Widziałem twarz diabła – prawdziwe świadectwo głębokiego nawrócenia

Mam 34 lata. Opowiem Wam historię, którą przeżyłem. Historię, która opowiada o tym, że Bóg kocha i o tym, że zła nie można lekceważyć.

Najprościej będzie zacząć od początku. Zaczęło się to kiedy byłem dzieckiem. Miałem 10-12 lat. Pewnego wakacyjnego dnia będąc u babci, odwiedził nas dawno nieobecny przyjaciel mojej rodziny. Rozmawiali o różnych rzeczach. W czasie tej pogawędki powiedział, że teraz jest radiestetą. Bardzo zaciekawił tym moją rodzinkę, więc dalsza część rozmowy dotyczyła tego. Zaczął pokazywać jakieś pisemka o radiestezji, tłumaczyć, o co w tym wszystkim chodzi itd. Powstał pomysł, by sprawdzić na ochotnikach, co pokaże na nich wahadełko. Pierwszy był mój tata. Potem miałem być ja. Walczyłem z tym psychicznie. Nie wierzyłem temu wszystkiemu, ale jak przyszła kolej na mnie, to wiem, że „z grzeczności” poddałem się duchowo. Nie wiem dobrze, czy to wydarzenie zaczęło całą falę tego, co potem miało miejsce, ale tak przypuszczam.

Była noc. Koło 3. rano. Wakacje. Nocowałem u babci na górnym piętrze domu. Na parterze spała babcia. Na piętrze w pokoju obok mnie spał dziadek. Oni się bardzo kochali, ale woleli spać oddzielnie. Ot, taka wygoda. W pokoju, w którym nocowałem okno było skierowane na ulicę. Tuż przy domu stała latarnia, więc światło z latarni wpadało do mojego pokoju. W wakacje jako dziecko lubiłem sobie oglądać TV do później nocy. Nawet nie przypuszczacie, ile fajnych i ciekawych programów wtedy leciało. W pewnym momencie poczułem się zmęczony. Zgasiłem światło. Wyłączyłem TV pilotem i obróciłem się, żeby odłożyć pilota na stolik.

Jak wracałem ciałem do poprzedniej pozycji, zauważyłem, że zrobiło się ciemno. W miejscu, gdzie wpadały promienie światła z latarni, nie było już tak jasno. W nogach łóżka stało zło w czystej postaci. Zasłaniał całe światło. Był wysoki. Sięgał prawie po sufit. Nie był ani dobrze zbudowany, ani chudy. Był średniej budowy ciała. Normalnej. Nie miał oczu, nie miał twarzy. Nie posiadał żadnych szczegółów. Jakby na człowieka wylać czarną smołę. Tak czarną, że nie widać na niej nawet faktury. To był ludzki kształt bez żadnych szczegółów. Chociaż nie miał oczu, wiedziałem, że na mnie patrzy. Obserwował mnie na wskroś. Byłem przerażony. Nie potrafiłem się poruszyć. Nie miałem odwagi. Siedziałem skulony po przeciwnej stronie łóżka i patrzyłem na niego, a on na mnie. Nie wiedziałem, co zrobić. Przypomniałem sobie, że moja babcia mówiła: „jak odwiedzi cię coś, czego nie rozumiesz, zapytaj: „czego dusza potrzebuje?” i pomódl się za tą duszę. Ale ja wiedziałem, że to nie była żadna dusza. Patrzyliśmy na siebie tak kilka minut. W końcu zebrałem się na odwagę. Coraz głośnej i głośniej krzyczałem o pomoc. Nikt nie odpowiadał. Ściana, która dzieliła mój pokój i pokój dziadka była cienka. Wiem o tym, bo często słyszałem sprężyny łóżka, kiedy dziadek się wiercił podczas snu. Wrzeszczałem na granicy ochrypnięcia, jakby od mojego głosu zależało, czy mam umrzeć czy żyć. Jakbym bronił swojego życia. Nikt nie przyszedł z pomocą. Wrzeszczałem ze wszystkich sił – sam zdziwiony, że mam ich aż tyle. Nikt nie słyszał. Nie wiedziałem, co mógłbym jeszcze zrobić. Byłem przerażony.

On stał tam ciągle i mnie obserwował. Jakby czerpał przyjemność z mojej paniki. Ostatkiem i strzępkami racjonalnych myśli wpadłem na pomysł, że włączę TV na cały regulator. Może to ktoś usłyszy i przyjdzie zobaczyć, co się dzieje. Nabrałem odwagi i obróciłem się za ramię, żeby sięgnąć po pilota. I wtedy zły zniknął, a w pokoju znowu zrobiło się jasno. Nie pamiętam, co się potem działo, ale nie wiedziałem, co mam zrobić. Nie chciałem tam już nigdy spać. I już nigdy nie spałem. Tamtej nocy zasnąłem z babcią w jednym łóżku i tak do końca wakacji. Następnego dnia powiedziałem o tym każdemu z mojej rodziny. Szybko wyjaśniono to tym, że to moja bujna wyobraźnia, że to pompowany ponton, a nie żadna zjawa czy demon. Problem polegał na tym, że ponton stał z boku łóżka, pod ścianą, a nie w nogach, gdzie stała zjawa i nie zasłaniał światła okiennego, jak zjawa to uczyniła. Pamiętam, że moja mama powiedziała, że jeszcze dziś powinienem pójść do kościoła i do spowiedzi, żeby mnie nic nie dręczyło. Nie wiedzieć czemu, ja myślałem, że to głupi pomysł.

Minęło sporo lat. W między czasie byłem ministrantem, lektorem. Potem wszystko zaczęło się walić. Przestało mnie to wszystko obchodzić. Myślałem, że chodzi tu o dorastanie. Że jestem na tyle dorosły, że jakoś nie bawi mnie to już wszystko. Ta cała chrześcijańska otoczka. Przestałem się modlić regularnie. Potem już wcale się nie modliłem. Nie widziałem w tym sensu no i w niczym mi to nie przeszkadzało. Zacząłem odkrywać frajdę życia bez nakazów i zakazów kościelnych. Było przyjemnie i sympatycznie. Wtedy też po długim czasie nieobecności, wróciły rzeczy, których normalnie się nie spotyka. Zaczynało się niewinnie. Od lekkiego dotknięcia mojego ramienia. Jak w tej zabawie w „a kuku”, kiedy kogoś klepniesz w ramię, ten ktoś się obraca, ale ty jesteś w innym miejscu niż on przewidywał i robi się zabawnie. Moje „a kuku” nie było zabawne. Kiedy się odwracałem, nie było żywej duszy w promieniu kilkuset metrów. Były to dotknięcia w ramię. Jakby szturchnięcie palcem. Czułem też na mym ramieniu położenie niewidzialnej dłoni. Człowiek zaczyna się zastanawiać, czy wariuje, czy traci zmysły. Bo to nie jest przecież nic normalnego, to, co czujesz i widzisz.

Pewnego razu leżałem sobie na łóżku i czytałem książkę. W pewnym momencie usłyszałem wyszeptane swoje imię. Jakby czyjeś niewidzialne usta prawie dotykały mojego ucha i szeptały moje imię. Przez kilka sekund leżałem w odrętwieniu z powodu szoku, jakiego doznałem. Potem się obróciłem, ale w domu nikogo nie było. Innym razem słyszałem też nie tylko szepty, ale i normalny monolog. Tzn. nie był on normalny, bo wydobywał się znikąd. Z głębi pustego pomieszczenia, w którym przebywałem. Nie potrafię powtórzyć tego, co słyszałem. Nie trzymało to się kupy. To był jakiś bełkot. Nie znałem znaczenia żadnego ze słów, które słyszałem. Jakby ktoś mówił w jakimś zupełnie mi obcym języku. Z dnia na dzień czułem się wyobcowany. Jak na początku chciałem zasięgnąć opinii kogokolwiek to potem ten pomysł wydawał się niebezpieczny. Nie chciałem komukolwiek o tym mówić w obawie przed tym, że zostanę uznany za wariata, schizofrenika, który słyszy głosy. Zacząłem odchodzić od ludzi. Nie czułem chęci obcowania z kimkolwiek. Bałem się ludzi. Niektórzy mnie drażnili, inni męczyli swoim byciem.

Potem poznałem swoją przyszłą żonę i zaczęło się na nowo. Tym razem to był wrzask. Wrzask, który siedział mi w głowie. Nieludzki wrzask. Skrzeczący. Zagłuszał moje myśli. Słał w stronę mojej przyszłej żony niesamowicie wulgarne i najbardziej wyszukane wiązanki przekleństw, jakie tylko można wymyślić. Bolało mnie to bardzo i jednocześnie niepokoiło. Bolało, bo kto by chciał słyszeć takie rzeczy o osobie, którą się bezgranicznie kocha. Niepokoiło, bo to siedziało w mojej głowie, ale nie było moimi myślami, a to przecież nie jest normalne.

Potem uczestniczyłem w pieszej pielgrzymce. Moja przyszła żona mnie tam „zaciągnęła”. Na pielgrzymce o wrzasku powiedziałem księdzu, który pomodlił się nade mną i razem ze mną. Uważnie mnie obserwował. Posłusznie wykonywałem jego polecenia modlitwy, znaku krzyża. Bez żadnego sprzeciwu. Spodziewałem się jakiejś niemocy i przyznam, że to mnie trochę zaskoczyło. Potem wrzaski zniknęły. Miałem mętlik w głowie. Nie wiedziałem co myśleć. Uważałem, że musiałem być w jakiś sposób opętany, bo wrzaski zniknęły po modlitwie, ale jednocześnie zaprzeczałem opętaniu, bo przecież niczemu nie sprzeciwiałem się. Wiec jak to? Jak zło mogło się nie sprzeciwiać? Nie walczyło o mnie? Ot tak sobie ustąpiło?

Potem przestałem o tym myśleć, czego finałem było to, że jakiekolwiek wytłumaczenie tego całego zajścia przestało mnie obchodzić. Przestałem zupełnie się modlić. Przestałem chodzić do kościoła. Nie czułem Boga. Nie czułem chęci walczenia o Boga. Zacząłem się wstydzić swojej wiary. Żyłem z dnia na dzień, powoli popadając w depresję. Zabrakło celu w życiu. Czego się nie łapałem, nudziło mnie, nie miało sensu, szybko stawało się nieważnym. Przychodziłem z pracy do domu, z domu do pracy. Życie stawało się nudne. Nie miało celu. Traciło sens. Wszystko, co robiłem, traciło sens. Cały czas byłem zmęczony. Zmęczony niczym. Zmęczony byciem nikim. Żona o mnie się martwiła. Stałem się niesamowitym pesymistą. Ciągle gadałem z nią o smutnych rzeczach i dobijających sprawach. Wiedziałem, że męczy ją to ogromnie, że męczy się ze mną. Tak ją kochałem, że bardzo żałowałem, że mnie wybrała, że zniszczę jej marzenia o pięknym życiu. Widziałem jej smutną twarz za każdym razem. Chodziłem jak zbity pies.

