Ks. Adam Skwarczyński – Nowenna i słowo do Dusz-Ofiar przed Wielkim Piątkiem 2017

Nowenna Dusz-Ofiar, uczniów Szkoły Krzyża, “Iskry z Polski”, przygotowująca do Wielkiego Piątku. Zaczynamy 05 kwietnia (środa), kończymy 13 kwietnia (Wielki Czwartek).

NOWENNA PRZED DNIEM OFIAROWANIA SIĘ BOGU ZA NAWRÓCENIE GRZESZNIKÓW LUB PRZED PONOWIENIEM AKTU OFIAROWANIA

       Wprowadzenie Od 23 lat tworzący Zjednoczenie Dusz-Ofiar, później Szkołę Krzyża, a ostatnio „Iskrę z Polski”, przygotowywali się do ponowienia swojego aktu ofiarowania się Bogu w Wielki Piątek. Jest to najbardziej odpowiedni dzień, by małe dusze-ofiary zjednoczyły się z Jezusem-Ofiarą, a swój codzienny krzyż złączyły z Jego Krzyżem (najlepiej o godz. 15-tej albo w czasie Liturgii Męki Pańskiej). Dotychczas służył nam tekst Nowenny, zamieszczony w I tomie „W Szkole Krzyża”. Obecnie podjąłem próbę zredagowania innego tekstu Nowenny. Powierzając go duszom-ofiarom, chętnie przyjmę wszystkie uwagi, dopowiedzenia czy propozycje, odnoszące się do tekstu. Przy okazji proszę wszystkich Uczniów Szkoły Krzyża, także tworzących „Iskrę z Polski”, o duchową łączność z moim ołtarzem w Wielki Czwartek o godz. 19-tej. Ma to być Msza święta właśnie w Waszej intencji na zakończenie Nowenny. W dniu I Nowenny wychodzimy od jednej z najbardziej wzniosłych myśli: nie ma prawdziwej miłości bez ofiarowania siebie temu, kogo się miłuje. Ten „model” miłości dostrzegamy w życiu Najświętszej Trójcy, na wzór której zostaliśmy stworzeni. Prawdziwa miłość jest zawsze miłosierna – odpowiada na potrzeby i oczekiwania miłowanego. Najwięcej miłosierdzia potrzebują ci, którzy szeroką drogą niemoralności zmierzają ku płonącej bramie piekła. Dusze-ofiary mają spełnić wobec nich rolę „pogotowia ratunkowego”. W II dniu wychodzimy ku momentowi drastycznemu, który obejmie wszystkich mieszkańców ziemi, a który ma się wiązać z „prześwietleniem sumień”. Znana mistyczka daje nam wstrząsający opis tego wydarzenia, które, wraz z krótkim okresem po nim następującym, ma zadecydować, kto z ludzi pozostanie na ziemi jako przyjaciel Boga. Naszą ofiarę za ludzkość podejmujemy w tym czasie głównie z myślą o Paruzji i o braku przygotowania do niej prawie wszystkich. „Jeden drugiego brzemiona noście…” (Ga 6,2) – właśnie to czynimy. Dzień III przynosi nam refleksję nad tym, co – zgodnie z zapowiedzią Pana Jezusa, zawartą w „Dzienniczku” św. Faustyny (nr 1732) – może być „iskrą z Polski”, mającą przygotować świat do Paruzji. Jaką w tym dziele rolę mogą odegrać dusze-ofiary? Akt ofiarowania, tamże zawarty, może