Zawyłem czyli Rafał Porzeziński, nowy szef radiowej „Jedynki” o sobie – mocne świadectwo byłego hazardzisty

O hazardziście, który krzyczał tak głośno, że usłyszał odpowiedź z samej góry, z Rafałem Porzezińskim rozmawia Marcin Jakimowicz.

Marcin Jakimowicz: Wiesz, że jesteś szczęściarzem?


Rafał Porzeziński: Bo?

Bo usłyszałeś głos, który wielu bardzo chciałoby usłyszeć…


Niech się cieszą: błogosławieni, którzy nie widzieli… O słyszeniu wprawdzie nic tam nie ma, ale to ta sama bajka. (śmiech) Wiesz, ja sam sobie zazdroszczę. Wciąż zdumiewa mnie, że On zechciał mówić do takiego łajdaka, takiego ladaco jak ja.

Kiedy usłyszałeś, że Bóg odpowiada na pytania Rafała Porzezińskiego?


Około trzeciej w nocy. Wróciłem z nocnego dyżuru w radiu Kolor. Byłem przybity. Najbardziej smuciło mnie to, że moje życie…. trwa. Że nie będzie innego. To najbardziej mnie zasmucało. Było pożałowania godne – wiedziałem o tym. Wszedłem do pustego mieszkania i… zawyłem. Byłem uzależniony od hazardu. Straszliwie uzależniony. Na zatracenie. Do tego stopnia, że umawiałem się z dziewczyną na randkę i zapominałem o tym, bo na drodze napotykałem maszyny do grania. Kradły mi 80 procent czasu. Nie widziałem ludzi, widziałem bankomaty. Kłamałem, łgałem jak najęty. Oszukiwałem nagminnie najbliższych. Mama płakała. Wielokrotnie. Pamiętam jej smutne oczy czekające, aż wrócę. A ja nie potrafiłem wrócić.

Od czego zaczęło się uzależnienie? 


Od nominatki. Niewinnej gry karcianej. Grywaliśmy z ciocią, wujkiem, kuzynem. Pamiętam, że mnie o wiele bardziej zależało na wygranej niż wszystkim pozostałym. Później doszedł poker. Gdzieś na promie ze Szwecji wrzuciłem grosze do automatu i wysypało się strasznie dużo kasy. Podszedłem do stołu z ruletką i w ciągu kilku godzin wygrałem połowę tego, co zarobiłem w Szwecji na truskawkach.

Nieźle jak na początek. Przynęta chwyciła.


I to jak! Byłem oszołomiony. Nie miałem jeszcze 18 lat. Wyleciałem na dwa miesiące za ocean. Widziałem Nowy Jork, Boston, Chicago, Waszyngton, Niagarę, a potem wróciłem i zastałem polską siermięgę końca lat 80. Pustki w sklepach, szaroburość. Postanowiłem przybliżyć sobie jakoś Stany, a hazard wydawał się do tego drogą idealną. A ponieważ kasa nie spadała z nieba, zacząłem sięgać po narkotyki. Miały stworzyć Amerykę w sposób wirtualny. Marihuana była na okrągło…

Wróćmy do trzeciej w nocy i powrotu z radia. Zawyłeś…


Zawyłem i potwornie smutny, pełen buntu wydarłem się: „Jak mogłeś dopuścić do tego, że moje życie jest takie beznadziejne? Dlaczego Ty do mnie nie mówisz, gdy robię te wszystkie głupoty?”. I wtedy padła odpowiedź: „Gdy mówię, nie słuchasz”. Zamurowało mnie. Dreszcze. Zbaraniałem. Ale natychmiast na mocnej bucie zadałem następne pytania. I znów usłyszałem wyraźne, konkretne odpowiedzi, przerastające o Himalaje moje doświadczenia duchowe i wiedzę. Wyraźny głos. Baryton. Wypływał gdzieś ze środka, ale był niezwykle donośny.

Przeraziłeś się?


