Ks. Adam Skwarczyński – DUCH OSKARŻYCIEL

fragment:

    „Nie sądźcie…” należy do najczęściej łamanych Bożych przykazań. Wprawdzie do Dekalogu nie należy – przynajmniej nie wprost (bo kto np. mówi fałszywe świadectwo przeciw bliźniemu, musiał go wcześniej osądzić), jednak na pewno należy do najważniejszych. Łamanie go staje się zmorą życia osobistego i wspólnotowego, dla wielu jest źródłem udręk przez całe życie. Niewątpliwie ma w tym udział piekło, które z nienawiści do człowieka chce zatruć mu życie ziemskie oraz godzinę śmierci, wpędzając go w smutek, zgorzkniałość, a nawet rozpacz. Zwycięża zarówno wtedy, gdy jedni osądzają drugich, a nawet ich dręczą i prześladują, ale także wówczas, gdy sami siebie osądzamy. Gdy „pomaga” nam w tym piekło, zawsze jest to sąd fałszywy – nie widzimy dobra lub je pomniejszamy, a wyolbrzymiamy zło.
     Rozdział 45 „Kwiatków świętego Franciszka” opowiada o życiu i śmierci brata Jana z Penny. Ów brat na końcu życia otrzymał od Boga możność wyboru między jednym dniem w czyśćcu i siedmioma dniami pokuty na ziemi. Gdy wybrał tę drugą możliwość, nie tylko opadły go różne choroby i boleści, lecz przeżył mękę rozpaczy. Powodował ją widok diabła, który trzymał przed nim listę wszystkich grzechów jego życia i sugerował mu, że skazany jest za nie na dno piekła. Dopiero siódmego dnia, za sprawą brata Mateusza, został uwolniony i uzdrowiony. Przypomina mi to udręki innego syna św. Fran­ciszka z Asyżu – św. Ojca Pio, dręczonego pokusami co do pewności własnego zbawienia. Pomagając innym, sam nieraz znajdował się na dnie przepaści zwątpienia, na krawędzi rozpaczy. Możliwe, że zły duch, z którego rąk wyrywał tak wielu grzeszników, z dopustu Bożego uderzał w niego i chciał mu w tym przeszkodzić, a przynajmniej jego misję utrudnić. Może przy tym mścił się za jego zwycięstwa?
Duch oskarżyciel wykorzystuje możliwość bezpośredniego wpływania na kształt naszych myśli o nas samych, ale także posługuje się ludźmi z naszego otoczenia, nawet najbliższą rodziną. Przyjrzyjmy się na przykładach jego działaniu, najpierw w środowisku człowieka.
Oto wśród kilkorga dzieci znajduje się jedno, które rodzice obwiniają o wszystko: o brak miłości i posłuszeństwa, brak zdolności do nauki („zawsze wstyd nam przynosisz”), lenistwo, kłótliwość, lękliwość itp. Za to chwalą w jego obecności inne dzieci, a gdy to właśnie dziecko zasługuje na pochwałę, nie otrzymuje jej. Rodzice nie mają pojęcia, jak gorliwie współpracują z duchem oskarżycielem i jak wielkie zło czynią. Mogą zwichnąć całe, a więc i dorosłe, życie dziecka!
Nauczyciel uprzedził się w stosunku do kilkorga dzieci i ocenia je gorzej niż inne, gani, karze przy każdej sposobności, uważając że „są takie i nikt go nie przekona…”. Znam rodziców, którym w takiej sytuacji nie pozostawało nic innego, jak postarać się o przeniesienie swojego dziecka do innej klasy czy szkoły. Taki nauczyciel może być właśnie sługą ducha oskarżyciela, wyrządzając dzieciom wielką krzywdę. Nie tylko może odbierać im ochotę do nauki, ale powodować stres lub depresję, bierność, zamknięcie się w sobie.