nam posłużyć w Wielki Piątek, choć w tym świętym dniu mogą wystarczyć bardzo krótkie własne słowa. Dusze-ofiary są kimś ważnym w oczach Matki Kościoła, do nich więc można odnieść Jej wspaniałe obietnice, przekazane na Węgrzech już w 1955 roku. Zapoznawszy się z nimi, możemy przeżyć piękny dzień nadziei oraz wdzięczności Bogu, a zarazem docenić swoją misję (dzień IV). W dniu V możemy wykorzystać modlitwę dziękczynną za dar bólu (fizycznego lub duchowego), mimo iż niekoniecznie nasz codzienny krzyż się z nim łączy. Bywają dni bez bólu, jednak także wtedy krzyż niesiemy, jeśli tylko nasza wola została „ukrzyżowana” czyli zjednoczona z wolą Bożą, a więc gdy zdecydowaliśmy się (rano) nieść taki krzyż, jaki Bóg nam da. Tego dziękczynienia chce nas nauczyć sam Pan Jezus. Na swojej drodze krzyżowej mamy wyjątkowego, gdyż wszechmocnego, „Cyrenejczyka”, a jest nim sam Jezus Chrystus. Gdy jest nam ciężko, zawsze możemy na Niego liczyć – na to, że weźmie na siebie część naszego ciężaru (dzień VI). Nauczmy się tylko ufać Mu w tych trudnych chwilach. Jezus staje się dla nas na tej drodze Nauczycielem: czytamy Jego dialogi z wędrowną aktorką francuską Gabrielą Bossis (dzień VII) oraz Jego pouczenia dla dusz-ofiar, spisane przez włoską mistyczkę Marię Valtortę, której pisma zaaprobował sam papież Pius XII (dzień VIII). W dniu IX jednoczymy się z Maryją w Jej bólu, i to nie tylko przeżywanym 2000 lat temu, ale doświadczanym przez Nią dzisiaj. Możemy stać się Jej pocieszycielami dzięki swojej ofierze za grzeszników – za Jej zbłąkane dzieci. Ona zna drogę życia każdego człowieka, więc czeka na współpracowników i rybaków dusz, dopóki trwa czas Bożego Miłosierdzia. Nowenna to rozmyślanie, przeżywanie, ale i modlitwa. Dobrze więc zrobi ten, kto każdego dnia rozważy choć jedną tajemnicę Różańca, np. z części Bolesnej, albo którąś stację Drogi Krzyżowej, ewentualnie zagłębi się w ewangelicznym opisie męki i śmierci Jezusa. Aby mieć przed sobą przepiękną perspektywę świata oczyszczonego – takiego, jakim wkrótce chce mieć go Bóg, a którego nadejście przybliżamy swoją ofiarą – niech odmówi jedną z 3 części Litanii Oczekujących Powrotu swego Pana, mającą aprobatę kościelną (Diec. Warsz.-Praska 11.10.2000 nr 2182(K)2000). Niech Miłosierny Bóg, przez orędownictwo Maryi Niepokalanej i całego Dworu Niebieskiego, błogosławi swoim dzielnym bojownikom o Jego Królestwo w duszach ludzkich i w świecie – tym, którzy „za duszę walczą tylko duszą i biją ogniem niebieskim w pancerze” (Juliusz Słowacki, Kiedy prawdziwie Polacy powstaną).

