Świadectwo Czytelniczki Magdaleny opisane w książce „Jak weszłam w NLP, hipnozę, coaching”.

Pani Magdalena jest naszą Czytelniczką, aktywnie komentującą i przygotowującą się z nami do Aktu  „Oddania się w niewolę miłości Jezusowi Chrystusowi przez Maryję. Magda przysłała do nas fragment książki, który zamieszczamy jako zachętę do jej przeczytania.

W książce autorka szczerze i otwarcie opowiada o swoim życiu. Było w nim miejsce dla fascynacji podświadomością, jak neurolingwistyczne programowanie (NLP) czy coaching, ezoteryzmu, magii, kart tarota, talizmanów. Jedyne, czego zabrakło w jej życiu, to żywa wiara w Boga. W pewnym momencie w życiu Magdy zawiązuje się węzeł, którego ona sama nie jest już w stanie rozwiązać. W swej bezradności zanosi się od płaczu. Natomiast szatan coraz bardziej się spieszy?

Z opisu wydawcy:
Na (?) szkoleniu było dużo NLP i jeszcze więcej hipnozy. Prowadzący wprowadzał nas w trans, sugerując naszej podświadomości, aby zarabiała dla nas pieniądze. Nie widziałam w tym zagrożenia. Jednak prawda kazała się zupełnie inna. Na mnie hipnoza podziałała bardzo negatywnie. Po wyjściu z transu byłam zniesmaczona. Zdałam sobie sprawę, że istnieje inny świat niż ten, w którym żyję?

Fragment książki pt. „Jak weszłam w NLP, hipnozę, coaching”