Nie. Towarzyszyła temu ogromna harmonia. Raz tylko jakiś szatan-stróż szepnął: „Kim ty jesteś? Dlaczego właśnie z tobą miałby rozmawiać?”. Wtedy się zawahałem. Ale jedynie na chwilkę. Potem znów przyszedł pokój serca. Odpowiedzi płynęły dalej. Znałem na pamięć książkę „Radykalni”, poznałem wcześniej chłopaków i zazdrościłem im tego, że Pan Bóg poprzestawiał im kilka rzeczy w życiu. Pamiętam, że „Dziki” opowiadał ci o tym, jak wraz z Malejonkiem śpiewali językami. I wówczas w środku nocy rzuciłem: „Panie Boże, onieśmiela mnie to, co słyszę. Jeśli to naprawdę Ty, spraw, bym teraz zaczął modlić się językami”. I zaczęło się. Z moich ust wypłynęły jakieś kompletnie niezrozumiale dźwięki. Pokój, harmonia, jedność. Trwało to i trwało. Czas się zatrzymał. I wtedy zacząłem płakać. Nie potrafiłem przestać ryczeć. Ze szczęścia. Łzy jak pięści. Śpiewałem, śpiewałem i w pewnej chwili wszystko się urwało.

Nie tęskniłeś później za tym stanem? Nie marzyłeś o tym, by znowu usłyszeć charakterystyczny baryton?


Ja dostaję odpowiedzi. Naprawdę. Od Budziaszka nauczyłem się jednego: „Masz pytanie? Idź na adorację!”. Sam dopowiedziałem sobie dalszy ciąg: „Dostaniesz odpowiedź, pod warunkiem że idąc na adorację, wierzysz w to, że ją otrzymasz”. Gdy idziesz i wierzysz, usłyszysz odpowiedź. Tamten nocny głos dobrze zapamiętałem. Rozpoznałbym go na końcu świata. Usłyszałem go w życiu jeszcze dwukrotnie. Pierwszy raz nad jeziorem Genezaret. Dzień po spotkaniu powołaniowym Drogi Neokatechumenalnej z Kiko. Jan Paweł II był w Ziemi Świętej, więc zorganizowano takie spotkanie. Byłem już zaręczony z Agnieszką, ale ponieważ spotkanie było w planie, pojechałem. „Panie Boże: ostatnia szansa. Jeśli chcesz mnie wziąć na jakiegoś dominikanina czy do Redemptoris Mater, to teraz albo nigdy”. Czułem wielki smutek, widząc tłumy ludzi, którzy wyrażali gotowość wejścia na drogę kapłaństwa. Padał deszcz, a ci chłopcy szli tabunami w stronę światła, pod baldachim. Kłuło mnie serce. Byłem rozdarty. Jaka jest moja droga? Wstać? Zostać na miejscu, w tym błocie? Powtarzałem sobie: „Rafał, nie wygłupiaj się. Wymodliłeś sobie Agnieszkę. Kochasz ją”. Zostałem na miejscu. Następnego dnia czytałem Księgę Tobiasza. Uwielbiam ją nie tylko dlatego, że występuje w niej Rafał…

… ale i wątroba ryby…


Tak. (śmiech) Polecam wszystkim narzeczonym! Stoję, czytam natchniony Tobiasza i nagle wyrwało mi się: „Widzisz, Panie. I nie będę Ci służył. Nie powołałeś mnie”. I wówczas ten sam głos, który usłyszałem w Warszawie, powiedział wyraźnie: „I tak Mi służyć będziesz”. Poczułem taki ogień w środku…

… że nie poprosiłeś o drugi zestaw pytań. 


