Ks. Adam Skwarczyński: „Jezu, Ty się tym zajmij” – Oto jestem, świadectwo Katarzyny

„OTO JESTEM” – ŚWIADECTWO KATARZYNY

Nota ks. Adama Skwarczyńskiego: Prawie wszystkim nam zbyt łatwo przychodzi naruszanie przykazania Pana Jezusa: „Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni”. Może to dotyczyć także czytelników niniejszego „Świadectwa Katarzyny”: prawdopodobnie zechcą wyrażać zdziwienie, jak osoba o tak powikłanym życiu może być zalewana Bożą miłością i radością, cieszyć się darem rozeznawania duchów, modlitwy kontemplacyjnej (dniami i nocami), widzieć już siebie na drodze nawrócenia, a nawet apostolstwa w swoim otoczeniu… Jak może iść drogą czystości obiecanej Bogu, być w zażyłości z Najczystszą Maryją, a nawet wspiąć się na sam szczyt: oddać się Bogu jako żertwa ofiarna?!

       Przypuszczam, że właśnie tym ludziom – „faryzeuszom” zbyt pochopnym w osądzaniu bliźnich oraz w przypinaniu im jakichś etykietek – potrzebne jest to świadectwo, by uczyli się dostrzegać tę prawdę, że Bóg jest Ojcem wszystkich ludzi, pragnie szczęścia wszystkich i nie odrzuca nikogo, kto szczerze Go szuka. Poza tym dla każdego ma inne plany, inną drogę zbawienia, której do końca nie potrafi zrozumieć ani ten człowiek, ani (tym bardziej!) osoby postronne. Za to każdy z nas może swoją modlitwą pomóc Bogu w zdobywaniu serc, i to nawet najbardziej zatwardziałych, Jego dzieci. Zarówno Katarzyna, jak i my wszyscy na progu Nieba poznamy tych, którzy do naszego zbawienia się przyczynili, i będziemy im wdzięczni bez końca.

       Niniejsze świadectwo może być także potrzebne tym, którzy z różnych powodów, dzisiaj od nich niezależnych, nie mogą wejść na drogę sakramentów, mimo głębokiego pragnienia. Mogą za to zbliżyć się do Boga drogą szczerego, głębokiego żalu za grzechy, wyznać Mu swoją miłość, zapraszać Go do serca w komunii duchowej, prosić o pokierowanie dalszym życiem według Jego planu. W internecie można znaleźć znaną modlitwę ks. Dolindo: „Jezu, Ty się tym zajmij” (lub „Jezu, weź to na Siebie”). On na wszystko ma tysiąc sposobów i może je wykorzystać, gdy tylko widzi u kogoś dobrą wolę. Wtedy ludzka bezradność przyciąga Jego wszechmoc, a zagubienie – wysiłki Dobrego Pasterza, nieustannie poszukującego zagubionych owiec. Jednak sama dobra wola nie wystarczy – trzeba być aktywnym w poszukiwaniu swojej drogi! Katarzyna wymienia tak wiele praktyk, za którymi warto pójść – oprócz wyżej wspomnianych Różaniec, lekturę Pisma Świętego oraz wartościowych książek religijnych, udział we Mszy świętej i w adoracji Najświętszego Sakramentu.