POŚPIECH SZATANA

Przez następne parę dni każdego wieczora wyjmowałam swoją czarną świecę, zapalałam ją i odprawiałam magiczny rytuał. W ciągu ostatnich tygodni od dnia, kiedy rozmawiałam z Arkiem, rytuały odprawiałam nadzwyczaj często. Nie wiedziałam, dlaczego tak się spieszyłam. Zupełnie nie mogłam tego zrozumieć. Moje postępowanie w ogóle nie mieściło mi się w głowie. Robiłam to jakby mechanicznie. Szczerze mówiąc, nic sobie takiego wielkiego nie myślałam, oprócz zdobycia skądś pieniędzy.
Kiedy kładłam się spać, gasiłam światło. W pokoju panowała zawsze ta sama ciemność. Ale nagle na ścianie zaczęły pojawiać się oczy przypominające ślepia kota. Takie zielone, świecące. Bardzo mnie to ciekawiło. Chciałam ich dotknąć. Jednak za każdym razem, kiedy podchodziłam do ściany, próbując pochwycić te oczy dłonią – one znikały. Na początku pojawiały się 2, może 3 pary oczu. Nic się nie działo. Patrzyliśmy na siebie. Czułam jedynie, że to nie jest coś dobrego. Trudno jest mi opisać, z jaką satysfakcją dotykałam ściany, chcąc coś poczuć. Po jakimś czasie zaczęło pojawiać się wiele par oczu, aż do chwili, kiedy cała ściana była zapełniona zielonymi świecącymi złowrogo ślepiami. One nigdy nie mrugały. Zawsze świeciły. W pokoju wciąż była ta sama ciemność – oczy nie dawały w ogóle światła. Przestałam mieć jakiekolwiek sny. Bardzo mało spalam. Mogę rzec, że noce były bezsenne. Przewracałam się z boku na bok, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Kiedy się nudziłam, odmawiałam swoje bezsensowne „modlitwy”. Córka spokojnie spała obok mnie. Każdego ranka wstawałam coraz bardziej zmęczona i zapłakana. Nic mnie nie cieszyło. Nawet nie wiedziałam, dlaczego płaczę. Denerwowało mnie to. Czyżby moja dusza płakała z tęsknoty za Panem? Nie wiem. Wtedy bardzo daleko odeszłam od Boga, od Kościoła. Na samą myśl o Mszy Świętej robiło mi się niedobrze. Miałam niepohamowaną agresję do osób, które przy mnie coś na ten temat mówiły. Dość długi czas obcowałam z kocimi oczami, każdego wieczora pragnęłam ich dotknąć. Nigdy mi się to nie udało. Któregoś dnia usiadłam jak zawsze przy komputerze. Nagle zobaczyłam, że coś jest rozsypane wokół mojego miejsca pracy. Coś białego, jakby proszek. Było wszędzie. Tak mnie to rozwścieczyło, że zaczęłam okropnie krzyczeć i przeklinać. Bo kto się ważył brudzić moje miejsce pracy? Myślałam, że to cukier, że ktoś niechcący go rozsypał. Polizałam palec i spróbowałam. Zlizałam z palca całą zawartość, jaką udało mi się wziąć. fuj! To była sól! Dalej już nie pamiętam, co się działo. Poniżej opisuję to, czego dowiedziałam się od świadków tego wydarzenia. Moja siostra doskonale wiedziała, w co się wpakowałam. Modliła się za mnie. Poszła nawet do egzorcysty poprosić go o radę. Ten dał jej sól egzorcyzmowaną, którą dosypała do solniczek w domu, a także rozsypała wokół komputera. Prawdopodobnie tak bardzo wrzeszczałam i przeklinałam, żeby jak najszybciej usunąć tę sól, że moja siostra ze strachu zamknęła się w pokoju. I jeszcze polizałam egzorcyzmowaną sól! Uspokoiłam się dopiero wtedy, jak już wszystko posprzątałam. Byłam zupełnie nieświadoma tego, że codziennie używałam soli egzorcyzmowanej. Przecież soliłam kanapki, zupę… Po prostu używałam jej w kuchni na co dzień. A więc dlatego tak bardzo źle się czułam, bo karmiłam diabła solą egzorcyzmowaną! Wciąż byłam zmęczona, niewyspana, smutna, płaczliwa. W nocy zasypiałam już ze zmęczenia, ale coś nagle zaczynało mnie dusić, zmuszając do przerwania snu. Nigdy się przy tym nie bałam. Byłam po prostu tym udręczona. Im bardziej źle się czułam, tym bardziej „modliłam się” tymi swoimi modlitwami. Im goręcej się ,,modliłam”, tym jeszcze gorzej się czułam. I tak w kółko. Myślałam, że oszaleję! Zaczęłam łapać się na tym, że jak odmawiałam zaklęcia, w słowa wpadała mi modlitwa „Pod Twoją obronę”. To był jakiś dziwny trans, bo tę maryjną modlitwę odmawiałam przez jakieś 20 minut non stop. Sama nie wiedziałam, dlaczego. I w ogóle nie wiedziałam, jak to było możliwe, że ta modlitwa tak nagle wypływała z moich ust. Nie pamiętałam też, kiedy ją zaczynałam mówić. Ale kiedy już