Ks. Adam Skwarczyński

Dzień 1. MIŁOŚĆ – OFIARA – SZCZĘŚCIE.

Pan Jezus zdradził nam tajemnicę szczęścia: jest go więcej w dawaniu, aniżeli w braniu (zob. Dzieje Apost. 20,35). Prawda ta odnosi się zarówno do wewnętrznego życia Najświętszej Trójcy, jak i do naszych ziemskich relacji międzyosobowych. Opierając się na tych słowach Nauczyciela pójdźmy dalej: dawanie (ofiara) uszczęśliwia, gdy płynie ze szczerej miłości. Uszczęśliwia najpełniej, gdy miłujący cały przemienia się w miłość („Bóg jest miłością” – uczy nas św. Jan Apostoł). Inaczej mówiąc: miłość staje się jakby ołtarzem, na którym miłujący składa siebie miłowanemu w ofierze „całopalnej” (skojarzmy sobie to słowo z pochłaniającym ofiarę Ogniem Ducha Świętego). Bóg Ojciec kocha swego Syna, dając Mu całego siebie w taki sposób, że cały jest w Synu. Podobnie miłuje Ducha Świętego, będąc cały w Nim. Przy tym jednak „nie dzieli się na pół”, lecz jest jednocześnie cały w Synu i cały w Ojcu. Jak widzimy, wykracza to poza nasze ziemskie sposoby pojmowania. Syn, miłując, jest cały w Ojcu i cały w Synu, a Duch Święty – cały w Ojcu i jednocześnie cały w Synu. Gdy Osoby Boskie skierowują swoją miłość ku stworzeniom, „nie umieją” – mówiąc naszym językiem – kochać inaczej nas, osób stworzonych, niż ma to miejsce w Najświętszej Trójcy. Tak więc Syn Boży, oddając się każdemu z nas w Komunii sakramentalnej, jest w każdym z nas obecny w sposób absolutnie pełny, identyczny jak w swojej komunii (zjednoczeniu) z Ojcem i Synem. Bóg Ojciec znajduje absolutną pełnię szczęścia widząc, że Jego ofiarowanie się Synowi oraz Duchowi Świętemu czyni Ich w pełni szczęśliwymi. Jest to dla nas, osób stworzonych, niedościgły model całkowitego poświęcenia się dla szczęścia innych – dla takiego szczęścia, które zarazem w pełni uszczęśliwia tego, kto daje siebie całego z miłości. Jest on niedościgły dlatego, że na ziemi nie znajdujemy nigdy pełnego szczęścia. Może być ono wielkie w chwili ekstazy, w której Bóg objawia nam częściowo siebie i swoją miłość, a w relacji z bliźnimi – gdy „jesteśmy cali w skowronkach” na widok radości tej osoby, której mogliśmy tę radość sprawić. Osoba kochana uszczęśliwia osobę kochającą już chociażby przez sam fakt uznawania siebie za uszczęśliwioną przez nią oraz przez okazanie jej za to wdzięczności. To samo możemy odnieść do naszego sakramentalnego zjednoczenia z Jezusem oraz do dziękczynienia po Komunii świętej. Gdy nasz Pan widzi nas szczęśliwymi, sam jest z tego powodu szczęśliwy. A co z miłowaniem ludzi sobie nieznanych, a nawet wrogich? Czy może ono być źródłem szczęścia? Gdy z naszej strony będzie wszystko co możliwe – ofiarowanie za nich Bogu życia, ofiara całopalna, zaś z ich strony nic, co by nas uszczęśliwiało – tym lepiej. Czystsza i bardziej bezinteresowna będzie nasza ofiara, a jeśli nawet trudniejsza, to w wyższym stopniu zgodna z wolą Bożą, przynosząca Bogu większą chwałę, a nam – większe szczęście w Krainie Wiecznej Miłości. Dopiero tam poznamy szczęście uratowanych przez naszą ofiarę, a więc naszych najlepszych niebiańskich przyjaciół, a to ich szczęście stanie się naszym udziałem. Zapewnia nas o tym Pan Jezus w swojej nauce o sądzie, na którym staną wszyscy ludzie, oraz o jego następstwach. Ze zdumieniem i radością poznamy wtedy obecność Jezusa pod postacią bliźnich, którym pomogliśmy w ich ziemskich kłopotach i potrzebach, a także obecnego w tych, wobec których spełniliśmy rolę rybaków dusz, wcale ich nie znając. Okazaliśmy im miłość miłosierną, którą tak bardzo ceni sobie Bóg. Miłość miłosierna może być źródłem naszego szczęścia na ziemi także wtedy, gdy związane z nią poświęcenie, trud czy cierpienie pozostają niezauważone, a nawet wzgardzone przez drugą stronę. Gdy włożyłem