Ks. Adam Skwarczyński: Idę do Nieba

Jeśli ktokolwiek wyobraża sobie Niebo jako Wielkie Żarcie, bardzo się myli! Alkoholik może widzi je jako rzekę alkoholu, narkoman jako ciągłą narkotyczną euforię, seksoholik (muzułmanin?) jako harem pełen dziewic, Indianin jako prerię pełną bawołów, a wygłodzony biedak – jako miejsce przy suto zastawionym stole… Te ziemskie marzenia okażą się jednak bezpodstawne! Głównie dlatego, że „więcej szczęścia jest w dawaniu aniżeli w braniu” (Dz 20,35), więc żarłoki nie byłyby w pełni szczęśliwe. A poza tym nasze ciało będzie podobne do ciała Jezusa i Maryi. Będzie przepełnione Bożą chwałą, światłością, czystością i pięknem – po prostu przebóstwione do tego stopnia, że wszelkie ziemskie ciągoty, nieuporządkowane nawyki czy pożądania nie będą w nich w ogóle obecne

IDĘ DO NIEBA!

– Jeżeli chcesz rozbawić Boga, opowiedz Mu o swoich planach na przyszłość…
– Chcę Go rozbawić najbardziej jak to tylko możliwe: opowiem Mu o tym, co będę robił w Niebie! A więc… do roboty!

I. Etap pierwszy: od wejścia w Bramę Nieba do Sądu Ostatecznego.
1. Odejdę z ziemi jako męczennik. Okoliczności mnie nie interesują. Ważne jest dla mnie to, by wdrapać się na szczyt góry miłości. W każdej Mszy świętej, używając czerwonego wina, potwierdzam swoją gotowość na przelanie krwi. W ten sposób, choć to nie jest najważniejsze, ominę czyściec i trafię bezpośrednio do Bramy Nieba.
– A jeśli nie będzie ci to dane?
– Wtedy ofiaruję Bogu męczeństwo w pragnieniu, właściwe dla żertw ofiarnych, dla dusz-ofiar. Dusze te tworzą w Niebie chór pośredni między Męczennikami i Wyznawcami. One także nie przechodzą przez czyściec, jeśli tylko ich ofiara jest pełna.

2. Czcząc Matkę Bożą jako Bramę Niebieską, przekroczę próg Miasta Bożego w Jej ramionach, przez Nią niesiony, jak to już było w zaraniu mego życia. Moja dusza nie jest za ciężka, Maryja ją uniesie…

3. Oto pierwsza rzecz, jaką w Niebie uczynię: uwielbię Boga w Maryi jako najdoskonalszym z Jego stworzeń, pogratuluję Mu osiągnięcia w Niej szczytu Jego możliwości. Dlatego tak bardzo pragnę wejść tam w dniu święta, a przynajmniej liturgicznego wspomnienia Najświętszej Dziewicy, kiedy to ziemia łączy się z Niebem w okazywaniu czci swojej Królowej. Pragnę w ten sposób sprawić radość Bogu jako Najdoskonalszemu Artyście, który odmalował w Maryi pełnię (chociaż skończoną) swojego nieskończonego Piękna, Prawdy i Dobra. Każdy artysta lubi, gdy docenia się jego arcydzieło.

4. Następnie wyśpiewam wspaniały hymn na uczczenie Maryi. Pragnę w ten sposób wynagrodzić Jej za degradację Jej wielkości, majestatu, pełni cnót i przywilejów, którymi niepomiernie odróżnia się od wszystkich pozostałych stworzeń. Degradację tę rozpoczął Luter, kontynuowali inni „reformatorzy”, a dzieła dokończyli liczni teologowie po Soborze Watykańskim II, wcielając w życie błędy Lutra, lekceważąc (w dużym stopniu) Świętą Tradycję Wieków oraz wszystkie objawienia Maryjne ostatnich stuleci. Idąc za Lutrem i jego zasadą „sola Scriptura” (oparcie się prawie wyłącznie na Piśmie Świętym, z pominięciem wielowiekowej Tradycji, dorobku Kościoła, kierowanego przez Ducha Świętego), początkującym teologom posoborowym w kółko wpajano postulat „ubiblijnienia mariologii”, a więc cofnięcia się w niej o dwa tysiąclecia. Gdyby byli oni w tym konsekwentni, powinni zanegować dogmaty Maryjne!