się orientowałam, przerywałam ją, sięgałam po tybetański „różaniec” i odmawiałam zaklęcia od początku. Najgorsze byty noce. Kocie oczy na ścianie – było ich potwornie dużo. Już cała ściana była nimi zapełniona. I ten bezsens życiowy. Byłam tak ogłupiała, że praktycznie samodzielnie już nie myślałam. Ciągle tylko mantrowałam zaklęcia. W tych zaklęciach doszłam już tak daleko, że nie potrzebowałam ściągawki, bo wszystkie dziwne słowa znałam na pamięć niczym „Ojcze nasz”. Pewnej nocy nie mogłam już spać. Czułam się skończona. Nie chciało mi się żyć. Nie myślałam o niczym. Pamiętam tę noc doskonale. Chyba nigdy jej nie zapomnę. Siedziałam na łóżku i gapiłam się w ciemność. Kocie oczy już mnie nie fascynowały. Zresztą było ich tak dużo, że nawet się zlewały. Nie chciało mi się do nich podchodzić i ich dotykać. Nudziły mnie. Nagle usłyszałam, jak moja siostra wchodzi do łazienki. Też nie spała. Jednak zaraz przyszła do mnie do pokoju i powiedziała:
– W łazience jest duży karaluch. Brzydzę się go i boję. Zrobisz coś z tym?
Wiedziałam, że siostra boi się robactwa. I tak nie spałam, więc z pewnym odrętwieniem i tępym umysłem wstałam z łóżka i poszłam do łazienki z myślą, że zabiję karalucha i w końcu położę się spać. Karaluch okazał się wielki. Wzięło mnie obrzydzenie. Ale oprócz wielkości nie zrobił na mnie żadnego wrażenia. Wzięłam kapcia, zamachnęłam się i porządnie go trzepnęłam. Trup na miejscu. Zaraz wzięłam kawałek papieru toaletowego, podniosłam go i spłukałam w ubikacji. Ponownie położyłam się do łóżka z myślą, że może uda mi się usnąć. Niestety, to było tylko moje marzenie. Kręciłam się z boku na bok, przełykając co chwilę ślinę, bo ciągle mi się wydawało, że coś dusi mnie w gardle. Po niedługim czasie moja siostra zdążyła już wyjść z łazienki i ponownie przyszła do mnie do pokoju.
– Śpisz? – zapytała.
– Nie – odwróciłam się do niej, bo usiadła na łóżku.
– 
Mam dla ciebie wiadomość od Jezusa – natychmiast usiadłam. – Wokół ciebie kręci się stado diabłów. Musisz wyrzucić wszystko, co związane jest z magią: książki, karty tarota, talizmany. Wszystko. Jeśli tego nie zrobisz, to ja będę musiała zerwać z tobą wszelkie kontakty, żeby ratować moją rodzinę.
– 
Weź mnie nie strasz!
– Nie straszę cię. Mówię ci tylko, żebyś się zastanowiła, po której chcesz być stronie. Ja ci pomogę pozbyć się tego wszystkiego, ale musisz wybierać. Teraz już idź spać.
Siostra wyszła z pokoju, a ja byłam przerażona. Nic nie rozumiałam. Ale stało się coś dziwnego: Ktoś się o mnie upomniał. Ktoś dobry. Po tej krótkiej rozmowie w końcu usnęłam. Tej nocy nic mnie nie budziło. Mój sen został ukojony. Nic mnie nie dusiło. I co najważniejsze: poczułam się chciana! Nareszcie poczułam, że Ktoś w końcu jest mną zainteresowany, że chce mnie mieć. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to Bóg się o mnie upomniał, że to sam Jezus chce, abym była cała Jego. Ktoś chce mojej miłości, moich uczuć, mojego szczęścia. Z przerażeniem i jednocześnie z błogością i radością w sercu spokojnie zasnęłam. Rano obudziłam się stosunkowo spokojna i nareszcie wyspana. Zapomniałam o swojej firmie, o szkoleniach, o całym tym beznadziejnym NLP. Teraz miałam tylko jedną motywację – pozbyć się wszystkiego, co zagrażało • mojemu życiu. W nocy wydarzyło się coś niesamowitego: została wlana  w moje serce nadzieja, jakiej nikt nigdy nie zdoła opisać, bo nie jest to możliwe. Od tego momentu wiedziałam, że chcę za tym podążać. Chcę mieć tę nadzieję już do końca życia  w moim sercu, w moim umyśle. Dokładnie nie wiedziałam, ile tego świństwa mam  i czego dokładnie mam się pozbyć. Moja siostra wymieniała te okropne rzeczy, a ja szukałam po szafkach i znajdowałam je. Karty tarota, książki o magii, kamienie, talizmany, pierścienie, płyty CD i DVD. Zobaczyłam, ile tego mam, ile na to wydałam pieniędzy. Nie mogłam uwierzyć, jak bardzo zostałam oszukana. Parę tygodni później natrafiłam na fragment z Biblii: I wielu też z tych, co uprawiali magię, poznosiło księgi i paliło je wobec wszystkich. Wartość ich obliczono na pięćdziesiąt tysięcy denarów w srebrze (Dz 19, 19). Jakże prawdziwe