Wtedy też doszedł kolejny problem. Wrócił głos w mojej głowie. Nie był to już wrzask, ale bardzo opanowany, czasem bardzo wulgarny komentarz do wszystkiego, co mnie otaczało, co robiłem, na co patrzyłem. Opisywał on ludzi, wydarzenia, czyny, miejsca, sytuacje. Komentował wszystko z bardzo złej strony. Jakby chciał wszystko i wszystkich oczernić w moich oczach. Źle się odnosił do wszystkiego i kibicował mi we wszystkim, co nie było dobre. Próbowałem z nim rozmawiać. Bez rezultatów. Był za mądry.

Przypomniałem sobie wtedy o Bogu. Pomyślałem, że warto do Niego się zwrócić. Jako ostatnia deska ratunku. Każdy spacer z psem wykorzystywałem, żeby porozmawiać z Bogiem. Jednakże każda rozmowa kończyła się tak samo: wielką depresją. Jakby samobiczowaniem się. Bóg stwierdzał, że sam sobie jestem winny. Że jak trwoga, to do Boga. Poddałem się. Żyłem dalej w smutku i w depresji. Bałem się śmiertelnie, że pewnego dnia najdzie mnie bardzo niebezpieczna myśl, żeby z tym wszystkim skończyć. Skoro sam Bóg o mnie zapomniał, to kto pozostał?

Był 10 grudnia 2014 roku. Przeglądałem Facebooka. Zauważyłem, że na mojej tablicy pojawił się wpis, na którym zostałem oznaczony. Bardzo się zdziwiłem. Było to zdjęcie z Jezusem wyciągającym dłoń topiącemu się człowiekowi. Był tam też podpis. Moją uwagę przyciągnął następujący fragment:

„Znam twoją nędzę, twoje zmagania, twoją słabość i choroby, twoje przygnębienia, i mimo to mówię ci: Daj mi twoje serce, kochaj Mnie będąc takim, jaki teraz jesteś! Jeśli będziesz czekać, aż staniesz się aniołem, by powierzyć się miłości, nigdy nie będziesz Mnie kochać. Nawet jeśli często popadasz w grzechy, nawet jeśli jesteś zbyt leniwy, aby coś w sobie zmienić – kochaj Mnie! Kochaj Mnie teraz, bez względu na stan, w jakim się znajdujesz, w zapale czy też w oschłości, w wierności czy w niewierności. Kochaj Mnie teraz. Pragnę miłości twego biednego serca.”

Pamiętam, że czytałem to wiele razy i nie potrafiłem doczytać do końca. Łzy mi tak rozmywały wzrok. Odpisałem tej osobie, że bardzo dziękuję, że dziś bardzo mi to pomogło. Potem odszedłem od komputera i mocno zapłakałem.

Po pewnym czasie odezwała się ta osoba. Powiedziała, że chciała oznaczyć kogoś innego, a nie mnie, ale teraz wie, że tak miało być. Nie ma pomyłek, zbiegów szczęścia, przypadków. Po prostu Bóg tak chciał. Zaczęliśmy rozmawiać. Dowiedziałem się, że ona przeżywała podobne męki jak ja teraz. Że wie co ja teraz przeżywam, że powinienem się zacząć modlić, rozmawiać z Bogiem. Odpowiedziałem, że próbowałem, że każda moja rozmowa z Bogiem kończy się moim przygnębieniem. Użalaniem się nad sobą. Ona odpowiedziała, że to nie może być Bóg. Bóg kocha człowieka jakim by nie był. Bóg mi nie powie: jak trwoga, to do Boga. Powiedziała, że to musiał być szatan, który podawał się za Boga.

Wszystko zaczęło nabierać sensu. Przypomniałem sobie moje prawdziwe spotkanie z Bogiem. Było to na jednym z czuwań w kościele. Było to może z 15-19 lat temu. Modliłem się, żeby Bóg mną tak pokierował, żebym zauważył sens tego wszystkiego. Chęć bycia przy nim. Nie rozumiałem, jak można kochać Boga. Nie rozumiałem konieczności kochania go. Dlaczego mam się zmuszać, kochać go i wielbić? To przyświecało mojej modlitwie. Podczas czuwania były osoby, na które zstąpił Duch Św. Niektóre zaczęły się modlić w obcych językach, inne miały inne dary. Pamiętam, że niektórzy zaczęli płakać, inni zaczęli się śmiać. Poczułem niepokój przed czymś nieznanym. W trakcie czuwania była szansa podejść do „epicentrum”, pod samą Hostię i poprosić o modlitwę wstawienniczą. Znalazłem w sobie odwagę i zrobiłem tak. Wtedy podeszły do mnie osoby, którymi kierował Duch Święty, nałożyły na mnie ręce i zaczęły się modlić nade mną.  Najpierw skupiałem się nad ich modlitwą. Fascynowała mnie. Ich dobór słów, sposób w jaki się modlą, ta moc modlitwy, ta wiara. Rozpoznałem język niemiecki, angielski francuski, ale była też łacina i inne, których nie kojarzyłem zupełnie. Coś mi w sercu powiedziało, że powinienem się skupić na sobie, a nie na innych. Tak zrobiłem i się zaczęło. W sekundę poczułem wolność. Poczułem jakąś łaskę, rozluźnienie, duchowy spokój. Przestał istnieć jakikolwiek problem. Czułem się błogo. Wspaniale. Zebrało mi się na łzy. Ale takie oczyszczające łzy. Uczucie, radości, że Bóg mi odpowiedział, że mnie tu znalazł. Następnie jedna z tych osób natchniona Duchem Świętym otworzyła Pismo Święte i za sprawą natchnienia trafiła na fragment, który mi przeczytała, a który miał być specjalnie dla mnie. Dowiedziałem się, że jestem dla Boga jego słoneczkiem. Rozweselam go codziennie. Zawsze jak na mnie patrzy, to uśmiecha się. Płakałem jak dziecko. Nie mam pojęcia co to był za fragment i jak naprawdę brzmiał. Byłem tak przejęty, że nie słuchałem, jak mi mówiono, jaki fragment mi przeczytano. Jak przez mgłę pamiętam, że to chyba któryś z psalmów. Również nie kojarzę, jak to brzmiało w oryginale, ale ja tak to rozumiałem i interpretowałem. Poczułem się zauważonym. I to nie przez byle kogo. To takie uczucie jakbyś wybrał się na koncert swojego życiowego idola. Pojawiasz się na koncercie, ale jest miliardowy tłum, a ty gdzieś niewidoczny w tłumie. I widzisz jak twój idol schodzi ze sceny i idzie w Twoim kierunku. Mija wszystkich i podchodzi do Ciebie. Spośród tylu miliardów ludzi, widzi ciebie. I mówi, że wie o Twoim istnieniu. Zna Twoje imię. Mało tego, dowiadujesz się że, On jest ciągle przy tobie i  nigdy cię nie opuścił, nawet jeśli wydawało ci się, że jest inaczej.

Podczas rozmowy z ową osobą z Facebooka wszystko to sobie przypomniałem i wzruszyłem się. Dziwiłem się, dlaczego wcześniej tego nie zrozumiałem. Dlaczego wcześniej nie zauważyłem, że w moich późniejszych rozmowach z „Bogiem” coś się nie zgadzało? Czyżbym aż tak mocno miał klapki na oczach, że tego nie dostrzegałem? A może to zły tak zawładnął moim rozumem?

Zacząłem szukać Boga. Modliłem się, wróciłem na msze święte. Złemu to się nie podobało. Robił wszystko, żebym zwątpił na nowo. Żebym się poddał. Wiedziałem, że zaczyna się wściekać. Niczego się nie bał. Kiedy zawodziły jego nawoływania, zaczął sprawiać, że zacząłem mylić się w modlitwach. Nie potrafiłem sobie przypomnieć niektórych modlitw. Na samym początku bałem się, że nawet nie zdołam sobie przypomnieć znaku krzyża świętego. Podczas odmawiania różańca, tzw. „zdrowasiek”, zdarzało się, że nie mogłem dokończyć żadnej „zdrowaśki”. Zaczynałem poprawnie, a potem zamiast tej modlitwy zacząłem gadać jakieś niestworzone rzeczy. Jakiś bełkot. Zdania, które nie miały żadnego sensu, a które nie były modlitwą. Podobnie było z uczęszczaniem do kościoła. W świątyni czułem się strasznie. Czułem jak bezwolnie napinają mi się mięśnie, przyspiesza tętno, mam zawroty głowy, stany bliskie omdlenia, gwałtowna senność. Nie potrafiłem zebrać myśli do kupy. Wszystko odchodziło jak tylko opuszczałem mury świątyni. Dodatkowo ten głos. Złośliwe komentarze nie opuszczały mnie. Nie pozwalały mi się cieszyć czynieniem dobra. Każdą chwilę szczęścia i radości, swoimi złośliwymi komentarzami zmieniał w koszmar. Komentarze zaczęły się nasilać. Mimo to, nie poddawałem się. Wszelkie inne „przeszkadzacze” powoli i stopniowo zaczęły zanikać. Zło jakby powoli odpuszczało. Zdarzały się jednak wciąż dziwne rzeczy. Czasem kątem oka widziałem żywe cienie poruszające się i uciekające przed moim spojrzeniem. Czasem coś pacnęło mnie w głowę kilka razy, innym razem będąc w pracy, na korytarzu słyszałem potajemną dyskusję dwóch mężczyzn. Ciekaw byłem, co oni knują. Nie rozumiałem słów, ale po tonie wypowiedzi i sposobie mówienia można było wywnioskować, że to jakiś spisek. Rozmawiali już dość długo. Może 10 minut, może więcej. W końcu nie wytrzymałem i wyszedłem na korytarz pod byle pretekstem i z ciekawości, żeby zobaczyć kto spiskuje. Korytarz był pusty. Nikogo nie było. Kiedy pojawiłem się w centrum skąd dobiegała rozmowa, ta szybko (niczym pędzący bez ładu balonik, z którego wystrzeliło powietrze nim napełnione) rozwiała się po przestrzeni i „uciekła”. Wiedziałem, że to, co chce mną kontrolować i czemu staram się wymknąć, zbiera ostatki sił, żeby zmusić mnie do zaprzestania tego, co robię. Zaprzestania mojego powrotu do Boga. Chciał, żebym znów czuł się jak wariat.