Nie. Pozamiatane… Będę Mu służył. Kamień spadł mi z serca. Trzeci raz usłyszałem ten głos, gdy przygotowywałem książkę „Tajemnica Tajemnic” – zbiór świadectw ludzi, których zapraszałem do audycji w Radiu Józef. Miałem wszystko poukładane, brakowało mi tylko jakiegoś wstępu do rozważań różańcowych, inwokacji do poszczególnych tajemnic. Wszyscy, których prosiłem, odmawiali. Jeden po drugim. Wkurzyłem się. Poszedłem na plac Zbawiciela, uklęknąłem przed obrazem Matki Boskiej Jasnogórskiej i rzuciłem: „Maryjo, to Twoja sprawa. Natychmiast chcę wiedzieć, kto ma te wstępy napisać”. I usłyszałem: „Ernest Bryll”. (śmiech) Znałem to nazwisko, znałem „Kolędęnockę”. Pobiegłem do radia. Kto ma telefon do Brylla? Powiedziano mi: „Zadzwoń do jego żony, Małgosi”. Dzwonię: „Dzień dobry, z tej strony Rafał Porzeziński z Radia Józef. Jest taka delikatna sprawa: Maryja mi powiedziała, że…” (śmiech)

Czuła się jak spocony z emocji ksiądz Sopoćko, gdy Faustyna powiedziała mu w Wilnie: „Znam księdza, pokazał mi księdza sam Pan Jezus”…


Dokładnie to! Później poznałem Bryllów. Bardzo się zaprzyjaźniliśmy. Po jakimś czasie dowiedziałem się, jaka była reakcja na ten mój telefon. Jechali samochodem. Trochę się posprzeczali, siedzieli nadąsani. Gdy rozłączyłem się z Małgosią, Ernest zapytał: „Kto dzwonił?”. „Jakiś chłopak z radia. Prosił, byś napisał wiersze do rozważań różańcowych”. Ernest rzucił: „Zawracanie głowy”. „Ale on powiedział, że Maryja go o to poprosiła”. A Ernest na to: „Aaaa, to inna sprawa”. (śmiech) I wybrał dla mnie genialne wiersze. Pytasz, ile razy słyszałem głosy. Trzy razy. Wrócę jeszcze do tej nocy, gdy po raz pierwszy zawyłem. Padłem wtedy na kolana i zacząłem odmawiać: „Ojcze nasz”. Słowo po słowie. Nie rozumiałem tej modlitwy, wydawała mi się bezsensowna. „Chleba naszego”? Chleba? Mercedesa, wille na Suwalszczyźnie i Miami. Gdy doszedłem do słów „jako i my odpuszczamy”, zawrzałem. Ja mam odpuszczać? Przecież to cały świat był winny temu, że przegrywałem. Pomyślałem: „Panie, co ja mogę Ci dać? Nic nie mam. Jedynie hazard, narkotyki, nieuporządkowane życie seksualne. Weź to, nic innego nie mam”. I zacząłem wynosić z domu karty, kości, krzaki marihuany, fifki, gazety. Cały ten syf ładowałem do worków i o piątej rano wyrzucałem do śmietnika. Idę do kościoła – pomyślałem. Była 6.30. Nie wiem, kiedy minęła pierwsza Msza. Zostałem na następną. Skończyła się. Co dalej? I wtedy przypomniała mi się babcia Marysia, która cały czas się za mnie modliła: „Rafał – powtarzała mi, pełnemu szyderstwa facetowi z irokezem na głowie – zawsze masz przy sobie różańczyk: dziesięć palców”. Przypomniałem sobie to i zacząłem odmawiać Różaniec. Ręce mi latały jak nałogowemu alkoholikowi. Nie wiem, czy wiesz, ale uzależnienie od hazardu jest chorobą ducha, umysłu, ale i ciała. Popatrzyłem na te roztrzęsione dłonie i zacząłem: „Zdrowaś, Maryjo”. Wtedy zakochałem się w Różańcu.

Jak zareagowali najbliżsi?


Cieszyli się, ale nie do końca mi ufali. Tyle już razy ich nabierałem…

Bóg przeciął mieczem uzależnienie od hazardu?


Przeciął. Ale nie na zawsze. I baaaardzo bolało. Już w pierwszą noc po podróży poślubnej (byliśmy w Medjugorie, więc wróciliśmy rozmodleni na maksa) poszedłem znowu do kasyna. Po czterech latach od tamtej nocy, po czterech latach bez gry!