było to, co zobaczyłam, kiedy sama poznosiłam swoje księgi i całą resztę piekielnych bzdur. Przez następne pół roku ciągle coś znajdowałam i od razu wyrzucałam do rzeki to, co nie dawało się spalić. Pamiętam, jak niszczyłam karty karota. W ogóle nie chciały się zająć. To był dla mnie jakiś koszmar, wiele czasu musiałam poświęcić, żeby je spalić. Karty wrzucałam do ognia i kiedy myślałam, że wszystko spłonęło, moja siostra patykiem rozgarnęła popiół i pokazała mi, że na dnie karty w ogóle nie zostały naruszone. Nie mogłam w to uwierzyć. Przecież widziałam, jak się paliły, a za chwilę trzymałam je niestrawione przez ogień. Jak to możliwe? Paliłam każdą z osobna. Jedną po drugiej.
– 
Teraz już wiesz, z kim masz do czynienia? – powiedziała moja siostra.
Wiedziałam, ale do końca nie zdawałam sobie sprawy. To, co wyrabiał ze mną Szatan, dopiero miało nadejść. Następnego dnia przygotowałam sobie pudło książek i przez kolejny tydzień paliłam je. Z książkami poszło mi trochę łatwiej. Przynajmniej chciały się palić. Ale gdy płonęły, okropnie piszczały i huczały. Kiedy pozbyłam się wszystkiego, co miałam pod ręką i co poznajdywałam w szafkach, ulżyło mi. Po tej czystce przyszedł moment, kiedy poczułam chęć pójścia do kościoła. Do świątyni, w której zostałam ochrzczona, poszłam pierwszy raz po 11 latach. To był mały kościółek pod wezwaniem Matki Bożej Nieustającej Pomocy. O tak, Matka Boża nieustannie pomagała mi przez całe moje życie, nawet wtedy, kiedy byłam totalnie zagubiona i odeszłam od Boga. Ona pomagała mi także teraz, kiedy jak syn marnotrawny znowu wróciłam na łono Kościoła. Podczas Mszy Świętej bardzo źle się czułam. Ciągle się rozglądałam. Cały czas wydawało mi się, że między ludźmi są jakieś zjawy. Gdzie odwróciłam wzrok, myśląc, że właśnie coś zobaczyłam, za każdym razem to coś znikało. Wydawało mi się, że ktoś bawi się ze mną w kotka i myszkę. Nie mogłam skupić się na modlitwie. Właściwie z tej Mszy nic nie pamiętam oprócz znikających i znów pojawiających się zjaw. Ale był moment pójścia do Komunii. Każdy z bliskich, z którymi byłam na Mszy, poszedł przyjąć Pana Jezusa. Tylko ja nie poszłam. Moja córka płakała i prosiła mnie:
– Mamusiu, dlaczego nie idziesz do Komunii? Idź, no idź!
Nie było mnie na nic innego stać, jak tylko pokiwać jej głową, że nie mogę pójść. Z emocji nie byłam w stanie wydobyć z siebie głosu. Nie wiedziałam, co jej powiedzieć. Połykałam łzy i walczyłam, żeby się nie rozpłakać. Nie wytrzymałam. Rozpłakałam się i zaraz schowałam twarz w ciało mojego dziecka. Wstydziłam się. Było mi bardzo ciężko. Gdyby nie Msza, to pewnie z żalu rozryczałabym się na cały głos. Później, kiedy po Mszy wróciliśmy do domu, dostałam amnezji. Nie pamiętałam, co dalej działo się w tym dniu. Parę dni później znów postanowiłam odwiedzić kościół. Tak po prostu chciałam tam pójść. Wzięłam ze sobą córkę. Spokojnie przeszłam próg kościoła. Było cicho. Tak fajnie cicho. Prawie nikogo nie było oprócz 2 staruszek, które szeptem odmawiały różaniec. Usiadłam na chwilkę. Porozglądałam się. Nawet się nie modliłam. Nie wiedziałam jak. Czułam się, jakbym dopiero poznawała praktyki religijne. Kiedy wstałam z myślą, że wrócę już do domu, bo czas coś zjeść, usłyszałam głos:
– 
Idź do spowiedzi.
Ojej ! Znowu głos w mojej głowie. Czy ja już zwariowałam? Ale ten głos był inny. Przyjemny. Stanowczy. Bardzo przyjazny, ale nalegający. Iście anielski głos. Po latach wspominam go i wiem, że to byt mój Anioł Stróż. On jeszcze nieraz pomógł mi na drodze mojego nawrócenia. Prędko wróciłam do domu i jeszcze w drzwiach oznajmiłam mojej siostrze:
– 
Muszę iść do spowiedzi.
– 
Dobra, później zadzwonię do księdza i cię umówię.
– 
Nie, nie później! Teraz!
Moja siostra gdzieś wychodziła i nie potraktowała tej sprawy priorytetowo.
– 
Zrób to teraz! – powtórzyłam i wyczekiwałam. Widziała we mnie determinację. Wyciągnęła swoją komórkę. Wysłała SMS-a i zanim ubrała się do wyjścia, dostała odpowiedź.
– Masz być jutro na Karmelu o godzinie 15.00. Cały sztab ludzi z mojego kręgu Domowego Kościoła będzie się za ciebie modlić, żebyś dojechała na miejsce.