5. Potem na całą wieczność „przylgnę” do Maryi i będę się starał Jej nie odstępować, jak małe dziecko trzymające się sukni matki. Uczynię to z trzech powodów:
A. – by Ją coraz lepiej poznawać jako Pełnię Stworzonej Mądrości.
W czasie ziemskiego życia prawie nikt nie zdążył Jej poznać i się Nią zachwycić, nie poznano ogromu Jej łask i przywilejów, i to do tego stopnia, że niektórzy ośmielają się nazywać Ją „zwykłą prostą dziewczyną, zaskoczoną Bożym wybraniem”. A przecież nie tylko była najbardziej w swoich czasach wykształconą kobietą – od trzeciego roku życia do pełnoletności wychowywała się przy świątyni jerozolimskiej – ale dzięki darom sprawiedliwości pierwotnej, utraconym przez ludzkość w Raju, do końca świata nie znajdzie na ziemi nikogo sobie równego! Tylko nieliczni mogli poznać dwa z tych darów: dziewicze urodzenie Syna w sposób wyjątkowy – rodzenie w bólu nie dotyczyło Niepokalanej, Nowej Ewy (jako Światłość Jezus przeniknął przez Jej ciało i rozświetlił wielką łuną betlejemską noc) oraz wniebowzięcie bez obumarcia ciała. Inne dary są dopiero do odkrycia w Niebie. Najwięcej na ich temat powiedział sam Jej Boski Syn włoskiej mistyczce Marii Valtorcie. Spisany przez nią „Poemat Boga-Człowieka” będzie dopiero odkryty i doceniony przez cały Odnowiony Kościół.

B. – By od Niej „uczyć się Boga”, poznawać Go.
Chociaż mariologia św. Maksymiliana Kolbego jako „przedsoborowa” jest przez niektórych lekceważona, ja jednak niezwykle ją cenię wraz z obecnym w niej stwierdzeniem, że Maryja będzie nam przez całą wieczność potrzebna jako Pośredniczka. Niech sobie zgrzyta na to zębami Luter – wszak on przekreślił wszelkie pośrednictwo między Bogiem a ludźmi ja – jednak pragnę przez wieki być w szkole Maryi! Dlaczego? To proste: ponieważ Ona najdoskonalej poznała Boga, więc może służyć za nauczycielkę i przewodniczkę wszystkim ludziom, których zadaniem w Niebie jest właśnie coraz lepsze poznawanie Boga i – co za tym idzie – miłowanie Go. Chcę w Niebie być teologiem Maryi: od Niej się uczyć i tę wiedzę przekazywać innym. Ale do tego jeszcze powrócę.

C. – Przez najbliższe dziesięciolecia, dzielące nas od Sądu Ostatecznego, pragnę należeć w Niebie do tej ogromnej rzeszy dusz, które Matka Kościoła mobilizuje do potężnej modlitwy za mieszkańców ziemi. W oparciu o dogmat o świętych obcowaniu wiemy, że Bóg jest nieskończenie hojny w udzielaniu łask, jednak wszystkie one muszą być wyproszone. Dlaczego? To proste: gdyż w zbawienie każdego zaangażowany jest cały Kościół, z tryumfującym w chwale włącznie, chociaż Kościół na ziemi przewyższa ten niebiański. Jest tak z kilku powodów:
a). modlitwa na ziemi jest trudniejsza, wymaga wysiłku, ma więc wyższą wartość w oczach Boga;
b). z nią łączy się codzienny krzyż, ofiarowanie się Bogu za innych, co nadaje modlitwie niesamowitą moc – i tej błagalnej, i przebłagalnej;
c). ziemska modlitwa jest dobrym czynem tak co do duszy, jak i co do ciała, a więc źródłem wielu zasług na wieczność, natomiast wraz ze śmiercią czas zasług się kończy (dobre czyny w Niebie nie powiększają już niczyjej chwały).

6. Jeśli Bóg zabierze mnie z ziemi przed Paruzją, chcę pomagać ludziom świata w ostatnich chwilach przygotowania do niej oraz w jej przeżyciu. Zanim szatan-zwodziciel narodów nie zostanie wrzucony do czeluści, a ziemia nie odetchnie od jego tyranii, opróżniona także z ludzi nieposłusznych Bogu – pomoc tym na ziemi będzie ogromnie potrzebna. Przeżywając straszne chwile, zapowiedziane przez Pana Jezusa, będą wstrząśnięci zjawiskami na niebie i na ziemi, „bezradni wobec szumu morza i jego nawałnicy”. Będę wtedy klęczał na modlitwie błagalnej przed tronem Boga, i to w najbardziej uniżonej postawie, z czołem opartym o ziemię. W Niebie nikt się nie męczy, więc będzie to możliwe długo, zależnie od potrzeb oraz próśb płynących z ziemi. Bo twardą regułą, przestrzeganą i w Niebie i na ziemi, są słowa Pana: „Proście a otrzymacie, kołaczcie a otworzą wam. Każdy kto prosi otrzymuje”.