Podczas naszych rozmów z wcześniej wspomnianą przeze mnie osobą z Facebooka doszliśmy do potrzeby spowiedzi. Bardzo się tego bałem, ale chciałem się uwolnić. Nie chciałem, by ktoś za mnie myślał, oceniał sytuację i wydarzenia. Zwlekałem prawie cztery miesiące. Albo się bałem, albo on mi nie pozwalał. I tak to się ciągnęło. Zbliżała się Wielkanoc. Najważniejszy dzień dla chrześcijan. Tego dnia Jezus pokonał śmierć. Pokonał szatana. Razem z moją przyjaciółką z Facebooka doszliśmy do wniosku, że albo teraz, albo nigdy. Zacząłem się modlić o dobrego spowiednika oraz o to, żebym się sumiennie wyspowiadał i jak najlepiej się przygotował do tej spowiedzi. Do Świąt Wielkiej Nocy pozostały dwa tygodnie. Czas pędził nieubłaganie. Zacząłem czuć presję. Olbrzymią presję. Ciągle w głowie powtarzałem słowa: „teraz albo nigdy, teraz albo nigdy”, zaś zły w głowie podkreślał: NIGDY.

W niedzielę poszedłem na mszę św. Co chwilę powtarzałem: „proszę, daj mi siłę, proszę, wskaż mi księdza”. Przechodzili różni księża. Nie działo się nic. Nastała część mszy, kiedy rozdawano Ciało Chrystusa. W tym czasie do kościoła zaczęli wchodzić różni inni księżą w celu pomocy w rozdawaniu komunii. Pojawił się też ksiądz X. Wtedy mi serce zabiło szybciej. To było takie wrażenie, jak zakochanie się. Sławne motyle w żołądku. Wtedy też zaczął wściekać się zły. Wiedział, co chcę zrobić. Wiedział, że podejdę po mszy do księdza X i poproszę o spowiedź. Zaczął z pełnym opanowaniem oraz skrupulatnie, komentować zaistniałą sytuację i moje myśli. Powiedział, że ten cały mój teatrzyk jest mi niepotrzebny. Że niepotrzebnie robię tyle szumu wokół siebie. Czyż nie powinienem być skromny? A zachowuję się jak jakiś gwiazdor, któremu potrzebny jest specjalny ksiądz, specjalne pomieszczenie. Przecież ja boję się ludzi, a rzucam się z motyką na księżyc. I co on ten ksiądz? Myślisz, że nie ma swoich spraw? Że będzie specjalnie dla takiego zera, jak ty, marnował swój czas? Jeszcze cię wyśmieje. …Posłuchałem i poddałem się. Tamtego dnia zrezygnowałem.

Był wtorek. Ostatni przed Wielkim Tygodniem. Wróciłem z pracy. Cały dzień nie dawała mi spokoju myśl, że to już koniec. Nie chciałem, żeby to już był koniec. Nie miałem żadnego kontaktu do księdza X. Zacząłem przeglądać Internet w poszukiwaniu jakiegoś telefonu, e-maila. Nic takiego nie znalazłem. Potem powstała myśl, że mogę się skontaktować przez pewną osobę, która może mieć kontakt do księdza X. Jest to osoba bardzo mocno związana z Kościołem. Skontaktowałem się z nią przez Internet. Odpisał bardzo szybko. I już tego samego dnia miałem się spotkać z księdzem X.

Dla Boga nie ma przypadków. Okazało się, że osoba, która mnie skontaktowała z księdzem, bardzo cierpi duchowo i wiele wycierpiała się w przeszłości. Śmiertelna choroba; pastwienie się emocjonalnie i fizyczne innych ludzi nad nim; decyzja, której nie da się cofnąć… Swoim sposobem rozumowania świata stał się dla mnie pięknym świadectwem wiary i zaufania Bogu. Zauważyłem również w nim emocjonalną chęć, a nawet żądzę posiadania zaufanego przyjaciela, któremu może się zwierzyć. W życiu został bardzo skrzywdzony. Pomyślałem, że moja w tym misja, żeby potrafił znowu zaufać człowiekowi. Poczułem się doceniony przez Boga. Byłem w szoku. On, sam Bóg, znając moje serce, moje życie, nie boi się i poleca mi „opiekę” nad bardzo wierzącym człowiekiem i jest w tym pewien, że Go nie zawiodę. Ponownie okazuje się, że nic nie dzieje się z przypadku. Bóg stawia nam na drodze ludzi, których możemy ominąć, ale też możemy ich zauważyć.

Z księdzem X umówiliśmy się na konkretny dzień na spowiedź generalną. Cały dzień było szaroburo i deszczowo. Jako że interesuję się filmami, wiedziałem, że w filmach taka pogoda jest symbolem oczyszczenia głównego bohatera. Symbolem zmian, które mają wielki wpływ na jego przyszłe życie. Mając taką wiedzę, ucieszyłem się z takiego symbolu.  Zbliżała się godzina mojej spowiedzi. Starałem się na nią przygotować jak najlepiej. Jak najbardziej sumiennie. Ruszyłem na plebanię. Bardzo się bałem, ale i jednocześnie chciałem mieć to już za sobą i nie mogłem się doczekać. Wtedy stało się coś, co mnie przeraziło. Kiedy szedłem na plebanię, zły szalał. Moje ciało całe drżało ze strachu, nie z zimna. W pewnym momencie usłyszałem jakiegoś „rajdowca”, który pędził bardzo szybko przez miasto. Zły powiedział, że jak chcę, mogę rzucić się pod koła tego samochodu. Wtedy będę miał argument, żeby nie iść do spowiedzi. To zmroziło moją krew w żyłach i tylko potwierdziło, że robi się coraz bardziej niebezpiecznie w moim życiu. On chciał, żebym się zabił. Był tak zdeterminowany. Zrobiłby wszystko, żebym tylko nie wyspowiadał się. Przerażony, przyspieszyłem kroku.

Na miejscu udaliśmy się z księdzem X do kaplicy na plebani. I tam odbyła się spowiedź. Wyciszyłem się i zaczęliśmy. Usiedliśmy obok siebie w jednej ławce. Nie patrzyłem na księdza, ale przed siebie na ołtarz. To była spowiedź inna niż wszystkie. Nie czułem, że spowiadam się księdzu, ale samemu Jezusowi. Na ołtarzu kaplicy stała figura zmartwychwstałego Jezusa. Tam miałem wpatrzone oczy podczas spowiedzi. Rozmawiałem z Nim, a nie z kapłanem. Czasem niechcący, kątem oka spoglądałem na księdza X. Widziałem, jak współcierpi ze mną. Jak przeżywa moją spowiedź. Były momenty, że miałem czarną dziurę w głowie. Momenty, gdzie wszystko, co pamiętałem uciekało. Innym razem tak mnie dusił żal, że nie potrafiłem nic powiedzieć. Nie wiem czy to kapłan, czy ktoś inny się za mnie modlił w tej chwili, ale to mi bardzo pomagało. Czułem siłę, że mogę temu podołać. Że mogę postawić się złemu duchowi.

Zły ciągle walczył. Ciągle wszystko komentował. Ciągle mi wypominał, że robię z siebie idiotę, że robię jakieś przedstawienie, teatrzyk, że nie jestem godzien. Klepał mi to cały czas w głowie. Przeszkadzał mi, jak tylko mógł.

Sam ksiądz był idealny. Taki, o jakiego się modliłem. Cierpliwy, nie popędzał mnie, nie osądzał, lecz cierpiał ze mną. Kiedy ksiądz rozpoczął naukę, zły oczerniał księdza. Powiedział, że wybrałem beznadziejnego księdza, który w kółko mówi to samo, że cały czas się powtarza, że klecha nie wie tak naprawdę, co ma powiedzieć. Mówił, że ksiądz X nie ma pojęcia o dobrej spowiedzi, że miał być ktoś mądry, a ten tu chyba pierwszy raz w życiu spowiedzi udziela. Klepał coraz głośniej. Tak, że ciężko mi było słuchać kapłana. Ciężko było mi się skupić na jego nauce. I wiecie co? Gdy ksiądz w imię Trójcy Świętej zaczął odpuszczać mi moje winy, zło zamilkło. Już się nie odezwało, a ja byłem lekko zdezorientowany, bo żyłem z tym już tak długo, że cisza była dla mnie szokiem.

Uśmiechnąłem się przez łzy. Następnie cały ciężar powolutku zaczął ustępować. Trwało to może z 2 minuty. Wszystko zaczęło ze mnie spływać, a ja czułem się coraz lżejszy. Spływało bardzo wolno. Potem spojrzałem na kapłana. Był zmęczony, ale szczęśliwy. Miał czerwoną twarz i przyspieszony oddech. Widać, że ta spowiedź kosztowała go sporo wysiłku i jest teraz bardzo zmęczony.  Mimo to, uśmiechnął się i powiedział, że teraz w niebie jest karnawał. Na co również odpowiedziałem uśmiechem. Wyciągnął dłoń i pogratulował mi. Czułem się jakbym zrobił coś niesamowitego, co było niemożliwe dla zwykłego śmiertelnika. Jakbym góry przenosił jedną ręką. Czułem wielką radość, ale i wdzięczność. Wdzięczność Bogu, że nie pozwolił mi zniknąć. Że on sam nie zniknął zupełnie dla mnie. Byłem mu wdzięczny za ludzi, których postawił na mojej drodze, a którzy przyczynili się do mojego ratunku. Patrząc na tabernakulum w kaplicy, zapytałem, czy jest tu Jezus. Ksiądz X powiedział, żebym chwilkę poczekał, przebierze się i udzieli mi komunii. Zgodziłem się z radością. Od roku nie przyjmowałem komunii i miałem olbrzymią ochotę. Następnie na początku prywatnie, potem we dwójkę z księdzem X wielbiliśmy Boga. Na odchodne nie wiedziałem, co powiedzieć księdzu X w ramach mojej wdzięczności. Jedyne, co mi przyszło do głowy, to: „on już nic nie mówi”. Na co ksiądz X odpowiedział: „Bo mu Jezus nie pozwala”. Wyszedłem z plebani z wielką frajdą, dumą i wdzięcznością i udałem się do domu z Jezusem w sercu i poczuciem bezpieczeństwa. Teraz nic mi już nie groziło, bo oto dzięki Jezusowi pokonałem złego, który mnie zniewalał. Myślałem, że to już koniec.