Chciałeś przetestować, czy jesteś uzdrowiony, a przy automacie odmawiałeś: „Zdravo, Marijo, milosti puna”?


Nie. Brakowało mi pieniędzy na podróż do Kanady, którą sobie wymyśliłem. Stanąłem przy automacie i… czułem, że nie jestem tu sam. To była wyraźna, fizyczna obecność. Osobowe zło. A jednak nie wyszedłem. Zostałem. I wygrałem sporo forsy. Polecieliśmy do Kanady. Nie mówiłem Agnieszce, skąd mam pieniądze. To był zły czas. Skradłem żonie, nam, miesiąc miodowy. Potworny smutek. Czułem, że zdradziłem i żonę, i matkę – Maryję. Już zamierzałem porozmawiać szczerze z Agnieszką, gdy runęły wieże World Trade Center. Wiedziałem, że muszę opowiedzieć żonie o uzależnieniu, bo to choroba śmiertelna. Tydzień później trafiłem na wieczór kawalerski w klubie Hybrydy. Wódeczka, takie klimaty. Wyszedłem. Całe szczęście – pomyślałem – że obok jest kasyno. Wparowałem do niego i… wszystko przegrałem. To było moje ostatnie granie w życiu. Trzynaście lat temu. Wróciłem jak zbity pies. Powiedziałem Agnieszce o wszystkim, a ona, niezwykle mądra kobieta, zdziwiła się: „Dlaczego nie idziesz z tym do spowiedzi?”. Poszedłem. Od dominikanina Tomasza Aleksiewicza usłyszałem: „Jako pokutę masz pójść na spotkania anonimowych hazardzistów”. To nie była jedna z opcji. Pokuta rzecz święta. Mój kierownik duchowy Stefan Rożej, paulin, powtarzał mi: „Nie odprawiłeś pokuty na ziemi? Odmówisz ją w czyśćcu”. (śmiech) Na mityngach ludzi uzależnionych rozpoczęła się droga do wolności.

Kiedy zabolało najbardziej?


Przed czwartą rocznicą naszego ślubu. Mieliśmy już bliźniaczki (cudo!), pracowałem rano w radiu, popołudniami w telewizji, gdzie prowadziłem program na żywo. Byłem „niezastąpiony”. Harówa od świtu do nocy. Kierat. Wieczorem mycie dzieciaków. Agnieszka wyczerpana, ja słaniałem się na nogach. I nagle błysk: „Wyjedź do Poznania, odpocznij. Pograj sobie”. Już zacząłem szukać w necie hotelu w pobliżu kasyna, gdy nagle otrząsnąłem się i odrzuciłem tę myśl. I za różaniec. Kolejnej nocy ta natrętna myśl powróciła. Trzeciej, to samo. Szarpanina. Już prawie kupowałem bilet, już wymyślałem bajeczkę dla żony… Poszedłem do mojego przyjaciela, „sponsora” z AH. Opowiedziałem o tym, co się ze mną dzieje, a on rzucił: „Rafał: masz dwa wyjścia. Pierwsze: idziesz grać. Drugie: jedziesz na terapię zamkniętą. Na 40 dni. Do zakładu dla umysłowo chorych”. „Co???” – krzyknąłem. „Oszalałeś? Beze mnie radio i telewizja nie dadzą sobie rady, a Agnieszka zostanie z dwójką dzieci. Nigdy! To absurd!”. Czułem jednak, że nie mam wyjścia. Agnieszka powiedziała: „Ratuj się. Jedź”. I pojechałem.

Rozpoczął się „Lot nad kukułczym gniazdem”?