***

Moi Drodzy,
Choć niełatwo mi pisać o swoim życiu, jednak pragnę podzielić się z Wami swoim świadectwem, żeby pokazać, jak wielka jest miłość Boga, Jego dobroć i litość nad marnym
grzesznikiem. Jestem nie tak dawno nawróconą katoliczką, chociaż, wychowana w Polsce w rodzinie katolickiej, przyjęłam wszystkie sakramenty. Swoją historię zacznę od tego, że po roku małżeństwa (zawartego w Kościele katolickim) odeszłam od swojego męża. Nie połączyły nas dzieci, których Bóg nam nie dał, a wszystko nas dzieliło. Nie wspieraliśmy się wzajemnie, mieliśmy oddzielne mieszkania, własny majątek, towarzystwo, przyjaciół… Cudem uniknęłam zdrady, ale zapłaciłam za to odejściem z pracy. Nie było już wtedy mowy o powrocie do męża, gdyż sam był już zaangażowany w związek ze swoją koleżanką z pracy. Pozostał nam tylko rozwód. Niebawem oboje założyliśmy nowe rodziny i pojawiły się dzieci. Mój drugi ślub był w Kościele protestanckim, do którego należy mój drugi mąż. Wyjechaliśmy z Polski ze względu na sprawy zawodowe i ostatnich kilkanaście lat spędziłam w różnych krajach. Obecnie mieszkam na Bliskim Wschodzie, nad Zatoką Arabską. Ocknęłam się mniej więcej po 5 latach i wtedy to zrozumiałam swój błąd – że idę na zatracenie! Od tej chwili nie było dnia, w którym bym nie przepraszała Boga za to, że Go zraniłam, że Go zawiodłam. Nie chciałam opuszczać swojego drugiego męża i rozbijać naszej rodziny, ale też cały czas szukałam jakiegoś rozwiązania i wyjścia z tej grzesznej sytuacji. Zaczęłam pragnąć spowiedzi i Komunii świętej, ale rozgrzeszenie nie było możliwe. Moje cierpienie i przygnębienie były ogromne!
Któregoś dnia, pod wpływem jakiegoś świadectwa przeczytanego w internecie, pojechałam do kościoła i oddałam swoje życie Jezusowi – tak jak potrafiłam, własnymi słowami. Tego samego dnia doznałam łaski nadprzyrodzonej radości. Byłam po raz pierwszy w życiu tak szczęśliwa wewnętrznie, że brak mi słów, aby to opisać… Chciało mi się tańczyć i śpiewać! Kiedy poszłam na plac zabaw ze swoją córką, nagle poczułam ogromną miłość do innych ludzi. Moje pragnienia i dążenia odeszły na bok, przestałam się sobą zajmować. Wysłuchałam wszystkich mam i ich problemów z dziećmi. Chociaż zazwyczaj męczyły mnie takie opowieści, teraz chciałam ich wszystkich wysłuchać, a matki wesprzeć z niesłychaną miłością. Po 2-3 dniach prosiłam Boga, żeby odebrał mi tę łaskę, bo nie mogłam dłużej znieść nadmiaru miłości i szczęścia. Powoli moje życie zaczęło się zmieniać, w sercu zrodziła się nadzieja, czułam wielką pomoc Bożą w wielu sprawach życiowych, zawodowych. Jednocześnie tak bardzo żałowałam swojego grzesznego życia, że kierując się duchem pokuty, chciałam wynagrodzić Bogu za wszystkie zniewagi
– najpierw swoje, a z czasem również innych. Po jakimś czasie za pozwoleniem księdza moderatora włączyłam się w dzieło dusz-ofiar, inaczej „Szkoły krzyża”, a później „Iskry z Polski”. Okres pierwszego roku był najcięższym w moim życiu! Przeszłam bardzo bolesne oczyszczenie, podczas którego prawie już żegnałam się z życiem… Podczas mojego pobytu w Polsce któregoś roku otrzymałam Boży dar rozeznawania duchów: przeżyłam coś w rodzaju „wyczuwania”, czy spotkałam dobrego, czy złego człowieka. Wszedłszy w świat ducha, wyczuwałam jakieś „zło” w niektórych ludziach, niekiedy bardzo duże. Pewni ludzie
sprawiali takie wrażenie jakby spali, czy jakby byli w letagru. Sposób, w jaki mówili czy zachowywali się, był uzależniony od jakiejś złej siły. Niektórzy księża też mieli w sobie to „zło”, i właśnie ci „źli” nie wnosili niczego pozytywnego w moją duszę, a tylko siali niepokój i zamieszanie. Za to kazania „dobrych” były dla mnie tak jasnym przekazem, jakby sam Bóg do mnie osobiście przez nich mówił. Byłam przerażona, bo w moim otoczeniu tylko nieliczni byli dobrzy! Tylko Msza święta i adoracja Najświętszego Sakramentu oraz inne modlitwy przynosiły mi ukojenie. Dzień i noc modliłam się. Byłam wybudzana w nocy ze świadomością konieczności modlitwy, często za konkretne osoby z mojego otoczenia. Były dni, gdy odmawiałam po 10 Różańców i więcej. Później czułam, jak jestem napadana przez jakieś złe moce, dręczona fizycznie i psychicznie. To wszystko było źródłem ogromnego cierpienia mojej duszy. Czułam, że jakaś zła siła ciągnęła mnie w swoją stronę, miała nade mną władzę. W tym czasie (dosłownie z dnia na dzień) rzuciłam palenie i poczułam niechęć do picia alkoholu. Nigdy już nie powróciłam do tych używek. Ten stan trwał około miesiąca i jak niespodziewanie przyszedł, tak w jednej chwili po prostu odszedł. Po tym jeszcze bardziej przylgnęłam do Boga, a wkrótce doznałam odrodzenia w Duchu Świętym. Poczułam, że jestem Bożym dzieckiem, wylałam morze łez. Moje życie bardzo się odmieniło. Wykiełkowałam jak źdźbło trawy na pustyni! W przenośni i dosłownie, gdyż żyjąc w kraju muzułmańskim nie miałam wokół siebie nikogo, z kim mogłabym chociaż porozmawiać o Bogu. Mój mąż nie mógł zrozumieć mojego zbliżenia do Boga i tej nagłej zmiany, zaczęło go to bardzo denerwować. Musiałam więc ukrywać się ze swoją wiarą. Były
momenty, że było mi naprawdę ciężko, myślałam że nie dam już rady. Nie wiedziałam, gdzie pójść i co zrobić z tym nawróceniem. I tak oto przez jakiś czas pozostaliśmy oboje w ukryciu – Bóg i ja. Odeszli ode mnie dawni przyjaciele, ale za to na mojej drodze Bóg postawił kilka cudownych osób. Pierwszą z nich był ks. Adam Skwarczyński, który bardzo mi pomógł, zwłaszcza w tym trudnym okresie zaraz po nawróceniu. Okazał mi niezwykłą cierpliwość i dobre serce. Dzięki jego licznym cennym poradom, nadsyłanym drogą elektroniczną, powoli zaczęłam „odgruzowywać” swoje życie i dostrzegać właściwą drogę. Z czasem zaczęłam wchodzić na jej odcinek najtrudniejszy – na drogę miłości ofiarnej. W moim bliskim otoczeniu pojawiła się również protestantka, była katoliczka, z którą mogłam po prostu porozmawiać o Bogu. Później zaprzyjaźniłam się z koleżanką z pracy, osobą o wielkim sercu, z którą wspierałyśmy się nawzajem w środowisku zdominowanym przez muzułmanów.[…]
Pobierz całe świadectwo pdf: Świadectwo Katarzyny

***

Reklamy