Jednakże cały finał miał miejsce tej samej nocy. We czwartek, między godziną 23. a 24. odmawiałem różaniec, wciąż przeżywając wdzięczność Bogu za wolność. Potem ułożyłem się w łóżku gotów do pogrążenia się we śnie z uśmiechem na twarzy. Wtem nad moją głową coś ryknęło. To był bardzo długi ryk i bardzo mroczny. Można go porównać do szybko ciągniętego po betonie niemożliwie wielkiego głazu. Jak byłem spokojny, tak szybko przeraziłem się, odskoczyłem i wtedy ryk zza mojej głowy bardzo szybko uciekł w górę i zniknął. Szybko włączyłem światło w pokoju i zapytałem żony, czy też to słyszała. Zaspana zaprzeczyła. Potem przez jakiś czas analizowałem, co się mogło wydarzyć.

Następnego dnia rozmawiałem o tym ze swoją znajomą z Facebooka. Zapytała mnie, o której godzinie się modliłem. Okazało się, że nieświadomie modliłem się w Świętej Godzinie, kiedy Jezus modlił się w Ogrójcu. Wtedy modlitwa ma jeszcze mocniejsze działanie. Bardzo się ucieszyłem, że tamtego dnia przyjąłem Jezusa do serca. Przypuszczam, że było tak, że zły uciekł, ale jeszcze tej samej nocy chciał wrócić. Kiedy się zaczął włamywać do mnie, drzwi od środka otworzył Jezus, a zły z wściekłości podkulił ogon i z rykiem niemocy uciekł.

Teraz żyję na nowo. Widzę rzeczy, których nigdy wcześniej nie widziałem. Czuję rzeczy, których nie odczuwałem. Przede wszystkim ta cisza. Już nikt nie myśli zamiast mnie. Nikt mi nie komentuje. Podczas uczestniczenia we Mszy Św. również jest inaczej. Nie czuję się niesamowicie śpiący, nie mam zawrotów głowy ani przyspieszonego oddechu. Zamiast tego widzę, że w kościele jest bardzo jasno. Nigdy tak jasno nie było. Zawsze było ciemno. Dodatkowo mam uczucie, jakbym nad głową miał bardzo dużo miejsca. Jakby sufity wszędzie były wyższe. Nawet podczas spaceru niebo wydaje się być wyżej niż wcześniej, o które prawie zawadzałem głową. Przede wszystkim czuję spokój i radość. Nie wściekam się z byle powodu. Nie denerwuję. Nie jestem zmęczony, zawsze chętny do pomocy. Czuję, że nareszcie jestem wolny. Nawet moja żona to zauważa. Mówi, że jestem inny, lepszy. Do kościoła nie chodzę z przymusu, ale z chęci. Z modlitwą jest podobnie. Chcę by Bóg cały czas się do mnie uśmiechał, tak jak wtedy mi to powiedział podczas pamiętnego czuwania.

Napisałem to, ponieważ czuję tak olbrzymią wdzięczność Bogu, że chcę, by mój przykład był dla podobnych mnie ostrzeżeniem. Zaś dla innych wzmocnieniem swojej wiary. Tekst ten nie ma na celu sprawić, bym miał sławę i poklask wśród innych. Nie ma też celu wywyższenia się czy udowodnienia, że moja wiara jest lepsza, czystsza – bo tak nie jest. Dlatego też piszę to anonimowo. Dzielę się z Wami tym, co sam przeżywałem. Przyznam, że gdybym tego sam nie przeżył, nie uwierzyłbym. Aż tak wydaje się to być niewiarygodnym. Pragnę przestrzec, że zły, szatan, diabeł, itd., to nie jest tylko wymyślony symbol grzechu. jakaś przenośnia. To nie są bajeczki o panu z widłami i rogami, które opowiada się, gdy dzieci są niegrzeczne, żeby je nastraszyć. On istnieje naprawdę i jest przerażający. Potrafi zamienić życie człowieka w piekło. Nawet dosłownie. Sprawić, że człowiek stanie się jego niewolnikiem. Zaś całkowite poddanie mu się może nawet grozić utratą życia, a co gorsze utratą Boga na wieczność. Każde spotkanie ze złym zostawia w psychice człowieka krwawiącą ranę. Ranę, która nigdy się nie zagoi. Oparzenie po jego dotyku, po którym blizna nigdy nie zejdzie. I z tym trzeba żyć do końca. Z urazem w psychice.

Ostrzegam, mówcie świadomie, co mówicie, ponieważ każdy odpowiada za to, co mówi. Nie „rzucajcie swoich słów na wiatr”. Nie przeklinajcie nikogo. Uciekajcie od wróżek, tarotów, okultyzmu. Nie pozwólcie na otwarcie się drzwi, przez które przejdzie coś, z czym bez Boga nie jesteście w stanie się zmierzyć.

Zastanawiałem się dlaczego Bóg pozwolił na to, co mi się przytrafiło? Jaki miał plan? Analizowałem to wszystko i doszedłem do takiego wniosku: zło w najczystszej postaci i żywe istnieje. Musi więc istnieć dobro w najczystszej postaci, Bóg Ojciec, Syn Boży, Duch Święty i również być żywym. Wmawia się nam, że Kościół katolicki manipuluje ludźmi. Okłamuje ich. Wciska bajeczki. A ja się pytam, czy zło aż tak wierzy ludziom, że przeraźliwie boi się Boga „wymyślonego” przez ludzi, przez Kościół? Moim zdaniem, to jest dowód na to, że Bóg istnieje i żyje.

Przypominam sobie mój pierwszy żywy kontakt z prawdziwym Bogiem. Kiedy prosiłem Go na pamiętnym czuwaniu, żeby mi pokazał, dlaczego jest potrzebny i dlaczego ludzie go tak kochają. Myślę, że tym, co doświadczyłem do tej pory w życiu, odpowiedział mi na to pytanie i wzmocnił moją miłość do Niego. Powrócił uśmiech na Jego twarzy. Teraz uśmiecha się do mnie… i do Ciebie.
Źródło: Gość Niedzielny

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Świadectwa i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

40 odpowiedzi na „Widziałem twarz diabła – prawdziwe świadectwo głębokiego nawrócenia

  1. mobi pisze:

    Chwała Bogu.

  2. Małgosia pisze:

    A to czyja robota jak nie diabla!
    Oto bezmiar apostazji! W Holandii zamkną 1000 kościołów
    W Holandii zamkniętych zostanie 1000 kościołów. Tak wielka jest skala apostazji, że nikt już po prostu do nich nie chodzi. Za upadek wiary odpowiada tamtejszy Kościół – i sam się do tego przyznaje.

    Oznacza to, że holenderscy katolicy muszą przygotować się na przyszłość bez kościołów. Kardynał Willem Eijk, arcybiskup Utrcehtu i przewodniczący tamtejszego episkopatu zapowiedział, że wkrótce właśnie 1000 kościołów trzeba będzie zamknąć. Co się z nimi później stanie – wolelibyśmy nie wiedzieć. Prawda jest bowiem bolesna – bezbożnicy i poganie uczynią z nich sklepy, bary, i hotele, w których ubierać się, stołować i spać będą ludzie, którzy nigdy w życiu nie poznali Jezusa Chrystusa. W środku Europy!…
    http://www.fronda.pl/a/oto-bezmiar-apostazji-w-holandii-zamkna-1000-kosciolow,50320.html

  3. Małgosia pisze:

    Pikieta modlitewno-przebłagalna na Placu Zbawiciela
    Na Placu Zbawiciela w Warszawie trwa pikieta modlitewno-przebłagalna. Spotkanie modlitewne to wyraz zadośćuczynienia za zniewagi i bluźnierstwa słowne oraz te wyrażone w stanowionym prawie, które jest sprzeczne z prawem Bożym i naturalnym – powiedział ks. Jerzy Garda organizator pikiet modlitewnych.

    Uczestnicy chcą również otoczyć modlitwą Kościół i całą Ojczyznę.

    Ks. Jerzy Garda, misjonarz, dodał, że pikieta ma też zwracać uwagę na to, że problemy i zagrożenia dla rodzin, małżeństw i dzieci wynikają z ustaw uchwalonych przez rządzących.

    – Modlimy się w intencji naszej rodziny, która jest zagrożona przez obecne ideologie. Modlimy się też o to, aby z Placu Zbawiciela został zabrany pomnik – można powiedzieć – homoseksualistów i innych dewiantów, tzw. tęcza. Jest to symbol grzechu Sodomy i Gomory. Zwracamy też uwagę na śmiercionośny program ideologii gender. Niszczenie płodności dziewcząt, kobiet, poprzez forsowanie antykoncepcyjnej i wczesnoporonnej pigułki „dzień po”, dostępnej już dla piętnastoletnich dziewcząt. Sięgając po tą tabletkę, mogą niszczyć swoje zdrowie i płodność – podkreślił ks. Jerzy Garda.

    Spotkania rozpoczynają się modlitwą Anioł Pański, następnie odmawiany jest różaniec i koronka do Miłosierdzia Bożego.

    Pikiety modlitewne na Placu Zbawiciela w Warszawie rozpoczęły się 23 czerwca ubiegłego roku.
    http://www.radiomaryja.pl/informacje/pikieta-modlitewno-przeblagalna-na-placu-zbawiciela/?utm_medium=twitter&utm_source=twitterfeed

  4. Anka pisze:

    Francja: codziennie dwie profanacje chrześcijańskich świątyń i cmentarzy
    Chrześcijanie we Francji mają powody do obaw. Jak podało ministerstwo spraw wewnętrznych w ubiegłym roku statystycznie każdego dnia zgłaszano policji dwa przypadki profanacji chrześcijańskich miejsc kultu i cmentarzy. Ministerstwo przyznaje, że liczba antychrześcijańskich i antysemickich incydentów stale wzrasta. Zmniejszyła się natomiast w ostatnim roku liczba ataków na meczety i muzułmańskie sale modlitw. Rzecznik prasowy episkopatu zaznacza, że nie są to zwyczajne akty wandalizmu. „Miejsce kultu to nie sala zebrań. Jest to zatem atak na chrześcijan, a ogólniej rzecz biorąc na Francuzów” – podkreśla ks. Olivier Ribadeau Dumas.