PIERWSZE SPOTKANIE Z EGZORCYSTĄ

Następnego dnia bez problemu dojechałam do egzorcysty. Weszłam na furtę, podniosłam słuchawkę i wykręciłam numer, który siostra zapisała mi na kartce. Numer był dwucyfrowy, ale w ogóle nie mogłam go zapamiętać, dlatego wzięłam ze sobą kartkę. Wcześniej siostra powiedziała mi, gdzie jest furta. Nie miałam problemów ze znalezieniem jej.
Po 2 sygnałach odebrał męski głos:
– 
Słucham?
– – Mówi Magda, byłam z ojcem umówiona na godzinę 15.00.
– 
Wejdź przez kościół. Przejdź koło obrazu Jezusa Miłosiernego.
Pod wpływem tych słów wstąpiła we mnie wściekłość….

Nadesłała: Autorka – Magdalena Szczecina
– katoliczka, szczęśliwa żona, mama dwójki dzieci, związana ze wspólnotą III Zakonu Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel w Przemyślu. Zaangażowana w działania pro-life. Życiowe motto: „Szkaplerz noś, na różańcu proś” – kliknij

Reklamy
Opublikowano Zagrożenia duchowe | Otagowano , , , , , , | 2 Komentarze

Odnowienie Jubileuszowego Aktu Przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana

Tak było rok temu: Akt Przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana

 Pierwsza rocznica proklamacji Jubileuszowego
Aktu Przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana

Opublikowano Aktualności | Otagowano | 57 Komentarzy

19 listopada: rocznica śmierci ks. Dolindo. Pomódlmy się modlitwą „Jezu, Ty się tym zajmij” oraz różańcem św.

Pomódlmy się dzisiaj modlitwą „Jezu, Ty się tym zajmij” oraz Różańcem świętym, którego Sługa Boży ks. Ruotolo Dolindo nigdy nie wypuszczał z rąk!

Ksiądz Dolindo Ruotolo urodził się 6 października 1882 w Neapolu, a zmarł 19 listopada 1970 również w Neapolu. Został ogłoszony przez Kościół katolicki Sługą Bożym i trwa jego proces beatyfikacyjny. Ks. Dolindo cieszył się on wielkim szacunkiem św. Ojca Pio.

Kiedy do ojca Pio przychodziły tłumy, mówił: – Idźcie lepiej do ks. Dolindo! A o. Dolindo wręczał im „Akt całkowitego oddania Jezusowi”. „Nie kombinuj nic, tylko módl się tak, jak Jezus prosi” – dodawał.

Dziś, 19 listopada obchodzimy 47-mą rocznicę śmierci ks. Dolindo i dziś zapraszamy Was do wspólnej modlitwy „Jezu, Ty się tym zajmij” a my w dniu 19 lipca (data 19-tego jak widać nieprzypadkowa) podczas II pielgrzymki czytelników „wobroniewiary” ( kliknij )  pomodlimy się za wszystkich Czytelników, którzy tego chcą i którzy pragną jego wstawiennictwa w naszych codziennych sprawach i troskach. I złożymy wasze intencje u grobu ks. Dolindo.  

„Kiedy tu przyjdziesz, zapukaj, nawet zza grobu odpowiem: ufaj Bogu!” – czyta mi Grazia Ruotolo, krewna sługi Bożego. – To z testamentu wuja. Nikomu za życia nie odmawiał. Enrico Medi, naukowiec, słuchał kazań ks. Dolindo na kolanach! Wielu trafiało tu z San Giovanni Rotondo. Ojciec Pio ich wyrzucał: „Po co tu przyjeżdżacie!? Macie w Neapolu świętego kapłana, do niego idźcie!” – śmieje się elegancka, starsza już Włoszka. – Ludzie rozchwytywali jego książki, a setki osób wracały do Kościoła, nawet mafiozi”.