Wielu ludzi toczy ciężką walkę ze swoimi nałogami, wadami, przywarami, lecz ją przegrywają, gdyż ich otoczenie nie widzi ich zwycięstw, tylko same upadki. Nawet jeśli je widzi, kwituje strasznym stwierdzeniem: „Ja ci już nie wierzę, tyle razy obiecywałeś i nic!” Zamiast dodać im odwagi, otuchy, pochwalić zwycięstwa (choćby nieliczne), wzmocnić ich motywację, pociągnąć ku dobremu – znajomi widzą ich ciągle jako stojących w miejscu, a nawet cofających się w tej walce. Pozwolili duchowi oskarżycielowi, że włożył im na nos swoje ciemne okulary, przez które nie widzą dobra, tylko samo zło, a przez to przyczyniają się, być może, do coraz gorszego stanu tych walczących.
Pracodawca faworyzuje jednych pracowników – może pochlebców, nawet jeśli są leniwi i nieuczciwi – a pomiata innymi, chociaż pracują solidnie. Tym drugim obcina premie, urlopy, nie pozwala na awans, udziela nagany z byle powodu, przeciąża pracą, przez co zatruwa im życie. Wyraźnie służy złemu duchowi oskarżycielowi, za co odpowie przed Bogiem.
Może tych przykładów wystarczy. Spójrzmy teraz na drugi sposób działania tego ducha – na jego bezpośrednie oddziaływanie na nasze myśli. Ogólnie rzecz biorąc, są to najczęściej myśli-hasła, krótkie a mocne, poprzez które stara się nas przekonać o naszym „złu”, a przez to sparaliżować wolę czynienia dobra. Stara się o to, byśmy w różnych sytuacjach, i to jak najczęściej, powtarzali je sobie. Rzecz jasna  może je wzmacniać przez ludzi, o których wyżej wspomniałem. Oto niektóre z nich:
– Mam dwie lewe ręce, ja już jestem takim nieudacznikiem i koniec!
– Wlokę się w ogonie – i co z tego? Lizusy niech się pchają na pierwsze miejsce.
– Jestem mało zdolny, nic więc dziwnego, że i tym razem…
– Jestem gruba, wszyscy się ze mnie śmieją.
– Że też ja nigdy nie mogę mieć markowych ciuchów, tylko te ze szmateksu!
– Śmieją się ze mnie, że jestem jeszcze dziewicą! (zły duch ukazuje dobro jako godne pogardy).
– Ja już jestem takim bałaganiarzem…! (kaleką, pośmiewiskiem, cherlakiem itp).
– Starzy (rodzice) mają mnie gdzieś. Często słyszę, że „takiego łobuza sobie wychowali”.
– Choćbym się nie wiem jak starał, to i tak nic to nie da, więc nie warto…
– Ja zawsze jestem spóźniony!
– Nigdy nie umiem wyczuć odpowiednich okoliczności…
– Wiem, że wciąż za mało się modlę, ale…
– Chyba ja już z tego nie wyjdę, to jest silniejsze ode mnie!
– Ja jestem demonek.
Pod wpływem podobnych myśli o sobie i złej opinii otoczenia człowiek może stracić poczucie własnej godności, przydatności dla otoczenia, a nawet sensu dalszego życia. Coraz więcej młodych, a nawet dzieci (Japonia jest tu w czołówce) dostaje się w ręce duchów rozpaczy i samobójstwa, a przynajmniej ich życie staje się koszmarem i udręką. Tak duchowo poranieni, nie potrafią zbliżyć się z miłością i ufnością do Boga jako swojego Ojca, pełnego dobroci, wyrozumiałości, chęci stałej pomocy do dobrego. Gdy przyjdzie śmierć i zobaczą oblicze takiego właśnie kochającego Ojca, może odepchną Go jako kogoś obcego i nie zechcą z Nim wiecznie być! Jak mogliby przylgnąć z ufnością do serca Tego, który jest Pełnią Dobra (Dobroci), Prawdy i Piękna, skoro żyli w przekonaniu, że są niczym, złem, brudem, że przez nikogo nie są kochani – przez Boga także? Gdyby tak było w ich ostatniej godzinie, duch oskarżyciel odniósłby największe z możliwych zwycięstwo: rozpacz jako zwątpienie w Boże Miłosierdzie jest jednym z grzechów przeciwko Duchowi Świętemu i otwiera bramy piekielne!
To jeszcze jest ważne, że duch oskarżyciel odważa się oskarżać nie tylko ludzi, ale samego Boga!

