Homilia ks. Adama Skwarczyńskiego w dniu 28 marca 2012 r., na rozpoczęcie nowenny przed Wielkim Piątkiem – przed dniem ofiarowania się Bogu za zbawienie bliźnich.

Jako uczniowie Chrystusa mamy obowiązek upodobnić się do swojego Mistrza w czasie ziemskiego życia, aby to podobieństwo stało się dla nas biletem do Nieba, gdzie mamy z Nim być wiecznie. Myślę w tej chwili o powszechnym powołaniu do świętości. Zaglądajmy do kalendarza każdego dnia, aby czerpać z księgi żywotów Świętych, tak jak to czynili nasi przodkowie. Na pewno wszyscy wiedzą, że w domach szlacheckich, tam gdzie umiano czytać i pisać, były dwie księgi, które często otwierano i karmiono się ich treścią. To było Pismo Święte i żywoty Świętych. Gdybyśmy dzisiaj przeszli po domach uczniów Chrystusa i pytali, kto duszę swoją karmi treścią tych dwóch ksiąg, bylibyśmy zdziwieni, jak niewielu. Na wszystko jest czas i chęć, nawet i zapał, ale na to nie ma.

       Ktoś powie: co nas to może obchodzić jakiś król Guntram z zamierzchłych czasów?! Ale przecież spotkamy go w niebie i będziemy wspólnie z nim wielbić Boga. Przypomnimy sobie, żeśmy pod dzisiejszą datą poznawali pewne epizody z jego życia, które w pełni ma się nam ukazać w wiecznej chwale. Król Guntram żył w szóstym wieku, był królem na terenie Galii, dzisiejszej Francji, potomkiem barbarzyńskich Franków. Wyróżniał się charakterem gwałtownym, był brutalem, a przy tym żarłokiem. Jednak uporczywą pracą nad sobą wyrobił w sobie tyle cnót chrześcijańskich, że zmieniły one zupełnie jego obyczaje. Kiedy bracia jego wiedli nieustanne spory o granice, jego wzywali na rozjemcę. W kraju na wpół pogańskim popierał instytucje chrześcijańskie, założył kilkanaście klasztorów, ufundował biskupstwo do dziś istniejące, zwołał sześć synodów, które miały za cel rozbudzenie życia religijnego, nawrócenie pogan. Okazał się ojcem swoich poddanych. Szczególną troską otaczał ubogich, wspierał szczodrą ręką dzieła miłosierdzia. Kiedy na Galię spadły klęski, król Guntram powiedział Panu Bogu: oddal je od mojego narodu, a ja Ci ofiaruję za to swoje własne życie. Niech na mnie spadną kary i cierpienia, ale uchroń mój lud. Bóg przyjął jego ofiarę. Czyż może być coś piękniejszego?

       Przypomina nam ta lektura nasz obowiązek uświęcenia, stawania się świętymi. Wszystkich on dotyczy i jest tak ścisły, gdyż Niebo tylko dla świętych jest przeznaczone. Każdy z nas ma upodobnić się do Chrystusa, składając w ofierze Panu Bogu, jak król Guntram, siebie i swoje życie. Na tym właśnie polega świętość, by dojrzeć do takiej ofiary.

       Jak to się nazywa? KAPŁAŃSTWO POWSZECHNE. Ja uczestniczę w dwóch rodzajach kapłaństwa: w tym, które pochodzi z sakramentu Chrztu, a potem jest wzmocnione przez Ducha Świętego w Bierzmowaniu, oraz w sakramencie Kapłaństwa. Wszyscy ludzie, na mocy kapłaństwa powszechnego, są zobowiązani do złożenia siebie Bogu w ofierze w jak najpełniejszy sposób. Mówiąc prościej, mają umiłować Pana Boga z całego swojego serca, ze wszystkich swoich sił: fizycznych, duchowych, psychicznych, ze wszystkich swoich możliwości. Kto nie osiąga na ziemi takiego stopnia miłości, musi uczyć się jej w czyśćcu, chociaż tam nie ma już zasług. Jego niebiańska chwała nie wzrośnie ani odrobinę, tylko może pokutować za to, że na ziemi nie starał się dostatecznie miłować.