Ks. Ruotolo twierdzi, że to słowa, jakie w duszy, w ciszy, przed Najświętszym Sakramentem dyktuje mu sam Jezus. W jaki sposób Chrystus nawiedza tego kapłana – nie wiadomo. Po bolesnych doświadczeniach ze Świętym Oficjum ks. Dolindo nie dzieli się tym z nikim. W jego autobiografii pojawia się nagle taka nota: „Oto słowa dla ludzkości, słowa, które prosił przekazać mi Jezus. Były mi pomocą w każdym cierpieniu”. Ks. Ruotolo nie przypuszcza, że po pół wieku obiegną świat, a w dobie internetu będą linkowane przez setki tysięcy.

Pomódlmy się dzisiaj razem modlitwą, którą księdzu Dolindo podyktował sam Pan Jezus. 

Akt oddania (przeciw niepokojom i zmartwieniom)

           Dlaczego zamartwiacie się i niepokoicie? Zostawcie Mi troskę o wasze sprawy, a wszystko się uspokoi. Zaprawdę powiadam wam, że każdy akt prawdziwego, ślepego i całkowitego oddania się Mnie rozwiązuje trudne sytuacje.

       Oddanie się Mnie nie oznacza zadręczania się, wzburzenia, rozpaczania, a później kierowania do Mnie modlitwy pełnej niepokoju, abym podążał za wami. Oddanie się oznacza zamianę niepokoju na modlitwę. Oddanie się oznacza spokojne zamknięcie oczu duszy, odwrócenie myśli od udręki i poddanie się Mnie, bo tylko dzięki Mnie poczujecie się jak dziecko uśpione w objęciach matki, gdy pozwolicie, abym mógł przenieść was na drugi brzeg.

       Mnie oddajcie to co wami wstrząsa, co was boli bezgranicznie – te wasze wątpliwości, wasze przemyślenia, wasze niepokoje i chęć powzięcia odpowiednich kroków za wszelką cenę, aby zapobiec temu co was trapi. Czegóż nie dokonuję, gdy dusza, tak w potrzebach duchowych jak i materialnych, zwraca się do Mnie, patrzy na Mnie mówiąc: „TY SIĘ TYM ZAJMIJ”, a przy tym zamyka oczy i uspokaja się!

       Dostajecie niewiele łask, kiedy się męczycie i dręczycie, aby je otrzymać. Otrzymujecie ich bardzo dużo, kiedy wasza modlitwa jest pełnym oddaniem się Mnie. W cierpieniu prosicie, żebym oddalił je od was, ale w taki sposób, jak wy sobie tego życzycie… Zwracacie się do Mnie, ale chcecie, bym to ja dostosował się do waszych planów. Nie bądźcie jak chorzy, którzy proszą lekarza o kurację, ale sami mu ją podpowiadają.

       Nie postępujcie tak, lecz módlcie się, jak was nauczyłem w modlitwie „Ojcze nasz”: „Święć się imię Twoje” – to znaczy: bądź uwielbiony w tej mojej potrzebie; „Przyjdź Królestwo Twoje” – to znaczy: niech wszystko przyczynia się do chwały Królestwa Twojego w nas i na świecie; „Bądź wola Twoja” – to znaczy: Ty decyduj. Ja wkroczę z całą Moją wszechmocą i rozwiążę najtrudniejsze sytuacje.

       Czy widzisz, że nieszczęścia następują jedne po drugich, że sytuacja wciąż się pogarsza, zamiast się poprawiać? Nie przejmuj się – zamknij oczy i powiedz Mi z ufnością: „Bądź wola Twoja, TY SIĘ TYM ZAJMIJ”. Powiadam ci, że się zatroszczę, że interweniuję jak lekarz, a nawet uczynię cud, jeśli zajdzie taka potrzeba. Dostrzegasz, że stan chorego się pogarsza? Nie przerażaj się, ale zamknij oczy i powiedz: „TY SIĘ TYM ZAJMIJ”. Zapewniam cię, że się o ciebie zatroszczę.

       Sprzeczne z oddaniem się Mnie jest zamartwianie się, niepokój, chęć rozmyślania o konsekwencjach zdarzenia. Przypomina to zamieszanie spowodowane przez dzieci, które domagają się, aby mama troszczyła się o ich potrzeby, a jednocześnie wszystko chcą zrobić samodzielnie, utrudniając swymi pomysłami i kaprysami jej pracę. Zamknijcie oczy i pozwólcie się ponieść nurtowi Mojej Łaski; zamknijcie oczy i pozwólcie Mi działać; zamknijcie i nie myślcie o chwili obecnej, także odwróćcie myśli od przyszłości jako od pokusy.