    W sumie w ubiegłym roku wandale zniszczyli bądź sprofanowali 807 miejsc kultu i cmentarzy, z tego 673 chrześcijańskie. Na 216 zbezczeszczonych cmentarzy 206 było chrześcijańskich. Na 591 świątyń, 467 należało do chrześcijan, 61 do żydów a 60 do muzułmanów.
    http://pl.radiovaticana.va/news/2015/04/20/francja_profanacje_%C5%9Bwi%C4%85ty%C5%84/1138343

  5. wobroniewiary pisze:

    Poświęcenie soli i wody i oleju
    TEGO OBRZĘDU POŚWIĘCENIA MOŻE DOKONYWAĆ KAŻDY KAPŁAN!

    O wszystkie te sakramentalia można prosić kapłanów.Egzorcyzmu wody, soli i oleju może dokonać każdy ksiądz modlitwami z Rytuału rzymskiego.
    Na podstawie: „Posługa kapłana egzorcysty” ks. Kocańdy.

    http://egzorcyzmy.katolik.pl/poswiecenie-soli-i-wody-rytual-rzymski/

  6. Emi pisze:

    Od 19 kwietnia Swiety Calun wystawiony jest na dwa miesiace w Turynie
    Juz million osob zapowiedzialo przybycie. Papiez Franciszek rowniez zapowiedzial przyjazd do Turynu 21-22 czerwca.
    CalunTurynski zostal podarowany na wlasnosc Watykanowi w roku 1983 przez rodzine de Savoie, wlascicieli swietej relikwi od XV wieku w Chambéry. Wystawiany byl w momencie powstania sekty luteranskiej jako dowod prawdziwosci wiary katolickiej.
    Chociaz Watykan nigdy nie potwierdzil autentycznosci Calunu to jednak przyznaje wiare, ze przedstawia meke czlowieka ukrzyzowanego identycznie opisanego w Bibli. Dla nas katolikow jest to najwieksza swieta relikwia.

  7. Jacek pisze:

    Fajnie sie czyta widzac ze Bog kogos uwolnil:) szkoda ze u mnie spowiedz i komunia nie pomaga… NIGDY nie bylo luzu przed komunia (w takim stopniu ze czy bym poszedl lub nie poszedl to bedzie lipa…) ahhh to glupie rzucanie sie w oczy…. uswiadomilo mnie to swiadectwo (jak i wczesniej wpis z ojcem witko z pewnymi objawami). Czegis nie rozumiem, to bylo opetanie, czy dreczenie?dziekuje.

    • BKCD pisze:

      czesc Jacek nie wiem co Ci się dzieje ale uwierz w to i Dziękuj Bogu za każdą łaskę że możesz pójść o własnych siłach do konfesjonału i możesz pójść do Komunii a to że dręczą Cię myśli wiele razy pisałam mów w sercu w Imię Jezusa Chrystusa wyrzekam się złych myśli natrętnych , ducha smutku , ducha niepokoju ducha lęku itp Amen Dziękuj bo wile osób w sumie większości osób nie docenia że może o własnych siłach pójść wejść do kościoła Dziękuj Cię za każdą łaskę bo człowiek jak może nie zauważa dopiero jak straci możliwość np jak mają problem Chrześcijanie nawet w krajach jak Libia , Syria w sumie wejście nie raz do kościoła może się równać śmierci bo dzięki temu wyznaje że jest Chrześcijaninem

  8. Paweł pisze:

    Witam. Fajne świadectwo. Ale czy mógłby ktoś rozwiać pewne wątpliwości. Chodzi o fragment: Wtedy podeszły do mnie osoby, którymi kierował Duch Święty, nałożyły na mnie ręce i zaczęły się modlić nade mną.  Najpierw skupiałem się nad ich modlitwą. Fascynowała mnie. Ich dobór słów, sposób w jaki się modlą, ta moc modlitwy, ta wiara. Czy nie jest tak, że tylko kapłan lub rodzice w stosunku do dzieci mogą nakładać ręce?

  9. Paweł pisze:

    Tak, wiem. Ale z cytatu wynika, że to byli członkowie wspólnoty (wierni), a nie kapłan.

    • Sylwia pisze:

      Paweł ale są osoby z charyzmatami i one mogą nakładać ręce i modlić się . Oczywiście za zgodą . Tak mi się wydaje bo innej opcji nie widzę .

  10. BKCD pisze:

    Program Centrum Pojednania 2015 rok

    REKOLEKCJE DLA MAŁŻONKÓW PORZUCONYCH
    11 – 13.12.
    W wyniku rozpadu małżeństwa, zwykle jedna ze stron ponosi zdecydowanie większą odpowiedzialność, a druga staje się ofiarą i osobą porzuconą. Duszpasterska troska Kościoła obejmuje także osoby porzucone, aby im towarzyszyć w samotnym dotrzymywaniu ślubowanej wierności małżeńskiej.

    http://www.centrum.saletyni.pl/rekolekcje/terminy-rekolekcji

    REKOLEKCJE APOSTOLSTWA RODZINY SALETYŃSKIEJ
    07 – 10.05.
    Przeznaczone dla osób pragnących pogłębić życie duchowe i więź z Matką Bożą, w braterskiej wspólnocie członków i sympatyków Apostolstwa Rodziny Saletyńskiej.

    LATO 2015

    WCZASOREKOLEKCJE
    20 – 28.06.
    Kilkudniowy pobyt w Dębowcu, podczas którego będzie czas na wspólną Eucharystię, modlitwę, pogłębienie wiary przez konferencje i udział w nabożeństwach w bazylie. Będzie także czas na wypoczynek. Cisza i piękno przyrody, park i cały kompleks zachwycają przybywających do dębowieckiego sanktuarium. W czasie pobytu zaplanowane są wycieczki, które pozwolą lepiej poznać przepiękne tereny Podkarpacia, liczne sanktuaria, drewniane kościoły i cerkwie.

    SPOTKANIE TRZEŹWOŚCIOWE
    31.07 – 02.08.
    W atmosferze modlitwy i wspólnoty uczymy się szukać i pełnić wolę Bożą.

    REKOLEKCJE DOMOWEGO KOŚCIOŁA
    07 – 14.08.

    REKOLEKCJE DLA WSZYSTKICH: Lectio divina
    14 – 22.08.
    Pierwsza, druga i trzecia część z czterech etapów, których treścią jest POJEDNANIE: uzdrowienie i przemiana, integracja, rozwój i harmonia życia.

    REKOLEKCJE KAPŁAŃSKIE I
    23 – 26.08.

    JESIEŃ 2015

    W postawie pokory podejmujemy trudne tematy. Jeśli nie jest obojętny Tobie problem depresji, wewnętrznego rozbicia lub opuszczenia przez małżonka, to zachęcamy do poszukiwań pełnych Bożego Ducha i nadziei. Warto również zwrócić uwagę na rekolekcje o Mszy świętej i Spowiedzi.

    REKOLEKCJE DLA CZYTELNIKÓW POSŁAŃCA MBS
    9 – 11.10.
    Wspólnota Czytelników La Salette – Posłaniec Matki Bożej Saletyńskiej gromadzi się u stóp Maryi, aby pogłębić rozumienie Orędzia saletyńskiego i z gorliwością go przekazywać.

    REKOLEKCJE EWANGELIZACYJNE DLA MATURZYSTÓW
    16 -18.10.
    Do zbudowania zintegrowanej osobowości nie wystarczy świadectwo dojrzałości ale potrzebna jest także dojrzałość duchowa. Sprzyjają temu rekolekcje.

    REKOLEKCJE KAPŁAŃSKIE II
    19 – 22.10.

    SESJA DLA WSZYSTKICH: Zdobywać przewagę nad depresją
    23 – 25.10.
    Każdy, kto kiedykolwiek przeżywał nastrój depresyjny, zazwyczaj lęka się tego stanu. Depresja, to na ogół wiele dolegliwości, które odczuwamy fizycznie, psychicznie a także duchowo. Nie jest łatwo opisać objawy depresji i znaleźć proste sposoby na jej pokonanie. Pragniemy w tej sesji zmierzyć się z tym zagadnieniem i chociaż przez krótki czas towarzyszyć osobom odczuwającym lęk przed depresją.

    REKOLEKCJE KAPŁAŃSKIE III
    16 – 19.11.

    REKOLEKCJE TRZEŹWOŚCIOWE: „Moc w słabości”
    20 – 22.11.
    Skierowany do wszystkich którzy pragną uznać swoją bezsilność i są gotowi do rezygnacji z kontrolowania siebie i innych. Rekolekcje te pozwalają uczestnikom przeżyć i pogłębić krok 1 programu wspólnot Anonimowych Alkoholików.

    REKOLEKCJE KAPŁAŃSKIE IV
    23 – 26.11.

    REKOLEKCJE DLA WSZYSTKICH: Msza święta krok po kroku
    27 – 29.11.
    Dla tych, którzy pragną głębiej zrozumieć Eucharystię. Aby Msza święta dawała poczucie harmonii między Bogiem przeżywanym w Liturgii i w życiu codziennym, a rozbieżność między wiarą i codziennością nie była zgorszeniem.

    REKOLEKCJE KAPŁAŃSKIE V
    30 – 3.12.

    ADWENTOWE CZUWANIE DLA KOBIET
    04 – 06.12.
    Bóg dał Adamowi najcenniejszy dar, jaki mężczyzna może otrzymać – kobietę. Jako kobiety mamy wiele do zrobienia. Do tego potrzebna jest mądrość pozwalająca dobrze odczytać zamysł Boga względem kobiety, bo jej powołanie jest wymagające.

    SESJA DLA WSZYSTKICH: Pojednanie z samym sobą
    11 – 13.12.
    Poznać siebie, wejść w siebie, wypowiedzieć siebie, przyjąć integrującą obecność słowa i bliskości bliźniego. Każdy może to czynić według własnych możliwości i własnej wolności. Wszyscy są do tego zaproszeni.

    REKOLEKCJE DLA MAŁŻONKÓW PORZUCONYCH
    11 – 13.12.
    W wyniku rozpadu małżeństwa, zwykle jedna ze stron ponosi zdecydowanie większą odpowiedzialność, a druga staje się ofiarą i osobą porzuconą. Duszpasterska troska Kościoła obejmuje także osoby porzucone, aby im towarzyszyć w samotnym dotrzymywaniu ślubowanej wierności małżeńskiej.