spory wysiłek w to, by uratować małe zagrożone zwierzątko, czuję satysfakcję, gdy zwracam się wtedy do Boga-Stwórcy i wielbię Go w tym stworzonku. Bóg poruszył moje serce, by wzruszyło się losem tego stworzenia i nakłoniło mnie do działania. Czy nie podobnie będzie z ludźmi, których wieczne szczęście jest zagrożone, a inni ludzie – wśród nich właśnie ja – mogą ich uratować? Czy taka akcja ratunkowa nie ma miejsca w wielu domach i środowiskach, w których osoby zniewolone przez złe duchy są ratowane (nieraz całymi latami, wśród wielu udręk, cierpień i zagrożeń) przez kogoś z ich otoczenia? Jakie to trudne, gdy ci ratujący napotykają na opór, niechęć, a nawet wrogość! Złe duchy chcą ich zniechęcić do tej walki, by zagarnąć swoją ofiarę. Dlaczego o tym piszę? Myślę przede wszystkim o dalej omówionej (zob. dzień 3) „Iskrze z Polski”: aby tak naprawdę nie tylko sama rozbłysła, ale zapaliła innych, jak największą ich liczbę – musi stanowić duchową wspólnotę ludzi miłosiernych, głęboko przejętych wiecznym losem miliardów ludzi zagrożonych. Jeśli cały glob ziemski bierzemy w swoje ramiona, aby wyrwać go piekłu i przywrócić Bogu, mamy to czynić we właściwy sposób. A więc nie jak uczeń, któremu polecono schować po lekcji globus do szafy, ani nie jak matka, zaskoczona nagłą wieścią o tym, że jej dziecko zostało po porodzie zamienione z innym, które jej oddano. My mamy być dla naszej biednej ziemi jak ta dobra mama, która tuli swoje dziecko do piersi, karmiąc je własnym mlekiem. A może nawet jak ta karmicielka, która z miłością tuli dziecko tak zniekształcone przez różne wady genetyczne, że trudno rozpoznać jego rysy, znaleźć jego usta. Czyż nie taki właśnie jest współczesny świat, coraz dalej odchodzący od Boga, a tym samym zwracający się ku mocom ciemności? Czciłam szatana, a on mi pomagał w niektórych sprawach – powiedziała pewna dziewczyna – więc jak mógłby być dla mnie potem niedobry, miałby dręczyć mnie w zaświatach?! O naiwna! Wybrała sobie za pana wielkiego oszusta, a gdy znajdzie się w jego nienawistnych rękach, będzie już za późno. O tym jakże bliskim nieszczęściu sług szatana – całkowitym, wiecznym, nieodwracalnym – powinny myśleć dusze-ofiary, zjednoczone z Najświętszą Ofiarą – Odkupicielem. On to na Golgocie wołał: „Pragnę!” Pragnę dusz! To samo wołanie było w zbolałym sercu Maryi, współofiarującym się z sercem Syna, i trwa do dzisiaj, potwierdzone Jej łzami, spływającymi z tylu Jej figur i obrazów. W swoim bólu przyszła w 1917 roku, roku straszliwej rewolucji w Rosji, by szukać na ziemi pocieszycieli, i stale przychodzi. W Fatimie zastosowała wtedy jakże mądrą, ale i drastyczną pedagogię: pokazała pastuszkom piekło, czyniąc w ten sposób z rozbawionych dzieci dojrzałych duchowo rybaków dusz, zadziwiających dorosłych duchem modlitwy i pokuty. Aby nasze apostolstwo przeniknięte było duchem miłosierdzia, przytoczę tu opis piekła, w którym bywała moja znajoma zakonnica, dusza całkowicie ukryta przed światem. „Będąc w kaplicy na modlitwie, usłyszałam huk wielki oraz potrząsanie brzęczącymi łańcuchami. Ściemniło się bardzo, gdy otoczyło mnie wielu złych osobników. Chciałam wołać, ale zabrakło mi tchu, pociągnięto mnie, przewrócono i zepchnięto w przepaść ognia. Zewsząd wrzaski straszliwe, plugawe, bluźniercze, smród rozkładających się trupów. Wepchnięto mnie jakby w żelazną szafę i zaciskano coraz bezwzględniej drzwi. Ta płonąca metalowa szafa wpijała się we mnie, powodując ogromny ból. Każdy nerw jęczał we mnie innym bólem, którego nie da się opisać ani nazwać. Widziałam morze grzechów, w tym swoje własne, które ciągnęły za sobą inne grzechy, jak łańcuch wężów. Ogarnęła mnie rozpacz z powodu zmarnowanego życia, powołania, wielkich darów Bożych. Wokół mnie