Zobaczyłem chorych „na alkohol” i załamałem się. Straszne twarze. Jak z potwornych filmów o zombie. Ludzie po wyrokach za pobicie żony, za morderstwo, dziewczyny bez zębów na przedzie. Koszmar. Wzdęło mnie. Pycha eksplodowała. Poczułem się między nimi jak święty Franciszek z Asyżu. Pół metra nad ziemią. Trzymałem w ręku „Dzienniczek”, patrzyłem z góry na tych, którzy ślinili się nad „Playboyami”. Latałem tak przez trzy dni, odgradzając się od ludzi komżą, stułą, różańcem. Trzeciego dnia przyszedł potworny kryzys. Siedziałem na korytarzu i przeczytałem w „Dzienniczku”: „Wystarczy ci mojej łaski, aby wytrwać”. „Oooo, ładne – pomyślałem – zaznaczę sobie”. I wtedy usłyszałem ryk salowej: „Paaapież umarł!”. Krew do mózgu. Pierwsza reakcja? „Pakuj się i pędź do Warszawy. Jeśli ty nie powiesz na antenie o śmierci Jana Pawła II, to absolutnie nikt się o tym nie dowie! Świat się zawali”. Już zrywałem się z miejsca, gdy nagle „zaświeciło” się zdanie „Wystarczy ci mojej łaski”. Jakby ktoś przekuł balon. Ogromny pokój. Zrozumiałem: Ktoś przygotował to właśnie miejsce na moje rekolekcje. Ja jestem potwornym pyszałkiem, ale wówczas uciekło chyba z 70 procent mojej pychy. Spełzłem na stołówkę, gdzie wszyscy oglądali rzężącego rubina z relacją z Watykanu i inaczej spojrzałem na ludzi, którymi przed chwilą gardziłem. Siedzieli i płakali. Chwyciliśmy za różaniec i dziękowaliśmy za pontyfikat. Poczułem się jak wśród braci, zobaczyłem, że jestem taki jak oni albo gorszy.

Wtedy zaprzyjaźniłeś się z Faustyną?


Tak. Z Faustynką związanych jest mnóstwo niezwykłych historii. Kiedyś w czasie programu „Dzienniczek ucznia” rzuciłem do mikrofonu: „Ty, dziewczyno, która jedziesz teraz autobusem ze słuchawkami na uszach zasmucona, bo nie umiesz przebaczyć swojemu ojcu: zrób to!”. Miałem silny przymus, by to powiedzieć: „Zrób to teraz! To przebaczenie uwolni ciebie i jego”. Następnego dnia zapłakana dziewczyna, która dzień wcześniej jechała autobusem ze słuchawkami na uszach opowiada: „Bardzo potrzebowałam tych słów! Myślałam, że nigdy nie przebaczę ojcu. Teraz wiem, że wszystko jest możliwe”.

Co czuł były hazardzista, czytając na płycie słowa Jezusa z „Dzienniczka”?


Gdy usłyszałem tę propozycję… Wielka radość. Do studia wchodziłem zawsze po spowiedzi, „na czyściocha”, a i tak drżenie łydek było. Wiedziałem jedno: to największe wyróżnienie, jakie mogło mnie spotkać.

Nagraniom towarzyszył rykoszet „ciemnej strony mocy”?


Przeciwnie. Było morze łaski. Mnóstwo zawirowań przeżywaliśmy, zanim doszło do nagrań. Trzy lata starań, by to zrobić. Ale jak widać i słychać: zrobiliśmy to!
Źródło: Gość Niedzielny

***

Biblia w rok – czytania na 19 stycznia

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Zagrożenia duchowe, Świadectwa i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

25 odpowiedzi na „Zawyłem czyli Rafał Porzeziński, nowy szef radiowej „Jedynki” o sobie – mocne świadectwo byłego hazardzisty

  1. Elżbieta pisze:

    Ja też tak chcę.Panie Jezu ,chciałabym usłyszeć Twój Głos!

    • Bogumiła pisze:

      Elu każdy chciałby. 🙂 Dobrego dnia!