       Jest jednak jeszcze wyższy wymiar świętości oprócz przeznaczonej dla wszystkich „przeciętnych” wierzących, którzy mają się ofiarować Bogu Ojcu razem z Chrystusem. Otóż pragnieniem Boga jest nie tylko to, byśmy my sami się uświęcili, ale chce, byśmy zatroszczyli się o świętość innych. I to powinno być dla wszystkich zrozumiałe, ale niestety nie jest. Jeżeli narzeczeni podają sobie dłonie przed ołtarzem i mówią: „ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską, oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci”, to ślubują sobie m.in. to, że wezmą na siebie odpowiedzialność za pomoc współmałżonkowi w osiągnięciu świętości. Rodzice odpowiadają za świętość swoich dzieci, nauczyciele za dzieci i młodzież im powierzoną, ci, którzy żyją i pracują w jakimś środowisku – za swoich współpracowników, za swoich sąsiadów, ale też za ogromną rzeszę ludzi zupełnie sobie nieznanych, która ma korzystać z ich duchowych ofiar. Nie muszą ich znać.

       Wyobraźmy sobie, że w tej chwili gdzieś na świecie kona jakiś człowiek w grzechu ciężkim. Stoi nad nim szatan i przekonuje go, że wszystko stracone. Już nie ma sensu się modlić, nie powinien już ufać Bogu, że On mu okaże miłosierdzie, bo żył bez Boga, zmarnował wszystkie łaski, koniec z nim. Ta bestia piekielna tylko dyszy, żeby tę duszę porwać w momencie śmierci. A ja mogę w tej chwili, nie znając tego człowieka, prosić za niego Boga. Mogę zmówić np. dziesiątek Koronki do Miłosierdzia Bożego, której Pan Jezus nadał tak ogromną moc, że gdy się ją zmówi przy konającym, Bóg daje gwarancję, że on się nawróci. Mogę także powiedzieć: Boże, jeśli chcesz uratować tego człowieka, przyjmij mój krzyż dnia dzisiejszego. Nie wiem jaki on będzie, ale budzę się rano i mówię Bogu: za wszystkich tych, których chcesz dzisiaj uratować, zbawić za cenę mojego krzyża, ja się Tobie ofiaruję. Bo dla Pana Boga nie stanowi różnicy, czy da łaskę jednej osobie, czy milionowi, czy miliardowi dusz. To zależy tylko od naszej ufności.

       Dzisiaj, gdy dusze-ofiary, a więc ludzie, którzy podejmują swój krzyż za zbawienie, za uratowanie innych, rozpoczynają nowennę przed Wielkim Piątkiem, aby właśnie w tym dniu ponowić swoją ofiarę Bogu za nawrócenie grzeszników, nie mogę nie poruszyć tego tematu. Już od lat sam żyję tą prawdą i nie obawiam się tego powiedzieć: gotów jestem życie swoje ofiarować za miliony grzeszników – jakby „sprzedać” je za jak największą cenę, choćby wśród największych cierpień, aby tylko wypełnić jak najlepiej to swoje zadanie. Jest to zadanie wynikające z mojego podwójnego kapłaństwa.

       Wypełniam swoje kapłańskie powołanie już od tylu lat, ale to jest dziwne, że dopiero na początku tego roku w chwili, kiedy wypowiadałem słowa Pana Jezusa nad chlebem i winem: „bierzcie i jedzcie z tego wszyscy, pijcie z tego wszyscy”, nagle uświadomiłem sobie, że wypowiadam je także w stosunku do swojego własnego ciała i swojej własnej krwi. To powinien czynić każdy kapłan – do tego dojść, do tego dojrzeć. „Jeżeli ziarno pszenicy, wpadłszy w ziemię, nie obumrze, zostanie tylko samo”, a więc od tego obumarcia zależy obfitość plonów.