wciąż wzrastał tłum potępieńców, którzy z uciechą piekielną szydzili ze mnie, nazywali świętą Bożą, której koniec w rynsztokach piekła. Ich śmiech, wyszydzanie wszelkich łask, bluźnierstwa przeciw Niepokalanej i Świętym, powodowały w mej duszy nieustanne konanie. Ze wszystkich sił duszy pragnęłam wołać choć jeden raz Jezusa, lecz mój język był martwy, a gardło płonęło ogniem. Ku memu niesamowitemu przerażeniu rozpoznawałam dusze znajomych. Widziałam dusze wezwane do wielkiej świętości, przeżarte grzechem pychy, który spływał po nich jak ciecz obrzydliwych plwocin. Ogień był mym oddechem, widzeniem, dotykiem – parzył, palił, spopielał całe moje jestestwo, a jednak nie pozbawiał życia. Gorzał, podsycany wciąż na nowo jakąś mocą piekielną. Dla mnie w tym bólu niewypowiedzianym mijały wieki i ku memu wielkiemu przerażeniu nie kończyły piekła. Ono trwało (!), potęgując nasilenie cierpienia okrutnego, bezlitosnego, które było skutkiem grzechu. Wiedziałam, że końca nie będzie, a to powodowało moją rozpacz – wielką, bezbrzeżną, jakby rozciągającą się w wieczność. Obok, w niszach ognia cierpieli ludzie, którzy oskarżali się wzajemnie o ohydę różnorodnych grzechów, zwłaszcza o rozwiązłość i wynaturzenia zmysłowe. Wyli nieustannie, powodując drżenie dokoła i jakiś złowrogi śmiech, jakby zachłystywali się wódką ognia i siarki. Grzechy wyuzdania nieczystego wykrzykiwali tak wulgarnie, że moja dusza konała w tych obrzydliwościach. Kobiety pokazywały bezwstydnie swe łona pełne robactwa i żmij oraz wykrzykiwały, ile uśmierciły dzieci. Ich cierpienia były tak przerażające, że zamknęłam oczy, by nie patrzeć. Lecz w tym miejscu nie można było doznać najmniejszej ulgi: oczy wszystko widziały, uszy słyszały, ciało przenikał wciąż nowy w swej przewrotności cios i bicz boleści. Wyrwano mnie z wielką siłą i zaczęto traktować różnymi narzędziami tortur. Wtem jakiś głos, mocny jak grom, krzyknął: dosyć! Obolała, przeniknięta do najmniejszej cząstki bólem, goryczą i przerażeniem zostałam wypchnięta i przeniesiona z powrotem do kaplicy. Ociekałam potem i łzami, a duszę powoli, łagodnie ogarniał pokój. Uświadamiając sobie bardzo powoli, że żyję nadal, że mam szansę miłowania, zaczęłam wypowiadać z uwielbieniem Imię Jezus. Spojrzałam na monstrancję i znajdując w niej Jezusa, a w Nim nadzieję nowego życia, usłyszałam słowa: «Córko moja, swoje cierpienia złącz z moją Męką, ona trwa nadal w mistycznym wymiarze zbawiania świata. Pragnę ocalić ten świat, zaślepiany i uprowadzany podstępnie, przy złudnej muzyce, ku zatraceniu. Piekło wylega i spieszy się, bo wie, że czas ma ograniczony. Ja, Bóg wasz w Trójcy Świętej, w swym Ojcowskim zamyśle pragnę i dokonam tego: ocalenia, oczyszczenia, uświęcenia dzieci moich. Wychodzę naprzeciw, otwieram ocean niepojęty Miłosierdzia mego i przez Ranę Najświętszego Serca mego Boskiego Syna, Chrystusa, wyprowadzam z hojnością zdroje nieogarnione Boskiej Wody i Krwi. Przyjęte z wiarą, obmyją one i oczyszczą ziemię z ciemności. […] Będę błogosławił krokom waszym i zapewniam, że będę szedł razem z wami, by ocalić moje zagubione dzieci, zmierzające bezwolnie ku zatraceniu wiecznemu. Biada tym, którzy nie usłyszą wołania Miłości i nie przyjmą światła Prawdy. Ich los spoczywa w ich rękach, zależy od ich wolnej woli. Spieszcie się, biegnijcie z miłością. Jest to czas błogosławiony niesłychanego Miłosierdzia. Całe Niebo gotowe jest do współpracy z wami. Zawiązujcie więzy bratniej miłości! Łączcie się w odnowionym wymiarze miłości poprzez Najświętszą Wodę i Krew – cenę waszego zbawienia. Błogosławię waszemu wyjściu z ran egoizmu ludzkiego i towarzyszę wam wszystkim, idącym z miłością do bliźnich, Imieniem Majestatu Trójcy Świętej: Ojca, Syna i Ducha Świętego»”.