7. Po tych bardzo trudnych miesiącach ludzie wyjdą ze swoich kryjówek na słońce i „ledwie jeszcze chwytając oddech, znów będą wzywać Boga i Jego Majestat i służyć Mu jak niegdyś przed zepsuciem świata” (słowa przypisywane Matce Bożej Fatimskiej). Wtedy ci, co nagle poznali Jezusa „przychodzącego na obłokach niebieskich, w wielkiej chwale i majestacie”, a dotąd nie należeli do Kościoła, będą wołać o nauczycieli wiary i szafarzy chrztu; ci zaś, którzy już Go znali, zapałają nieznanym do tej pory głodem Boga i pragnieniem wzrastania w Jego miłości. Jako niezwykle otwarci na Boże natchnienia, charyzmaty, dary i owoce Ducha Świętego, będą potrzebowali mistrzów duchowych. Ponieważ ci ziemscy będą wielką rzadkością, z pomocą przyjdą im mieszkańcy Nieba. Jak nigdy dotąd rozkwitnie kult Świętych oraz współpraca z Aniołami. Do do tych właśnie lat odnosi się proroctwo Joela: „Wyleję Ducha mego na wszelkie ciało, a synowie wasi i córki wasze prorokować będą. Starcy wasi będą śnili, a młodzieńcy wasi będą mieli widzenia” (Jl 3,1).
Wtedy moja ziemska poradnia życia duchowego znajdzie swoje przedłużenie w Niebie. Bardzo wysoko „podniosę poprzeczkę”, gdyż nie trzeba już będzie zaczynać od duchowego przedszkola, jakim było dotychczas odpowiadanie na rozlegające się zewsząd krzyki: „Ratuj bo giniemy, bo szatan nas pokonał i naszych bliskich!”. Teraz będzie to już jakby „duszpasterstwo akademickie”, ciągłe i intensywne doskonalenie siebie, rozwijanie skrzydeł do duchowego lotu. Rozkwitną zakony kontemplacyjne oraz życie pustelnicze, a całe życie społeczne zostanie zorganizowane w oparciu o ideał wspólnot zakonnych. Nawet cały świat stanie się jakby ogromnym klasztorem, a zjednoczenie ludzi w miłości na końcu świata przewyższy bardzo ideał znany nam z początków Kościoła, odczytywany z Dziejów Apostolskich.

8. „Na końcu świata” – napisałem… Dokładniej powinno to brzmieć: w latach, poprzedzających koniec świata. Gdyż jeśli o sam koniec chodzi – zwłaszcza o ostatnie trzy i pół roku, znane nam z Apokalipsy św. Jana – sprawa wygląda inaczej. Próbowałem opisać tę końcówkę w drugiej części swojej powieści: „Wejdź do Radości”, więc do niej mogę wszystkich odesłać. Ponieważ po Sądzie Ostatecznym nie będzie już czyśćca, ostatni ziemianie muszą oczyścić się na ziemi. By im to umożliwić, Bóg posłuży się szatanem, którego przywołają na ziemię ludzie bezbożni, do tej pory „przyczajeni”, i tak dojdzie do najokrutniejszego w dziejach świata prześladowania katolików (innych religii ani wyznań w czasie Paruzji już nie będzie). Jak w czyśćcu dusze zatracają poczucie upływu czasu, tak będzie i wśród tych prześladowań – ludziom będzie się zdawało, że mijają całe wieki. Wtedy i ja w Niebie, żeby im pomóc, przeklęczę przed Tronem Boga trzy i pół roku z czołem przy ziemi.

