  4. Magdalena pisze:

    Pan pokazał mi również, jak wielkim niebez­pieczeństwem dla duszy jest grzech ciężki. Widzenie to naprawdę mnie przeraziło. Otóż kiedy zgrzeszyłem, popełniając grzech śmier­telny, wówczas zacząłem się zmieniać. Straciłem ludz­kie cechy i zacząłem przybierać wygląd zwierzęcia. Wszystko w jednym momencie się zmieniało, a ja traciłem władzę nad swoim ciałem, nie mogąc nic uczynić. Jakaś niewidzialna siła poczęła mnie unosić w górę. Nie mogłem wydobyć z siebie głosu. Wówczas uświadomiłem sobie, że jestem zgubiony. Nic i nikt mnie nie uratuje. W pewnym momencie Pan wzbudził we mnie świadomość, że jest ratunek. Tym ratunkiem dla mnie są wody chrztu świętego. Wtedy Pan wskazał mi rzekę i uświadomiłem sobie, że jeżeli swoją wolą będę parł w jej kierunku, to się w niej zanurzę i będę uratowany. I tak się stało. Zanurzony w wodach rzeki, symbolizującej chrzest Św., zostałem całkowicie uwol­niony i powróciłem do ludzkiej postaci. Od tamtego momentu cenię sobie bardzo sakra­ment chrztu świętego i niemalże codziennie, kiedy wchodzę do kościoła lub z niego wychodzę, także by odprawiać Msze Św., żegnam się wodą święconą. Przywołuję wtedy w pamięci sakrament chrztu święteg0, prosząc Boga, aby wody tego sakramentu nieustannie mnie obmywały, przepływając przez całe moje życie, jestem wdzięczny Panu Bogu za ten cudowny dar: dar życia Bożego, jaki otrzymałem w sakramencie chrztu świętego. To wszystko przeplatało się ze sobą i miało na mnie bardzo duży wpływ, choć ja sam nie pojmowałem tego, czego doświadczałem. Czy Bóg chce, byśmy cierpieli? Bóg na pewno nie chce cierpienia człowieka, ale je dopuszcza

    Mocne i ważne!

  5. Franek pisze:

    Z całego serca polecam cykl konferencji z o. Witko z zakończeniem wielką modlitwą o uwolnienie.
    Naprawdę warto.
    http://chomikuj.pl/Koper50/o+Witko+-+Uzdrowienie+mi*c4*99dzypokoleniowe

  6. gorąca modlitwa pisze:

    prosze o gorącą modlitwe za całą rodzine masłowskich oraz justuw bo zaczynają pewni ludzie robic nam na złoś i niszczą nas wewniętsznie

  7. moherowy beret pisze:

    ciekawy wywiad jest i o modlitwie w językach 🙂

  8. Pingback: O. Józef Witko: Módl się modlitwą Jabesa a znikną Twoje wszystkie smutki! | W obronie Wiary i Tradycji Katolickiej

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s