    • Sylwia pisze:

      Elżbieto , każdy z nas może usłyszeć głos Pana , tylko potrzeba wyciszenia , wsłuchania się w swe serce a Pan przemówi 🙂 . Jeżeli nie słyszysz to proś Pana by dał wyraźny sygnał . Gdzieś słyszałam że czasem trzeba uregulować swój własny odbiornik by usłyszeć . Życzę ci byś usłyszała , po mimo spraw codziennych , po mimo zajęć . Pan na pewno mówi do każdego człowieka , tylko czasem my ludzie zagłuszamy Jego Głos innymi sprawami i swymi myślami .
      Czasem głos Boży można dostrzec w inny sposób . W rozmowie z drugim człowiekiem , w Kazaniu ,w świadectwie a co najważniejsze w Piśmie Świętym .
      „Proście a będzie wam dane , szukajcie a znajdziecie „

  2. Sylwia pisze:

    „Gdy mówię, nie słuchasz” – dotknęło mnie to słowo osobiście … więcej napisze na temat tego świadectwa jak wrócę . To piękne jak Pan Bóg działa przez tę stronę ❤

    • Sylwia pisze:

      Przeczytałam całe świadectwo teraz na spokojnie . I wiem że to świadectwo było potrzebne . To niesamowite jak Pan Bóg potrafi dać człowiekowi znak Swojej Obecności . To o czym jest napisane jest prawdą że hazard to kolejne dzieło złego. Najpierw daje tak zwaną pożywkę by człowiekowi dać szansę wygranej , a potem sprowadza na samo dno uzależnienia . Dobrze że autor dostał piękną pomoc .
      Siostra Faustyna również wspomaga , dzięki jej interwencji wiele się zmienia . Ona siedzi w Niebie ale jednocześnie pracuje tu na Ziemi spełniając swoją misję i niesie pomoc innym . Ja wierzę że tak jest.
      I tak się czasem zastanawiam ile ludzi działa z tym co usłyszy w głębi duszy ? ilu ludzi pojmuje to co dostaje w odpowiedzi . Racja wspaniałą rozmową z Bogiem jest Adoracja . Można zyskać wiele . To taka rozmowa jak by przez telefon ale czynny całą dobę . I to jest piękne ,bo możemy przyjść z problemem w każdym momencie życia . Bóg słucha każdego. . choć czasem nam ludziom się wydaje że tak nie jest.

      Dziś na kazaniu usłyszałam takie słowa :
      Że my ludzie często myślimy o tym co ludzkie . A Pan Bóg widzi to co Boże , widzi nasze serca i to co w nich jest. My często jesteśmy powierzchowni a nie zaglądamy do siebie do środka .

  3. robb pisze:

    Pan Jezus cały czeka z niewiarygodną tęsknotą by nawiązać najbliższą z najbliższych relacji z każdym człowiekiem,bo kocha każdego z nas w sposób nam niemożliwy do pojęcia.On nigdy się nie narzuca i nie narzuci tylko czeka by Go zaprosić do głębokiej relacji z Nim.Kiedy Go zapytasz On nie będzie milczał.

  4. alutka pisze:

    Trzecia w nocy; dziwna ta godzina. Czy to na pewno Bóg przemówił do niego.?

    • Krzysztof pisze:

      Myślisz, że o tej godzinie Bóg sobie śpi? Po owocach poznać możemy, a owocem jest nawrócenie.

    • Jola pisze:

      A która godzina jest właściwą?
      Ja myślę że każda,Bóg nie jest ograniczony czasem i przestrzenią,
      każda godzina jest wyjątkowa jeśli się ufa,nie ma złych godzin.

  5. Kamuc73 pisze:

    Dziekuje za piekne swiadectwo!Ja tez uslyszalam glos,kiedy kleczalam i prosilam o pomoc (moja corka zachorowala na depresje,miala mysli samobojcze),blagalam Boga by mi pomogl bo juz nie dawalam rady,wtedy uslyszalam glos ” nie placz,przejdziemy przez to razem”.I tak 1,5 roku ide droga Jezusa,ktory kazdego dnia obsypuje mnie laskami i w ciezkich chwilach sil dodaje bym niosla swoj krzyz…Chwala Panu!