II. Etap drugi: po Sądzie Ostatecznym.
9. I wreszcie w Bramie Nieba pojawi się… ostatni zbawiony! Potężne „Alleluja” całego Nieba będzie rozbrzmiewać we wszystkich jego krainach i zakamarkach! Zmartwychwstałe ciała połączą się z duszami. Można więc będzie wstać z kolan i wreszcie zająć się… – no właśnie – czym???
Nie będzie już ani ziemskiego, ani czyśćcowego czasu, więc bez końca można się będzie oddawać ulubionym zajęciom. Wprawdzie istnieje w Niebie świadomość następujących po sobie zdarzeń i czynności, jednak wszystkie one tak bardzo zanurzone są w pokoju bez – najmniejszego niepokoju, pośpiechu, cienia nieporządku – że nikt do upływu czasu nie przywiązuje wagi. Jeśli na ziemi byliśmy pouczani przez kardynała Stefana Wyszyńskiego, że „czas to miłość”, w pełni zrozumiemy to w Niebie.
Jeśli ktokolwiek wyobraża sobie Niebo jako Wielkie Żarcie, bardzo się myli! Alkoholik może widzi je jako rzekę alkoholu, narkoman jako ciągłą narkotyczną euforię, seksoholik (muzułmanin?) jako harem pełen dziewic, Indianin jako prerię pełną bawołów, a wygłodzony biedak – jako miejsce przy suto zastawionym stole… Te ziemskie marzenia okażą się jednak bezpodstawne! Głównie dlatego, że „więcej szczęścia jest w dawaniu aniżeli w braniu” (Dz 20,35), więc żarłoki nie byłyby w pełni szczęśliwe. A poza tym nasze ciało będzie podobne do ciała Jezusa i Maryi. Będzie przepełnione Bożą chwałą, światłością, czystością i pięknem – po prostu przebóstwione do tego stopnia, że wszelkie ziemskie ciągoty, nieuporządkowane nawyki czy pożądania nie będą w nich w ogóle obecne.
A co ze zmysłami? – ktoś zapyta, i zupełnie słusznie! One też będą przebóstwione i przystosowane do życia w Niebie. Usta ułożą się do śpiewu przecudnych pieśni, uszy będą otwarte na bogactwo dźwięków, jednak nie ziemskie bogactwo, a niebiańskie; oczy – na tysiące barw, nieznanych na ziemi, i na piękno niebiańskich kształtów; dotyk dostarczy rozkoszy przy zetknięciu z „obiektami” Nieba, jednak nie po to, by wpaść w nałóg dotykania, lecz by wielbić Stwórcę za Jego miłość, widoczną we wszystkim i na każdym kroku, i dziękować Mu. To samo dotyczyć będzie smaku oraz powonienia. A ponieważ nasz Stwórca jest Nieskończenie Piękny, a zarazem Nieskończenie Pomysłowy, więc i Niebo jest tak przez Niego stworzone, że bez końca poznawane i doświadczane, zawsze będzie „nowe”!