    REKOLEKCJE DLA WSZYSTKICH: Spowiedź – radość czy koszmar?
    18 – 20.12.
    Jesteśmy świadkami z jednej strony odchodzenia od sakramentu pokuty, a z drugiej strony powrotu do niego po wielu latach. Przyczyny tych zjawisk są często skomplikowane i bardzo osobiste. Jak przeżywać ten sakrament, aby był źródłem radości z odnalezionego zbawienia, a nie presją związaną z uroczystościami religijnymi i rodzinnymi?

  11. Monika pisze:


    Pod tym linkiem Ojciec Daniel mówi o nakładaniu rąk w 1:09:40 minucie.
    Warto też posłuchać świadectw i włączyć do modlitwy. Pan Bóg działa poza czasem.
    W każdej chwili może Cię uzdrowić, jeśli Mu zaufasz i uwierzysz.
    Jezus jest Panem!

  12. ula pisze:

    Nigerysjki biskup ma wizje Chrystusa, teraz wie, ze rozaniec zwyciezy boko haram.
    Podczas adoracji w kosciele pojawil sie Chrystus, nic nie mowil na poczatku, podszedl do biskupa z mieczem w reku i go mu wreczyl, kiedy ten wzial miecz w rece zmienil sie on w rozaniec. Jezus powiedzial trzy razy, Boko Haram nie ma. http://www.aleteia.org/en/religion/aggregated-content/nigerian-bishop-sees-vision-of-christ-says-rosary-will-bring-down-boko-haram-5811010795470848?utm_campaign=Echobox&utm_medium=Social&utm_source=Facebook

  13. Paweł pisze:

    Z tego co wiem, chociażby z konferencji o. Daniela i ks. Dominika Chmielewskiego takie nakładanie rąk przez osoby świeckie (poza przypadkami wskazanymi przez wobroniewiary) może skończyć się poważnymi problemami duchowymi. Księża ostrzegali chyba nawet przed takimi działaniami w ramach wspólnot, jeżeli to nie kapłan nakłada ręce.

  14. Wojtek pisze:

    Ja też wróciłem do Pana ale jeszcze chyb nie całkiem, nie zrozumcie mnie źle nie uważam się za jakiegoś świętego, traktuję to jako łaskę od Boga a nie moją zasługę. Kocham Chrystusa i wiem że jest ze mną ale ja nie miałem czegoś takiego jak pan NN, że głosy ucichły. Teraz przeciwnie są nieraz głośniejsze, a im więcej się modlę tym tym bardziej on mi dokucza.

    Ostatnio znalazł pretekst żebym nie poszedł do Komunii bo co niedziela ofiaruję ją w różnych intencjach. Wyciągnął dwa stare grzechy o których zapomniałem i nie uważam aby były wyspowiadane. Dość ciężkie to grzechy a on mnie tak przywalił winą i wątpliwościami że nie skorzystałem ani ze spowiedzi ani z Eucharystii. Nie wiedziałem że bez eucharystii można czuć taką pustkę. I teraz szatan cały czas wmawia mi że jestem żałosny i słaby i że już nigdy nie pójdę do Komunii bo nie odważę się w pełni szczerze z tych grzechów wyspowiadać.

    Męczę się już dwa dni i nie potrafiłem was poprosić, nawet nie będę przytaczał argumentów które usłyszał i które słyszę teraz. Ja wiem że szatan mnie nie chce wypuścić boję się znowu stoczyć. Nie kiedy znalazłem sens życia. POMOCY!!! Taki jestem słaby.

    Oczywiście wróciły problemy z modlitwą, chcę oczywiście ale to narzucane lenistwo jest tak męczące że muszę włożyć na prawdę sporo wysiłku żeby się pomodlić.

    A i prosiłem was o modlitwę za mnie w intencji pokochania przeze mnie modlitwy różańcowej poskutkowało tym że mam na nią bardzo dużą ochotę i to pomimo tego przygniatającego mnie lenistwa:) Dziękuję wam za modlitwę, już zadziałała Bóg jest wielki, a o was pamiętam w każdym dziesiątku. Kocham Pana za was.

    • Monika pisze:

      Czytaj Pismo Święte – Słowo Boże to jest sam Bóg.
      Szukaj odpowiedzi u źródła.
      Mamy teraz Ogólnopolski Tydzień Biblijny.
      Dostaniesz odpowiedź od Boga w Jego Słowie.
      Tam znajdziesz odpowiedź na wszystkie Twoje wątpliwości i pytania.
      Jezus jest Panem!

    • wobroniewiary pisze:

      Po pierwsze: „olej złego” czyli nie słuchaj co ci truje!
      Po drugie idź jak najszybciej do spowiedzi św. i przyjmij Pana Jezusa.
      3) Po trzecie odmawiaj potężny egzorcyzm – Różaniec Św.!

      Będzie dobrze, czarny tylko potrafi krzyczeć i straszyć oraz osądzać. Taki podły duch oskarżyciel.

      • Wojtek pisze:

        Wiem musi być dobrze. Ja wiem, że Chrystus mnie już nie wypuści zbyt mocno się napracował żeby mnie mieć. Dlatego tak bardzo mnie boli kiedy choć trochę się odsunę a wtedy czuję się tak podatny na złego jak marionetka. W imię waszych rad Różaniec moją tarczą, Ewangelia mieczem a Chrystus Królem. Nie wiem jak dziękować czuję się zobowiązany każdą wasza radą czy modlitwą, to trochę dodaje ciężaru ale nie będę się nad sobą użalał tylko idę do przodu i kończę pisać bo w końcu napiszę coś głupiego.

    • BKCD pisze:

      Witaj Wojtek mów w sercu w Imię Jezusa Chrystusa wyrzekam się złych myśli natrętnych , ducha smutku , ducha niepokoju ducha lęku , ducha niemocy itp Amen

      Proś w tych chwilach też o błogosławieństwo swoje zmysły głowę serce , sam się błogosław proś kogoś z otoczenia kto zna problem jak masz problem żeby to zrobić najlepiej też Kapłana i powiedź to że ogarnia Cię nie moc duchowa . Jak ogarnia Cię to nawet proś w smsie Kapłana jak masz kontakt o błogosławieństwo o modlitwę to daje wielką bardzo siłę
      Poczytaj książkę tam jest wiele modlitw wskazówek
      http://odnowabrzesko.pl/wp-content/uploads/2011/02/Uwolnienie.pdf
      Z książki
      4. Nie pozwalać nikomu i pod żadnym pozorem na
      nakładanie rąk na głowę: Obawiam się jedynie, mówi
      Szatan, konsekrowanych dłoni kapłanów.

      • Wojtek pisze:

        Dziękuję za tytuł, na pewno będę czytał każda pomoc się przyda.

      • Jacek pisze:

        Wojtek pamietaj o sw. Michale Archaniele. Jestes silny! – a po przyjeciu pana Jezusa, zly nie wytrzyma, Peknie jak banka:( – miala byc usmiechnieta buzka, ale uznam to jako potwierdzenie:) tego jestem pewny, tylko zaufaj Jezusowi:) Zawsze bedziesz godny! Jezus caly czas czeka w konfesjonale. Jestem pewny ze po komuni i pokucie twoj wysilek(idac pod wodospad) i odwage, Ci wynagrodzi:) Nawet dobrych glosow nie sluchaj, bo przez nie moze Cie wplatac w bloto. Sprobuj odciac sie od wszystkiego na chwile(glownie jesli chodzi o mysli emocje i inne) i : 1.konfesjonal 2.komunia 3.pokuta. Taki masz cel i nic nie moze Cie zatrzymac na tej drodze. Niech Bog Cie Blogoslawi:)

      • Janek pisze:

        „W roku 1973 byłem prowincjałem zgromadzenia Misjonarzy Najświętszego Serca Pana Jezusa w Republice Dominikany. W ciągu 16 lat przebywania w tym kraju na misjach pracowałem bardzo dużo, kosztem swojego zdrowia. (…)
        14 czerwca 1973 roku, podczas zgromadzenia Ruchu Rodzin Chrześcijańskich, niespodziewanie poczułem się źle, a nawet bardzo źle. Było ze mną tak źle, że myślałem, iż nie przeżyję tej nocy. (…)
        Lekarze zrobili mi bardzo szczegółowe badania wykrywając ostrą gruźlicę płuc. Chciałem wrócić do Quebec w Kanadzie, do mego ojczystego kraju, gdzie mieszkała moja rodzina. Byłem jednak do tego stopnia osłabiony, że okazało się to niemożliwe. Zmuszono mnie do odczekania dwóch tygodni i do przejścia kuracji wzmacniającej, aby podróż stała się możliwa.
        W Kanadzie umieszczono mnie w specjalnym centrum medycznym. (…)
        Cały lipiec upłynął mi na badaniach, analizach, prześwietleniach itp. W ich wyniku stwierdzono naukowo, że gruźlica dokonała poważnych uszkodzeń obu moich płuc. Aby dodać mi otuchy, powiedziano, że być może po roku leczenia i wypoczynku będę mógł być wypisany ze szpitala.