       Oddajcie się Mnie, uwierzcie w Moją dobroć, a przysięgam wam na Moją Miłość, że kiedy z taką ufnością powiecie: „TY SIĘ TYM ZAJMIJ”, Ja w pełni wezmę to na siebie, pocieszę was, wyzwolę i poprowadzę. A gdy zmuszony jestem poprowadzić was drogą odmienną od tej, jaką widzielibyście dla siebie, wówczas pouczam was, noszę w Moich ramionach, bo nie istnieje skuteczniejsze lekarstwo niż interwencja Mojej Miłości. Jednak troszczę się tylko wtedy, kiedy zamkniecie oczy.

       Jesteście bezsenni, wszystko chcecie oceniać, wszystkiego dociec, o wszystkim myśleć, i w ten sposób zawierzacie siłom ludzkim, albo jeszcze gorzej – ludziom, pokładając ufność w ich interwencji. A to właśnie stoi na przeszkodzie Moim słowom i Moim zamiarom.

       O! Jak bardzo pragnę tego waszego całkowitego oddania się Mnie, abym mógł was obdarować, i jakże smucę się widząc, że jesteście niespokojni! Szatan do tego właśnie zmierza: aby was podburzyć, by oddzielić was ode Mnie i od Mojego działania i rzucić na pastwę ludzkich poczynań. Przeto ufajcie tylko Mnie, spocznijcie we Mnie, oddajcie Mi się we wszystkim. Czynię cuda proporcjonalnie do waszego pełnego oddania się Mnie, a nie waszego zaufania do siebie samych. Wylewam na was skarby łask, kiedy znajdujecie się w całkowitym ubóstwie!

       Jeżeli macie swoje zasoby, nawet niewielkie, lub staracie się je posiąść, pozostajecie w naturalnym obszarze, a zatem podążacie za naturalnym biegiem rzeczy, który jest często zakłócany przez szatana. Żaden człowiek rozumujący i rozważający tylko według logiki ludzkiej nie czynił cudów, nawet spośród Świętych.

       Na sposób Boski działa ten, kto odda się Bogu. Kiedy widzisz, że sprawy się komplikują, powiedz z zamkniętymi oczyma duszy: „JEZU, TY SIĘ TYM ZAJMIJ!”. I odwróć swoją uwagę w inną stronę, bo dociekliwość twego umysłu utrudnia ci dostrzeżenie zła. Zawierzaj Mi często, nie skupiając uwagi na samym sobie. Czyń tak we wszystkich swoich potrzebach. Czyńcie tak wszyscy, a zobaczycie wielkie, nieustanne i ciche cuda. To wam poprzysięgam na Moją miłość. Zapewniam was, że Ja się o was zatroszczę.

       Módlcie się zawsze z tą gotowością do oddania się Mnie, a zawsze będziecie odczuwać wielki pokój ducha i osiągać znaczne korzyści, również wtedy, gdy udzielam wam łaski ofiary, zadośćuczynienia i miłości, która nakłada na was cierpienie.

       Wydaje ci się to niemożliwe? A zatem zamknij oczy i powiedz całą swoją duszą: „JEZU, TY SIĘ TYM ZAJMIJ!”. Nie lękaj się, ja się zatroszczę. A ty błogosławić będziesz Imię Moje, nie dbając o siebie samego. Inne twoje modlitwy nie mają takiej wagi, jak ten akt pełnego ufności oddania się Mnie – zapamiętaj to sobie dobrze. Nie ma skuteczniejszej „nowenny” od tej: „Och Jezu, oddaję się Tobie, troszcz się o mnie Ty”.

Jako dzieci i niewolnicy NMP – nie możemy pominąć drugiej
ważnej modlitwy: Różańca Świętego.