10. „Czas to miłość”, tej zaś są miliardy kształtów, barw, sposobów wyrażania jej i okazywania. Ma tyle „kształtów”, ilu jest Aniołów i Świętych, a każdy z nich jest „oryginałem” niemożliwym do podrobienia. Niebo jest więc Absolutną Pełnią Wszelkich Wartości – i Niestworzonych, obecnych w Bogu, i stworzonych. Niestety Pełnią pomniejszoną o te dary, którymi obsypał Stwórca tych aniołów, którzy zbuntowali się później przeciw Niemu, jak też ludzi, którzy Go odrzucili i znienawidzili na wieki. Ci jednak pójdą w zapomnienie, gdyż inaczej szczęście w Niebie nie byłoby pełne.
Dusze ludzkie, stając w Bramie Nieba, są na różnym poziomie duchowego rozwoju, a przy tym obdarzone bardzo zróżnicowanymi zdolnościami. I tak jedna zaledwie „wczołgała” się do Nieba, nawróciwszy się w ostatniej chwili, a inna doszła na ziemi do pełnego, mistycznego zjednoczenia z Bogiem, zwanego duchowymi zaślubinami. Jeden człowiek poznał zaledwie minimum Bożej Prawdy, konieczne do zbawienia, inny zaś długie lata spędził na wykładach, wśród uczonych ksiąg, także na kolanach, by tę Prawdę zgłębiać. Obaj jednak, wchodząc do Nieba, mają przed sobą perspektywę poznawania, i to absolutnie bez końca, zarówno Stwórcy, jak i Jego stworzeń.
Ponieważ nikt nie może być w Niebie „żarłokiem duchowym” (podobnie zresztą jak i cielesnym, gdy już dusza wreszcie złączy się z ciałem), gdyż to nie daje pełni szczęścia – pozostanie każdemu „dzielenie się Bogiem” z innymi. Im lepiej Go pozna, tym goręcej umiłuje, a miłując – będzie pragnął nie tylko sam Go poznawać, lecz i dzielić się swoją wiedzą z innymi. I właśnie to przekazywanie innym Bożej Prawdy, Piękna i Dobra będzie niezwykle uszczęśliwiające.
Od razu po święceniach kapłańskich, mając 24 lata i prawie żadną znajomość języków obcych, zostałem zaproszony do Argentyny. Podróż okrętem (drobnicowcem) trwała półtora miesiąca, więc mogłem zwiedzić po drodze szereg portów, a nawet Sao Paulo w Brazylii. Chodząc jednak po nich samotnie, a do tego z zupełnie białą (nieopaloną) skórą, czułem się tak obco, że nachodziła mnie pokusa pozostawania na statku. Miałem jednak kamerę filmową, i to ona właśnie wyciągała mnie do tych miast. Chociaż była prymitywna (film 8 mm szerokości, nakręcana na sprężynę), a filmu z niej jeszcze nigdy w życiu nie widziałem – wyobrażałem sobie, że będę mógł podzielić się ze znajomymi swoimi wrażeniami przy pomocy filmów. Doświadczyłem więc tej różnicy, jaką stanowi wchłanianie czegoś na własny tylko użytek oraz gromadzenie czegoś z myślą o innych. Pod tym kątem patrzę także na szczęście w Niebie. Czas teraz na kilka szczegółów.
A. Jak już wspomniałem, Królową Nieba poproszę, by była moją nauczycielką, a ja Jej uczniem, „teologiem”, „asystentem”… Jej znajomość Boga niepomiernie przewyższa to wszystko, co kiedykolwiek będą mogły poznać wszystkie pozostałe stworzenia razem wzięte. Dzięki temu będzie więc mogła być bez końca najdoskonalszą i najbardziej obleganą nauczycielką nauczycieli (tych, którzy zechcą uczyć innych). Co za wspaniała perspektywa: być bez końca w „szkole” Maryi!
B. Im większe w Niebie bogactwo, tym większe pragnienie dzielenia się nim z innymi – pragnienie wzrastające bez końca, na miarę bogacenia się. Chcę więc mieszkać w pobliżu największego niebiańskiego amfiteatru, mogącego pomieścić miliardy ludzi, by być stale do ich dyspozycji jako nauczyciel. Liczę na to, że moi bliscy już szykują dla mnie takie mieszkanie, a jeszcze lepiej wielki dom. Jego centrum ma stanowić olbrzymi salon, stale przygotowany na przyjęcie gości – nie tych ziewających i znudzonych, jak na wielu ziemskich wykładach, lecz rozpalonych pragnieniem poznawania Boga i Jego przymiotów.
C. Celem niebiańskiego poznania jest, jak już była o tym mowa, rozpalanie coraz większej miłości do Stwórcy, połączonej z okazywaniem Mu wdzięczności za ogrom i wspaniałość Jego darów. Po każdym więc „wykładzie” będzie rozbrzmiewać najpiękniejszy hymn uwielbienia Boga, i to z towarzyszeniem niebiańskich instrumentów. Dźwięki te, płynąc w kierunku Bożego Tronu, będą zarazem wzbudzać u ludzi coraz większy głód poznawania Najwyższego, więc nie muszę się martwić ani o brak słuchaczy, ani o to że ich zanudzę.
D. Każdy nauczyciel jest „wniebowzięty”, jeśli po lekcji otaczają go uczniowie, chcąc zadać mu pytanie, związane z przerobionym materiałem. I ja dla takich uczniów przewiduję oddzielny czas na indywidualne spotkania, ze spacerkiem po Niebie. A jest gdzie spacerować! Ani zmęczenie tam nie istnieje, ani problemy z pokonywaniem przestrzeni – można w ciągu sekundy znaleźć się w najbardziej odległych górach, nad morzem czy nad jeziorem, na jego powierzchni czy w głębinie. Wspólne poznawanie wspaniałości Nieba będzie także wspólnym szczęściem, i to nie tylko stworzeń, lecz i Stwórcy, który cieszy się szczęściem swoich ukochanych przybranych dzieci.

11. Na zakończenie  – nieznane plany Boga…
Bóg jest nieskończony pod każdym względem, także co do swoich możliwości stwórczych. Nie wątpię więc, że jeśli zechce, może planety podobne do Ziemi stwarzać w nieskończoność, jak też zasiedlać je przeróżnymi stworzeniami – i podobnymi, i zupełnie niepodobnymi do ludzi. Także Jego Niebo jest dostatecznie „pojemne”, by przyjęło wszystkich, po takiej czy innej próbie miłości. Kto wie, czy szatan ze swoją armią buntowników i arsenałem pokus nie będzie miał dostępu do różnych „rajów”, których mieszkańcy będą potrzebowali pomocy z Nieba, by nie ulec? Gdyby tak było, gotów jestem włączyć się w tę akcję pomocy i współpracy, uczestnicząc w drodze do Nieba tych stworzeń, o których istnieniu nie możemy mieć jeszcze dzisiaj pojęcia…

R., 22 października, w dniu św. Jana Pawła II.

ks. Adam Skwarczyński

Pobierz pdf: Niebo moje

Reklamy