Pobierz całość: Now-WSK-nw-2017 (kliknij)

Zjednoczenie dusz-ofiar
Ks. Adam Skwarczyński  – O RUCHU

W Wielki Piątek 1994 roku powstało w Polsce „Zjednoczenie Dusz – Ofiar”
Założył je ks. Adam Skwarczyński po długich rekolekcjach w „Ognisku Miłości” Marty Robin we Francji. „Zjednoczenie Dusz-Ofiar” opiera się na duchowej więzi tych, którzy: 

  • przeżyją specjalną nowennę modlitw i rozmyślań nad tajemnicą cierpienia, 
  • złożą Bogu ofiarę z samych siebie, gotowi nieść swój krzyż za zbawienie bliźnich (najpierw przez miesiąc, potem przez rok, wreszcie – do końca życia), 
  • zgłoszą chęć przynależności na adres założyciela. 

Zgłaszający się otrzymają pocztą „podręcznik”, a potem będą otrzymywać okresowo listy okólne z rozważaniami. Godzina 15 każdego dnia jest momentem duchowej łączności „Zjednoczenia”, a Wielki Piątek każdego roku – dniem ponowienia aktu ofiarowania. Najlepszą pokutą za własne grzechy jest pokuta za bliźnich, ta zaś najdoskonalszy swój wyraz znajduje w posłuszeństwie Bogu, wyrażającym się w niesieniu krzyża. Ponieważ nie tylko chorzy, lecz i zdrowi zostali zobowiązani przez Chrystusa do niesienia codziennego krzyża, a istotą krzyża jest gotowość na cierpienie za innych, wszyscy możemy stać się członkami „Zjednoczenia Dusz-Ofiar”. 

Możliwe, że od naszego krzyża zależy zbawienie wielu ludzi, a od jego niezrozumienia i zlekceważenia – ich potępienie, o czym poucza nas Matka Boża w Fatimie, jak też papieże: Pius XII w encyklice Mystici Corporis oraz Jan Paweł II w Liście apostolskim Salvifici Doloris.
Więcej: http://www.voxdomini.com.pl/ruchy/zdo.html

Reklamy