Ks. Adam Skwarczyński: Moja przygoda ze śmiercią – „gdyby nie „pomyłka”, kto wie, czy odważyłbym się wyjść z ukrycia, ujawnić swoje pseudonimy literackie, zdobyć się na udzielenie dwóch sfilmowanych „wywiadów”?

MOJA PRZYGODA ZE ŚMIERCIĄ

       Pod koniec 2010 roku ponowiłem swoje ofiarowanie się Bogu za przyśpieszenie Tryumfu Niepokalanego Serca Maryi oraz za nawrócenie nieprzygotowanych do tego wydarzenia, mających stanąć wkrótce na sądzie Bożym szczegółowym (nazywanym prześwietleniem sumień, „Ostrzeżeniem”, „godziną Damaszku”). I wtedy właśnie otrzymałem od znajomej osoby kilka kolejnych tekstów, przypisywanych Matce Bożej, adresowanych specjalnie do mnie. Zawierają one między innymi następujące zdania, które od razu zacząłem sobie kojarzyć ze swoim ofiarowaniem, a jednocześnie z zaczynającym się rokiem 2012: „Przyjmuję twoją ofiarę, jak o to prosiłeś. Mój synu, Bóg chce spełnić twoje pragnienie! Nie lękaj się tego co ma nadejść, bo wiele możesz złagodzić. Bądź spokojny w swoim sercu. To, co kiedyś zostało przed tobą odsłonięte, wypełni się, kiedy Boży czas nadejdzie. Przyjmuję twoje ofiary i przemienione w Moim Sercu zanoszę przed tron Boga. Nie lękaj się niczego, gdyż cały jesteś Mój! Cierpienie, ofiara, krzyż są tak bardzo potrzebne. W tej ciszy i tajemnicy krzyża pozostań. Mój Syn i Ja pragniemy tej ofiary dla umocnienia wielu. Nie wchodź w dialog z szatanem. Twoim FIAT zamkniesz mu usta. Błogosław swoim wrogom…”. Po takiej lekturze nabrałem przekonania, że „Boży czas już (dla mnie) nadszedł”!

       Odezwała się także inna, jeszcze lepiej mi znana, „uprzywilejowana” osoba, która już kilka lat wcześniej mówiła mi, że moja kaplica jest „ciemnicą”, w której przygotowuję się do wyjścia z Panem Jezusem na swoją Golgotę. Teraz zaczęła ona otrzymywać dla mnie… „Przewodnik miesięczny”, czyli codziennie po kilka do kilkunastu zdań, dotyczących mojego przygotowania… do czego? Chociaż nigdzie nie padły wyraźnie słowa o złożeniu ofiary, lecz raczej o ukierunkowaniu (udoskonaleniu) życia, ja jednak zacząłem czytać je bardzo wybiórczo, podkreślając sobie takie np. słowa: „Jakie jest twoje powołanie? Być uciemiężonym i trwać! Zostaw swoje wątpliwości, ta droga prowadzi donikąd. Błagaj Boga o łaskę przebaczenia ci zaniedbań […]. Droga prowadzi prosto do mistycznego krzyża. Czy wybierasz taką drogę? Złorzeczenia skierowane przeciw tobie odbiją się od zbroi, którą jesteś zabezpieczony. Zbroją św. Michała Archanioła otoczyłem cię u początku twojego życia. Nie pokona cię ten, który czyha aby cię pożreć. Czytaj J 17,1-5 – Modlitwa Arcykapłańska Chrystusa wobec wykonanego dzieła („Wypełniłem dzieło…, a teraz Ty, Ojcze, otocz Mnie u Siebie chwałą…”). Niech twoje zanurzenie w Męce Chrystusa osiągnie stopień heroiczny (chodzi o Mszę świętą – o cud Eucharystyczny, dla niejednego człowieka jedyny cud w ziemskim życiu). Ty możesz ten cud unaocznić w prosty sposób: dając siebie na ofiarę. Zobacz oczami duszy Moją Mękę na Krzyżu Miłości […]. Ofiara potrzebuje ofiary… Ja znam każdy jęk twojej duszy. Ja uniosłem – ty też uniesiesz. Synu, liczę na twoją bezinteresowność, którą przekonywałeś Mnie wiele razy aż do zatracenia siebie (odniosłem to zdanie do wspierania ubogich). Wybrałem cię, abyś Mi służył na drodze prowadzącej do Nieba. Wznoszenie ducha ponad ziemskie wygnanie to zatracenie się w Duchu Bożym. Synu mój, kładź nacisk na odrobienie zaległości, które nagromadziłeś”. Osoba przekazująca mi te teksty zapytała Pana Jezusa 5 sierpnia, czy odejdę w taki sposób, jaki zapowiadam (m.in. w swojej powieści „Wejdź do Radości”). Oto odpowiedź: „Idzie w Moje ramiona. Raduj się duszo”.

       Na jesieni zadzwoniła do mnie jeszcze inna osoba, którą najprawdopodobniej (dokładnie nie pamiętam) prosiłem o światło w sprawie mojego „odlotu z ziemi”. Chociaż zastrzegła się, że nie ma całkowitej pewności, czy te słowa pochodzą od Pana Jezusa (nie rozeznawała tego), jednak je przekazuje: „Nie zakończy się rok 2012, gdy Mój syn znajdzie się w Moich ramionach”. Wziąłem te słowa za pewnik i żyłem nimi do końca roku. A właściwie nie do samego końca, gdyż na 3 dni przed jego końcem osoba ta oznajmiła mi przez telefon, że nabrała pewności, iż od Boga one nie pochodziły…