  6. wobroniewiary pisze:

    ❤ Alicja "POUCZENIA" wt. 8.10.1991, godz. 7.50

    † Jeśli cierpisz, oddaj Mi swoje cierpienie, abym mógł uczynić rzeczy święte w duszach tych, którzy są powodem twojego bólu. Świadomość tego niech da pokój i radość twemu sercu. Nie myśl o tym, że brak ci człowieka, który mógłby wesprzeć cię w chwilach trudnych. Ale masz Boga, który prawdziwie jest twoim wsparciem i ostoją. I który czuwa przy tobie dzień i noc. Jeśli otrzymujesz wyższy dar, nie cofaj się do mniejszego.

    • Kaja 51 pisze:

      Niech będzie Bóg uwielbiony

    • Maggie pisze:

      Kiedy umarł mój ojciec, w czasie stanu wojennego, nie słyszałam nawet o Koronce do Miłosierdzia Bożego … ale poszłam do Jezusa w Kaplicy Wieczystej Adoracji w poznańskiej farze. Jezus się wówczas pochylił nade mną i doznałam takiego szczęścia, że z trudem zmusiłam się w końcu do wyjścia.
      W urzędzie dostałam pozwolenie „na przemieszczenie się do innego miasta” na pogrzeb, na którym moje rodzeństwo (aż!) zwróciło uwagę, że była we mnie pogoda ducha (i ciut łez) … i to bez środków psychotropowych, a ja modliłam się i czułam ogarniający mnie spokój, ciepło i widziałam rodzaj jasności.
      W krótkim czasie miałam sen, w którym przyszedł do mnie smutny i zmęczony ojciec i opierając się o me ramię, wskazywał mi płomień, a potem z trudem poszedł szarą, zakurzoną drogą z pagórkami (żadnej zieleni). Obudziłam się i okazało się, że mieszkanie było pełne gazu, gdyż spadło ciśnienie gazu,co spowodowało, iż wygasł płomień junkersa w łazience, a potem gdy z powrotem ciśnienie wzrosło, gaz się ulatniał. Pootwierałam okna etc – mama spała jak suseł i nie słyszała mego krzątania się. Jadąc pociągiem do Częstochowy z intencją Mszy Św.- Wieczystej, opowiedziałam o tym zakonnicom, które pocieszyły mnie, że mój ojciec znalazł Miłosierdzie ale cierpi.

      To prawda, że zamiast rozpaczać, trzeba udać się do Jezusa i powiedzieć Mu wszystko. Kiedy sobie z czymś nie radzimy, to najlepiej do Niego się zwrócić (osobiście lub przez Maryję czy za wstawiennictwem Anioła Stróża albo Świętych) – oczywiście dobrze też pójść do Niego z radościami i podziękowaniami. W ten sposób łatwiej iść przez życie (nawet ciernistą drogą) i pomaga to by: zgadzać się z Wolą Bożą.

  7. Małgosia pisze:

    Abp Dzięga: Polska nie może się wstydzić trwania na kolanach przed Bogiem

    Mamy przede wszystkim świadomość nowej szansy dla naszego państwa, jakim jest zapowiedziany program obecnej większości parlamentarnej oraz rządu Rzeczypospolitej Polskiej. Jest to szansa na autonomiczne, suwerenne programy polityczne i gospodarcze, służące rzeczywistemu rozwojowi polskiej gospodarki, polskich gospodarstw oraz polskich firm – podkreśla abp Andrzej Dzięga w rozmowie z „Naszym Dziennikiem”.

    Metropolita szczecińsko – kamieński nie jest zaskoczony tak zdecydowanym oporem polityków w kraju i za granicą. Po raz kolejny apeluje o modlitwę za Ojczyznę i rządzących.

    – Jak można zapomnieć o modlitwie za Polskę? Czy można mieć tu jakiekolwiek wątpliwości? Polska nie może się ani wstydzić, ani lękać trwania na kolanach przed Bogiem – zaznacza abp Dzięga.

  8. Pingback: Zawyłem czyli Rafał Porzeziński, nowy szef radiowej “Jedynki” o sobie – mocne świadectwo byłego hazardzisty – Przeżuwanie Wiary

  9. Pingback: Świadectwo byłego hazardzisty | Serce Jezusa

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s