        Pewnego dnia złożono mi dwie szczególne wizyty. Najpierw przybył ksiądz, który był redaktorem naczelnym czasopisma “Notre Dame”. Prosił mnie, abym pozwolił mu zrobić zdjęcie do artykułu zatytułowanego: “Jak przeżywać swoją chorobę?”.
        Nie zdążyłem jeszcze dobrze wypocząć po jego wyjściu, gdy nagle wtargnęło do mojej sali pięć świeckich osób z odnowy charyzmatycznej.
        Będąc w Ameryce Łacińskiej często wyśmiewałem się z odnowy charyzmatycznej twierdząc, że Dominikana nie potrzebuje daru języków, ale przemian społecznych — a tu nagle przyszli do mnie charyzmatycy, by modlić się w sposób, który nie bardzo akceptowałem…
        Będąc księdzem misjonarzem pomyślałem sobie, że nie byłoby to zbyt budujące, gdybym odrzucił ich modlitwę. Szczerze mówiąc zgodziłem się na nią bardziej z powodu dobrego wychowania niż z wewnętrznego przekonania.
        Ludzie ci powiedzieli z wielkim przekonaniem:
        — Będziemy teraz czynić to, o czym jest napisane w Ewangelii: “Na chorych ręce kłaść będą i ci odzyskają zdrowie” (Mk 16, 18). Właśnie w ten sposób będziemy się modlić i Pan zaraz cię uzdrowi.
        Chwilę później podeszli całkiem blisko do krzesła, na którym siedziałem i położyli na mnie ręce. Ponieważ nigdy nie widziałem niczego podobnego, zbiło mnie to z tropu. Czułem, że wyglądam bardzo śmiesznie z ich rękami położonymi na mnie i byłem nieco sfrustrowany z tego powodu, że ludzie przechodzący przez korytarz zaglądali ciekawie przez uchylone drzwi… Dlatego też przerwałem modlitwę i zaproponowałem:
        — Jeżeli chcecie, można zamknąć drzwi…
        — Dobrze, ojcze, nie ma żadnych przeszkód… — odpowiedzieli.
        Zamknęli więc drzwi, ale Jezus był już w środku, bo w czasie modlitwy czułem wielkie ciepło w płucach. Pomyślałem sobie, że to nawrót choroby i że zaraz umrę. Tymczasem była to miłość Jezusa, który dotykał mnie i uzdrawiał moje chore płuca. W czasie modlitwy pojawiło się proroctwo. Pan mówił do mnie: “uczynię z ciebie świadka mojej miłości”.

        Trzy dni później czułem się świetnie. Miałem wspaniały apetyt, spałem dobrze i nie odczuwałem żadnego bólu. (…) Chciałem wrócić do domu, ale zmuszono mnie, abym pozostał w szpitalu — by lekarze mogli poszukiwać gruźlicy, która niespodziewanie wymknęła im się z ręki. W końcu, po upływie miesiąca, po wielu analizach, ordynator powiedział:
        — Proszę ojca, wypisujemy ojca do domu. Jest ojciec zupełnie zdrów, ale to przeczy temu wszystkiemu, czego uczy medycyna. Nie wiemy, jak się to stało…
        Po chwili dodał wzruszając ramionami:
        — Ksiądz jest wyjątkowym przypadkiem w tym szpitalu..”

        /o. Emilien Tardif z książki „JEZUS ŻYJE”/

        EWANGELIA WG ŚW. MARKA:
        „I rzekł do nich: „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu! Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony. Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; (…) Na chorych ręce kłaść będą, i ci odzyskają zdrowie”.

        Z tych słów wynika, że wystarczy uwierzyć i przyjąć chrzest aby kłaść ręce na chorych i uzdrawiać ich.

    • Sylwia pisze:

      Wojtku dobrze cię rozumiem ale mam dla Ciebie pewien cytat który rozjaśnił moje wątpliwości jakie miałam dawno temu są to słowa Pana Jezusa skierowane do Siostry Faustyny ale także do nas samych :
      Kiedy przystępujesz do spowiedzi świętej, do tego źródła miłosierdzia Mojego, zawsze spływa na twoją duszę Moja krew i woda, która wyszła z Serca Mojego, i uszlachetnia twą duszę. Za każdym razem, jak się zbliżasz do spowiedzi świętej, zanurzaj się cała w Moim miłosierdziu z wielką ufnością, abym mógł zlać na duszę twoją hojność swej łaski. Kiedy się zbliżasz do spowiedzi, wiedz o tym, że Ja sam w konfesjonale czekam na ciebie, zasłaniam się tylko kapłanem, lecz sam działam w duszy. Tu nędza duszy spotyka się z Bogiem miłosierdzia. Powiedz duszom, że z tego źródła miłosierdzia dusze czerpią łaski jedynie naczyniem ufności. Jeżeli ufność ich będzie wielka, hojności Mojej nie ma granic. Strumienie Mej łaski zalewają dusze pokorne. Pyszni zawsze są w ubóstwie i nędzy, gdyż łaska Moja odwraca się od nich do dusz pokornych.

      Powiedz duszom, gdzie mają szukać pociech, to jest w trybunale miłosierdzia; tam są największe cuda, które się nieustannie powtarzają. Aby zyskać ten cud nie trzeba odprawić dalekiej pielgrzymki ani też składać jakichś zewnętrznych obrzędów, ale wystarczy przystąpić do stóp zastępcy Mojego z wiarą i powiedzieć mu nędzę swoją, a cud miłosierdzia Bożego okaże się w całej pełni. Choćby dusza była jak trup rozkładająca się i choćby po ludzku już nie było wskrzeszenia, i wszystko już stracone – nie tak jest po Bożemu, cud miłosierdzia Bożego wskrzesza tę duszę w całej pełni. O biedni, którzy nie korzystają z tego cudu miłosierdzia Bożego: na darmo będziecie wołać, ale będzie już za późno.
      Także Wojtku to dla Ciebie i pomyśl że miłosierdzie Pana Jezusa jest dużo większe od naszych słabości i grzechów . Dlatego nie bój się idź i oczyść się ze wszystkiego co cię trapi .
      Co do modlitwy nic nie przyjdzie samo jak się trochę zmusisz tak samo jak czytanie Pisma Świętego , wiem co mówię ,ale teraz samą mnie ciągnie do modlitwy a słowa Pisma Świętego są dla mnie niczym pokarm , chcę więcej i więcej , nie umiem bez nich żyć. Wierzę ci ze ci trudno to szatan zsyła na ciebie lenistwo więc tym bardziej się staraj a zobaczysz efekty . Życzę ci żebyś powiedział że jesteś głodny Pisma 🙂
      Niech cię Bóg ma w swojej opiece i wyprostuje twoje ścieżki.

      • Wojtek pisze:

        Nie wiem czy to śmieszne czy nie że pod prawie każdym postem piszę odpowiedź ale nie umiem się powstrzymać żeby nie podziękować. Tak więc każdemu coś napisał dziękuję wam za zainteresowaniem moim problemem bo nie przypuszczałem że może on interesować kogokolwiek poza Bogiem. Tak więc dziękuję tobie Sylwio i w ogóle wszystkim. Bóg z Wami.

      • Sylwia pisze:

        Wojtku nie musisz dziękować po to tu jesteśmy żeby się wspierać ja sama tu wiele wsparcia dostałam . Widzisz są ludzie u których nie ma obojętności chcą pomagać w każdy sposób 🙂 a mimo wszystko że dziękujesz to znak dla mnie i dla innych że czytasz nasze wypociny 😀 jeszcze raz życzę ci wszystkiego dobrego z Bogiem .

  15. julia pisze:

    Wojtek nie bój się złego, czytaj Biblię, różaniec w dłoń, nawet 1 dziesiątka i rozmyślanie nad tajemnicą , to już duzo na początek , do tego Bóg jako kochany Tatuś w niebie i zły może tylko podokuczać, grzechy wyspowiadać, nawet jak stare, mnie tak ciągle wyrzucał zły grzechy i robił ze mnie niegodną bycia dzieckiem bożym, to się zaparłam i jak tylko coś przypomniał mi, to do konfesjonału i zostawiałam grzech pod krzyżem…
    jeden grzech miałam tak wstrętny z dziecinstwa , ze myslalam, że prędzej umrę niż wyduszę go z siebie … udało sie ale myslałam ze serce mi sie wyrwie z klatki tak przezywałam co kapłan powie. NIe powiedział nic. A ja poczułam ulgę, ze sie tego pozbyłam i teraz zaden grzech mi nie straszny, zeby go wyjawić na spowiedzi. z grzechami jest tak , ze sie ich wstydzimy, a w sumie wszyscy mamy prawie to samo na sumieniu, jeden mniej inny bardziej ale czyż Bóg prawdziwie skruszonemu nie wybacza wszystkiego?
    Mnie zły bardzo przeszkadza w modlitwie, ciagle się rozpraszam, urywa mi się modlitwa bo jakies zaniki pamięci mam …staram się mocniej wtedy walczyć o koncentrację i choć bywa róznie, nie poddaję się.

    • Wojtek pisze:

      Dziękuję za otuchę, ja mam właśnie jeden grzech z czasu kiedy miałem około 4 lata i drugi z przed ponad roku. Nie będę może przytaczał, wydaje się jaki grzech może mieć czterolatek ale ……. przepraszam za trudne. Ale nie martwcie się i módlcie się za tego który się do niego przyczynił też dziecko wtedy 10 lat teraz już chłopisko. Boję się że nigdy się z tego grzechu nie wyspowiadał. Ja jemu przebaczyłem ale sobie jeszcze nie.

  16. Iwona pisze:

    czasami wystarczy oddać Panu cierpienie z powodu niechcianych myśli i ofiarować za tych, którz świadomie bluźnią.