       Takich moich „osobistych proroków”, którzy coś myśleli, śnili, przeczuwali, było w tym roku więcej! Mistyczka, polecona mi przez znajomych, wśród przekazanych mi słów zawarła i takie: „Mój syn wykonał wszystko, co było mu polecone, i teraz przyjdzie po swoją nagrodę”. Chociaż było tam sporo zdań w dwóch lub trzech listach, mówiących o czekających mnie jeszcze zadaniach, to właśnie zdanie powyższe przykuło moją uwagę… Od kogoś innego otrzymałem opis nawiedzin mojego domu, w którym nigdy nie był. Opis ten dotyczy… przygotowań do mojego pogrzebu! Częściowo pokrywa się z topografią miejsca, a wzmianka o trumnie całkowicie przykrytej kwiatami podgrzewała atmosferę mojego oczekiwania na „odlot”. Były jeszcze i sny dwóch znajomych, w których widziały miejsce i drastyczny moment mojego męczeństwa. Był też „cudowny” zapach, rzekomo pochodzący od św. Szarbela w jego wspomnienie liturgiczne, przynoszący mi „potwierdzenie”, że mój „odlot” nastąpi w najbliższym czasie. Opisałem to zdarzenie w swoim liście, zatytułowanym  „Zwiódł mnie diabeł”. Wszystko to razem składało się na „pewność”, że jest to mój ostatni rok na tej ziemi, co miało wielki wpływ na wiele moich zajęć, modlitw i rozmyślań, a nawet… pożegnań z niektórymi ludźmi!

       Tak więc rok 2012 był dla mnie rzeczywistym przygotowaniem do śmierci, tak w sferze duchowej, jak i materialnej. Szczegółów opisywać nie będę. Jak każdy łatwo się domyśli, a niektórzy wiedzą, nie potrafiłem trzymać języka za zębami, lecz wspominałem o swoim oczekiwaniu różnym osobom, a nawet z niektórymi się żegnałem w przekonaniu, że widzimy się po raz ostatni… Im bliżej mnie byli, tym bardziej byli tym zaskoczeni, a nawet zszokowani, za co mogę ich teraz tylko przeprosić…

       Nikt nie może jednak powiedzieć, że byłem fałszywym prorokiem, gdyż Bóg raczej nie oznajmił mi wyraźnie daty śmierci, choć już jako dziecku pokazał jej okoliczności i przyjął moją zgodę na nią. Piszę „raczej”, gdyż mogłem tę datę znać jako dziecko, lecz jej nie zapamiętałem. Dopuścił jednak na mnie ten rok oczekiwania dla swoich własnych celów, których w pełni nie znam. Na pewno oderwał mnie od ziemi, napełnił serce tęsknotą za Niebem, nauczył cenić sobie czas oraz związane z nim okazje do dobrych uczynków (często nazywałem je „ostatnimi”). A jeśli ten rok przyniósł mi okazje do upokorzeń – cenię je sobie i dziękuję za nie Bogu, gdyż nie można bez nich zdobyć pokory. Przestałem się zupełnie przejmować tym, co kto o mnie mówi lub myśli. Rok ten rozpalił w moim sercu ogromne pragnienie ofiarowania Bogu życia, choćby natychmiast i wśród największych cierpień, za miliardy ludzi nieprzygotowanych na Powtórne Przyjście Chrystusa. „Ostrzeżenie” – poznanie przez nich nagle całego dotychczasowego życia w świetle Bożym – może im otworzyć wrota piekła, jeśli nie będzie tych, którzy się za ich nawrócenie ofiarują. Dziękuję więc Bogu, że w tym właśnie roku mogłem zachęcić przez internet wielu ofiarnych ludzi, by stali się ratownikami zagrożonych – „ziemskimi aniołami krawędzi”. W ten sposób moje osobiste ofiarowanie się Bogu zbiegło się z ofiarą tych, którzy zostali przynagleni przez Boga do wkroczenia na podobną drogę. Uważam, że właśnie to nasze duchowe zjednoczenie, ten trudny rodzaj apostolstwa, stanowi najobfitszy duchowy owoc roku mojej „pomyłki”. Kto wie, czy właśnie dzięki tej „pomyłce” nie uda się uratować wielu od piekła? Zresztą gdyby nie ona, czy odważyłbym się wyjść z ukrycia, ujawnić swoje pseudonimy literackie, zdobyć się na udzielenie dwóch sfilmowanych „wywiadów”? Już same dobre owoce tych „wywiadów”, które do mnie docierają, warte były przejścia tego wszystkiego, co mi ten rok przyniósł.

       Moje przygotowanie trwa. Znając miejsce i okoliczności (chociaż nie datę) swojej śmierci, wciąż ponawiam swoją ofiarę, a im bliżej Powtórne Przyjście Pana, tym usilniej reperuję i wzmacniam swoją „sieć” na ostatni „połów dusz”. Wyrazem tego, czym obecnie żyję, jest greckie zawołanie pierwszych chrześcijan przekonanych, że Powrót Pana jest bliski: MARANATHA! – PRZYJD, PANIE JEZU! Teraz lepiej ich rozumiem, gdy w atmosferze oczekiwania rezygnowali z jakichkolwiek starań o ziemską pomyślność, a nawet z pracy, za co Apostoł ich strofował (2 Tes 2,1 nn; 3,10-12). Towarzyszyła im przy tym atmosfera strachu, której dzięki łasce Bożej u siebie nie widzę…

       Niech Chrystus błogosławi czekających na Jego Przyjście, a pozostałych niech oświeci i zdobędzie ich serca, nie pozwoli im zaprzepaścić na wieki ceny Odkupienia. Niech Duch Święty zdobywa wielu nowych „ziemskich aniołów krawędzi”, zanim nie nadejdzie „godzina Damaszku” dla całej ziemi.

ks. Adam Skwarczyński

Reklamy