zakończenie

Także to jest ważne, że Bóg nigdy nie chce wracać do grzechów już nam darowanych, skoro je całkowicie przekreślił. Traktuje nas jak wielkich świętych, którzy takich grzechów nigdy nie popełnili. Nie powinniśmy więc do nich powracać, a jeśli to czynimy np. przy spowiedzi generalnej, to tylko z bardzo ważnego powodu i raczej dla pobudzenia się do głębszej skruchy, a nie z powodu wątpliwości, czy nam zostały darowane. Oczywiście jeśli zawsze wypełnialiśmy wszystkie warunki sakramentu Pokuty, a co do tego wolno nam mieć wątpliwości. Jeśli nie wypełnialiśmy, nie dążąc np. do natychmiastowej i pełnej poprawy, sami mogliśmy przyczynić się do tego, że Bóg chciał, ale nie mógł nam wszystkiego darować. Jednym z takich bardzo ważnych warunków jest, chociaż nie wchodzące w skład pięciu katechizmowych, przebaczenie z serca wszystkim naszym winowajcom. Bez niego i my od Boga nie otrzymamy rozgrzeszenia, choćby nawet ksiądz, nieświadom naszego stanu, wypowiedział sakramentalne słowa i „odpukał”.
Po każdej dobrej spowiedzi popełniamy, i to nawet każdego dnia, różne uchybienia, a nawet grzechy. Gdy więc chcemy, mimo wszystko, z ufnością i radością rzucić się w ramiona Ojca, Brata, Przyjaciela (myślę zwłaszcza o Komunii świętej) – powinniśmy Go najpierw przeprosić. Gdyby każdy z nas – kapłan i wierni – poważnie traktował akt pokuty na początku Mszy świętej, właśnie wtedy mielibyśmy ku temu sposobność: objęlibyśmy szczerym żalem wszelkie zło od ostatniej spowiedzi. Wielka szkoda, że kapłani często nie zdobywają się wtedy na dłuższy moment ciszy, lecz całkiem ją pomijają albo skracają do 2-3 sekund. Wiedząc o tym, powinniśmy przyjść na Mszę chwilę wcześniej i zdobyć się na własny, jak najgłębszy akt pokuty. To samo dotyczy modlitwy w jakiejś wspólnocie, np. w rodzinie: zawsze powinna być poprzedzona podobnym do mszalnego aktem pokuty, a wtedy może być ta modlitwa prawdziwym otwarciem serc Bogu.
Stale walczmy z duchem oskarżycielem nas atakującym, nigdy też nie bądźmy jego narzędziem w osądzaniu i oskarżaniu innych! Zbliżając się do Boga naszego Ojca, weźmy – jak pisze święta Teresa od Dzieciątka Jezus – jak największy rozpęd, gdy On stoi czekając na nas z otwartymi ramionami, a wtedy z radością uniesie nas bardzo wysoko! Dotyczy to także momentu naszej śmierci. Niech dziecięca, szczera ufność w Ojcu pokładana pomoże nam nabrać tego rozpędu! Niech nasza ukochana Mama Maryja, która z radością przybędzie w tej ostatniej chwili, swoim głośnym „hop!” doda nam odwagi! Czeka Anioł Stróż, czekają nasi Bliscy – święci, krewni i przyjaciele – więc już teraz nabierajmy rozpędu, biegnąc ku najszczęśliwszej chwili naszego życia!
Drodzy Czytelnicy, niech na całą drogę, jaką macie jeszcze do przebycia aż do Bramy Nieba, w której mamy się spotkać, błogosławi Was (i tych, którym w tej drodze pomagacie) Bóg Ojciec i Syn i Duch Święty.
                                                                                                                  ks. Adam Skwarczyński

 Całość: duch-oskarzyciel

Reklamy