  17. Narodzony na nowo pisze:

    Powiem Wam, że czytam WOWiT od prawie dwóch lat.
    Odkąd narodziłem się na nowo, dla Jezusa. Trafiłem tutaj szukając jakiejś modlitwy do Matki Bożej, aby mnie ratowała.
    Bo był taki czas, niedawno, że bałem się położyć spać, bo wiedziałem, że znowu ten czarny złośliwy przyjdzie i będzie wrzeszczał, tarmosił, dusił i nie będzie mi dawał spać…. Nie chodziłem wtedy do Kościoła, nie modliłem się, bardziej wierzyłem w ufo, niż w Boga, chociaż kiedyś byłem przecież ministrantem i lektorem. Ale kiedy już zaczęło być naprawdę źle i życie zaczęło być nieznośne, a ja byłem naprawdę zły – zwłaszcza dla mojej zony – koleżanka, którą wyśmiewałem wtedy za jej żywą wiarę w Żywego Boga, zaprosiła moją żonę na Mszę Św. – spotkanie dla młodych u Ojca Daniela w Częstochowie. Było to niedługo przed końcem roku wiary – pod koniec roku 2013. Wtedy oczywiście nawet nie wiedziałem, że takie spotkania istnieją, w ogóle mnie to nie interesowało. Miałem tez zupełnie gdzieś, że był to rok wiary, bo trudno mi było uwierzyć w coś, co nie było namacalne i nie było pieniądzem lub inną wartością materialną. Ponieważ żona powiedziała, że muszę z nią jechać, raczej jako kierowca – to było wytłumaczenie dla mnie – więc się zgodziłem. Na miejscu, jeszcze przed Mszą poszliśmy kupić olejek egzorcyzmowany, żona chciała. Nie wiedziałem co to jest, ale pamiętam, że trzeba było zapłacić „co łaska”, pamiętam jak wręcz z obrzydzeniem rzuciłem 10 zł, a potem przez jakiś czas wypominałem sobie, że za dużo dałem… bo to przecież jest „pic na wodę” jak to się mówi i mogłem dać 50 groszy. Pamiętam też, że nie chciałem tego olejku wziąć do ręki, żona chyba go zabrała.
    A na Mszy Ojca Daniela się zaczęło. Wręcz się podśpiewywałem z tej całej „mistyfikacji” i dobrej gry aktorskiej. Kto był u Ojca Daniela, wie o czym mówię.
    Przez całe życie miałem problem z kolanami, jeździłem na różne zabiegi i rehabilitacje, bo miałem trudność nawet kucnąć, żeby zawiązać buta. Na Mszy Ojciec Daniel powiedział, że u pewnej osoby uzdrawiane są kolana. Wręcz chwilę potem klęczałem na tej zimnej posadzce kościelnej i pamiętam łzy, które mi napłynęły do oczu i pamiętam, jak ciągle powtarzałem wtedy w duchu „Dziękuję Ci Jezu za nadzieję”. Powtórzyłem to wiele razy nie wiedząc nawet, dlaczego.
    Minęły od tego czasu prawie dwa lata. Dużo się w moim życiu zmieniło. Modlę się, uczestniczę we Mszy Św bo chcę i nie mogę się jej doczekać. Odbyłem spowiedź generalną, odmówiłem dwie nowenny pompejańskie, jedną z prośba o zabranie moich nałogów – WSZYSTKIE zostały zlikwidowane – jestem wolnym od nałogów człowiekiem/Dzieckiem Bożym. Kiedy miałem urlop chodziłem do Kościoła codziennie, z radością. Aż musiałem wtedy niestety skłamać żonie, że mam taką pokutę po spowiedzi…. bo ciągle na te Msze chodziłem i mnie na urlopie w domu nie było. Wiem, ze to kłamstwo było złe, i jak widzicie do dzisiaj mnie ono męczy, jednak moja żona, która mnie wyciągnęła z tego bagna, nie rozumie chyba tej radości z przebywania z Jezusem. Ona wydawało mi się była bliżej Jezusa ode mnie, więc ja mam teraz jakby większą radość „z powrotu” do Ojca.
    Dlaczego teraz to wszystko piszę? Zazwyczaj nie czytam już świadectw. Jeszcze kilka miesięcy temu wyszukiwałem ich wszędzie i czytałem/słuchałem wzmacniając się w ten sposób. Teraz ja WIEM, że Bóg istnieje i że Jezus pokonał zło na zawsze. To już nawet nie jest wiara. To jest pewność. Modlę się tylko o to, abym przez to nie popadł w pychę. Tak więc nie czytam świadectw, tym bardziej takich długich… Jednak coś mnie ciągnęło do przeczytania tego akurat. Powiem Wam, że doznałem szoku w momencie, kiedy skończyłem czytać, bo zauważyłem wtedy dopiero dołączony filmik o zamianie kościółów w targowiska i inne przestrzenie publiczne w Holandii. A przecież ja pracowałem w holenderskiej firmie, która zajmowała się produkcją mebli do tego kościoła (w Maastricht) zamienionego w księgarnię. To było wtedy właśnie, kiedy dla mnie było to naturalne i oczywiste, że tak się robi, bo kościoły nie są już potrzebne. Mogą być teraz dyskotekami, marketami czy hotelami, Albo zburzyć je. To było wtedy, kiedy bałem się chodzić spać, bo wiedziałem, że nie prześpię całej nocy. Nie dopuszczałem tylko do siebie myśli, z jakiego powodu te noce nie będą przespane… Bardzo trudno mi się było rozstać z tą holenderską firmą.
    Chciałem odejść, jednak zawsze stanęło coś na przeszkodzie. Chciałem się zwolnić, jednak nigdy nie wiedziałem jasno, jaki w zasadzie miałby być powód, że się zwalniam.
    Pracując w tej firmie zamieniającej kościoły na targowiska miałem w tamtym czasie również problemy natury zdrowotnej i psychicznej – ciągłe zmęczenie, depresja, pesymizm. A zmiana w moim życiu nastąpiła właśnie wtedy, kiedy pożegnałem się z holendrami. Aczkolwiek jeszcze do dzisiaj Holandia właśnie kojarzy mi się ze smutnymi, pozbawionymi nadziei ludźmi, którzy celu i sensu życia upatrują w gromadzeniu dóbr doczesnych. Pewnie uogólniam i to bardzo, ale piszę pod wpływem chwili i wzruszenia po przeczytaniu tego świadectwa i obejrzenia filmu.
    Napiszę Wam jeszcze, że byłem pokłócony z ojcem. Nie wiem już z jakiego powodu. Nie odzywałem się do niego, nawet nie zaprosiłem go na swój ślub i na chrzest mojej córki (jak to teraz dziwnie dla mnie brzmi – wtedy chrzest był dla mnie raczej odniesieniem do tradycji składającej się z krótkiego pobytu w kościele i długiego biesiadowania potem).
    Ojciec zmarł 4 lata temu – miał wylew, konał w nieświadomości przez niemal tydzień. Nie było mnie wtedy przy nim. Poprosiłem wtedy szefa, żeby dal mi jakąś delegację, żebym mógł być z daleka od domu. Jak teraz o tym myślę, to wręcz nie wierzę, że to byłem wtedy ja.
    Dopiero po moim ponownym narodzeniu dla Jezusa u Ojca Daniela zacząłem się zastanawiać nad moim dotychczasowym życiem. Pogodziłem się z ojcem, na ile to możliwe wtedy, kiedy on już nie żyje. Przebaczyłem mu wszystko (a nie wiem już – bo nie pamiętam – o co byłem na niego taki wściekły kiedy żył) i codziennie się modliłem za jego Duszę, nie wiedząc, czy jest w czyśću, czy w piekle – moja matka często wysyłała go „do diabłów” itp…Modliłem się wytrwale o to, aby się z nim spotkać w Niebie. I kilka tygodni temu miałem sen – pogodny i radosny. Mój ojciec, dużo młodszy niż w momencie śmierci, podskakiwał sobie wykonując coś w rodzaju radosnego tańca. Nic nie mówił ani nie śpiewał. Jednak inna osoba, bardzo wysoka, spokojna i opiekuńcza, z długimi blond włosami, ubrana w sweter z owczej wełny, podprowadziła go do mnie mówiąc, że już dokonał się jego czas i teraz pójdą na łąkę. Ojciec podał mi rękę, potem przytulił i uściskał i poszedł swoim charakterystycznym krokiem po zielonej trawie. Dodam, że za życia przez jakiś czas był pasterzem wypasającym owce,.. Jednak w tym śnie stało się jeszcze coś, Ta sama osoba, z blond lokami (tłumaczę sobie, że był to anioł stróż mojego ojca) przyprowadziła do mnie dwie małe dziewczynki, mniej więcej w wieku 4 i 2 lata. Starsza dziewczynka powiedziała wtedy „Tatusiu, czekamy na Ciebie i na naszą młodszą siostrę” – mamy jedną córkę, chodzi do szkoły podstawowej. Podała rękę aniołowi i pobiegła ze swoją siostrą za dziadkiem, który już szedł nieco z przodu po łące.
    Nie mówiłem o tym śnie nikomu, nie wiem, jak go rozumieć. A straciliśmy z żoną dwie ciąże, jednak na tyle wcześnie, że nie wiemy, czy obydwie to były córeczki.
    Przez te wszystkie słowa chcę tylko przekazać, że Bóg istnieje, że nas kocha i że nie pozwoli nam zginąć, jeśli będziemy go szukać. Co więcej, On nas nigdy nie opuszcza, nawet jeśli to my Go nie zauważamy, zawsze jest gotów podać nam rękę, aby wyciągnąć nas z bagna. Jeśli tylko wyciągniemy naszą rękę po pomoc.
    Dlatego nie wyobrażam sobie, żeby choć jeden kościół w Polsce został zamieniony w targowisko warzyw i dziękuję Bogu za to, ze mieszkam w Polsce, gdzie mamy wręcz na wyciągnięcie ręki o każdej porze sakrament pojednania i Jezusa w Eucharystii. A że żyje się nam tutaj biedniej niż Holendrom w Holandii – uwierzcie mi, znam niektórych z tych Holendrów i to my jesteśmy bogaczami chociaż posiadamy mniej rzeczy i dóbr, bo mamy skarb największy, nadzieję na życie wieczne. Musimy to sobie codziennie uświadamiać.

  18. Wojtek pisze:

    Dziękuję, Wam wszystkim. Dobrze jest usłyszeć słowa otuchy (nie mówię że nie słyszę ich od Chrystusa) ale to jest już wiara, które są Jego a które złego, bo miesza mocno i czasem tylko modlitwa mi pozostaje jako rozmowa, a wasze słowa są dla mnie jak modlitwa, coś pewnego i wasze doświadczenie. Ja mam dopiero 20 lat a nawrócenie zaczęło się(zaczęło być widoczne) jakieś trzy miesiące temu. Jestem dzieckiem w pieluchach, które Bóg przygarnął. Tak się czuję. Jestem bezpieczny choć czasem wciąż wątpię. Niech Bóg wam odpłaci 100 razy za to co dla mnie robicie, modlę się często o to by Ojciec obdarował innych tak wielkimi łaskami jak mnie(bez pychy to ukazanie wielkości dzieła Bożego) Chciałbym łezkę na końcu dodać.

  19. Adamo pisze:

    odnośnie widzenia cieni kątem oka które widziałautor, jak wracałęm z pracy do domu wieczorem i zaniedbywałem odmawianie różańca to też tak miałem że kontem oka widziałem że coś na mnie patrzy a okazywało się że to np lampa samo jakby coś chciało zwracać na siebie uwagę

    • Schmidtke pisze:

      Jest coś takiego – z tym widzeniem cieni. Czasem, zwłaszcza jak siedzę długo w nocy przed komputerem wydaje mi się, że ktoś włazi do pokoju. Czasem wydaje mi się, że to żona, córka, albo pies. Ale jest już bardzo późna godzina i w zasadzie wszyscy śpią Odwracam wzrok od ekranu, a w pokoju jestem tylko ja. A wydawało mi, że ktoś wchodził. I wtedy ogarniają mnie dreszcze i włosy dosłownie stają dęba – nawet wbrew mojej woli, bo np. się nie boję – bo wiem, że jestem w łasce uświęcającej i „któż przeciw nam, jeśli Bóg z nami”.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s