       Wspierajmy więc jedni drugich swoją modlitwą i ofiarą; przygotowujmy się też, jak kto potrafi, do Wielkiego Piątku i dobrze wypełnijmy swoje podwójne zadanie: nie tylko zasługiwania na chwałę w niebie przez miłowanie Boga ze wszystkich sił, ale też posługiwania się jakby siecią, w którą zagarniemy wielką liczbę dusz ludzi, którzy inaczej nie zbawiliby się, nie weszliby do nieba.

       Gdybyśmy sobie teraz, w oparciu o to co powiedziałem, postawili pytanie, co w tej chwili powinno być najważniejsze w naszym życiu i na pierwszym planie, i jakie zadanie z tego wynika, odpowiedź będzie chyba oczywista. Mamy ratować ogromną liczbę dusz, które są nieświadome zagrożenia i idą na oślep w kierunku wiecznej przepaści. Z każdym dniem zbliżają się do niej, marnując doczesność jako okres zasługi i próby, a za moment staną przed obliczem Sędziego, jak to zwykle bywa.

       Powiedziałem: „zwykle”, gdyż przyszło nam żyć w okresie niezwykłym: wiemy o zbliżającym się wielkim wstrząsie, jakiego doznają wszyscy ludzie ziemi pod wpływem sądu, na którym wkrótce w jednej chwili staniemy. Bywa on nazywany OSTRZEŻENIEM. Sytuacja wielkich grzeszników jest więc wyjątkowo tragiczna: o ile zwykle umierają na świecie trzy osoby na sekundę, tym razem śmierć może ogarnąć od razu miliony ludzi, i to konających w rozpaczy i z bluźnierstwem na ustach. Tym wyraźniej powinniśmy uświadamiać sobie swoje zadanie: mamy ich ratować, i to nawet za najwyższą cenę: naszych osobistych cierpień, jakichś wyrzeczeń, wszystkiego tego, co składa się na nasz krzyż – właśnie teraz, póki to możliwe!

       Panie Jezu, Ty sam wezwałeś nas do pójścia za Tobą z krzyżem na ramionach. Wszystko jest cenne w Twoich oczach, ponieważ Ty sam nie możesz już zstąpić na ziemię i cierpieć w swoim ciele – ono nie podlega cierpieniu. Liczysz więc na to, że nasze ziemskie cierpienia będziesz mógł zanieść swojemu Ojcu.

       Wsłuchujemy się w Twoje wołanie z krzyża: PRAGNĘ! Pragnąłeś nie tylko ziemskiego napoju; tysiąc razy bardziej pragnąłeś zbawienia dusz, za które konałeś na krzyżu. I na to Twoje wołanie powinniśmy tak odpowiedzieć: i ja pragnę zapalić się tym Twoim pragnieniem zdobywania dusz dla Nieba; chcę o tym myśleć i w dzień i w nocy, wykorzystać wszystkie możliwości.

       Teraz więc, gdy jesteśmy z Tobą zjednoczeni, we Krwi Twojej Panie Jezu zanurzamy dusze grzeszników; tych szczególnie, którzy staną w krótkim czasie, wraz z całą ludzkością, na Twoim sądzie. Wielu z nich nie znajdzie w sobie dość siły, by się nawrócić, ani dość odwagi i ufności, by prosić Cię o miłosierdzie. Są jak owad złowiony przez pająka, omotany w jego sieć; wydają jeszcze jakieś odgłosy, ale pająk zbliża się do nich, aby im wszczepić truciznę i na zawsze unieruchomić. Tym pająkiem jest szatan. On łatwo nie wypuszcza dusz ze swoich rąk, trzeba mu je wydrzeć.

       Naszymi ludzkimi siłami tego nie uczynimy, dlatego powołujemy się Panie Jezu na Twoją Krew, na zasługi Twojej Męki przed Ojcem Niebieskim. Powołujemy się na tę Krew, którą przelałeś w Ogrodzie Oliwnym w Wielki Czwartek, tamtej nocy wypływała z całego Twojego ciała. Tak strasznie udręczona była Twoja dusza, że przejawiło się to w krwawym pocie. Powołujemy się na Krew, która wypłynęła ze wszystkich Twoich Ran, aż do ostatniej kropli. W tym duchu po Mszy świętej zaśpiewamy dziesiątek Koronki do Bożego Miłosierdzia.

Reklamy