Ksiądz Dolindo „w wielu miejscach mówi, módl się jak dziecko do swojego Taty, czy Mamy w niebie i wtedy zupełnie zmienia się perspektywa”.
– Modlitwa z księdzem Dolindo to modlitwa serca – stwierdziła.
Pytana o to, czy o. Dolindo zostawił receptę na to, w jaki sposób najlepiej modlić się na różańcu, mówiła:
– Ks. Dolindo doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że dla wielu ta modlitwa jest nużąca. Był kapłanem, który był wielkim propagatorem różańca, właściwie nie ma fotografii, na której nie miałby różańca w ręku – opowiadała.
– Mówił tak, jeżeli masz modlić się na różańcu, to wyobraź sobie, że oglądasz taśmę filmową, na której wyświetlają się sceny z życia Jezusa i ten film wprowadza cię w kontemplację życia Jezusa – dodawała.
– Różaniec to jest taki oddech dla człowieka – zaznaczyła. Kliknij

Ale pamiętaj, co mówi pani Joanna: Zawierzenie się Jezusowi nie oznacza,
że nagle wszystko będzie po naszej myśli

Tak, to prawda – Dolindo w dialekcie neapolitańskim oznacza cierpienie…. Ile razy trzeba zamknąć oczy i powiedzieć „Jezu Ty się tym zajmij…” wbrew temu co się wokół nas dzieje: burze życia szaleją, świat przewraca się do góry nogami, wszystko się pali i wali… Aż tu nagle  przychodzi Ten, który jest Panem burz i wichrów, ucisza wiatr na jeziorze… dokonuje cudów
Kliknij

Opublikowano Aktualności | Otagowano , , , | 38 Komentarzy

O. Augustyn Pelanowski – cała rozmowa z filmu Proroctwo

Rozmowa przeprowadzona w lutym 2017 roku
w ramach zbierania materiałów
do filmu „Proroctwo”

Opublikowano Aktualności | Otagowano , | 6 Komentarzy

Ks. Mieczysław Piotrowski: spektakularny cud uzdrowienia sparaliżowanej, niewidomej dziewczynki

(…) Ona urodziła się sparaliżowana, miała rozszczepioną czaszkę, przemieszczony nos, niewidoma, głuchoniema, sparaliżowana, leżała tylko…. rodzice jeździli po lekarzach, przez 3,5 roku szukali pomocy a lekarze mówili, że medycyna jest bezsilna i nic nie można zrobić. Więc tata wziął ją do samolotu i poleciał z nią do Libanu do babci, która miała wielkie nabożeństwo do św. Charbela i postanowiła pojechać z wnuczką samochodem do Annaya, kiedy tam przyjechały, stanęły na parkingu, babcia chciała ja wyjąć z samochodu, odwiązała pasy…. a dziewczynka sama wstała i zaczęła chodzić, a później w nocy zjawił się u niej św. Charbel i położył ręce na jej oczach, nosie, ustach, uszach modląc się o cud, po czym siadł przy niej i rozmawiał z nią w języku syryjskim –  Rano i czaszka nie była już rozszczepiona…

Posłuchaj jak o tym spektakularnym cudzie uzdrowienia za wstawiennictwem św. Charbela sparaliżowanej dziewczynki opowiada ks. Mieczysław Piotrowski, red.naczelny dwumiesięcznika „Miłujcie się!”

Modlitwa z obrazka św. Szarbela

Boże Ojcze Przenajświętszy,
który tak ogromnie ukochałeś człowieka,
że zesłałeś swojego jedynego Syna dla jego zbawienia (Rz 8,32),
i który zesłałeś mu na zawsze swojego Ducha Świętego,
aby objawił mu to wszystko, co musi poznać,
by stać się Twoim przybranym synem
i aby uznał Jezusa za Twojego Jedynego Syna.

Błagam cię o spełnienie mojej prośby…
w imię miłości, którą ślubowałeś człowiekowi
i  którą pragnę ofiarować Tobie
za wstawiennictwem Świętego Szarbela,
którego miłość do Ciebie była niezmierzona.

Albowiem człowiek jest zaproszony, by żyć
jako stworzony na Twój obraz i Twoje podobieństwo (Rdz 1,27).
Jest on przeznaczony do tego by być w Tobie i z Tobą (J 17,21),
by prosić w Twoje imię o wszystko, czego potrzebuje,
bo jedynie Ty jesteś zdolny do dania mu tego (J 16,23),
zwłaszcza jeśli błaga Cię przez wstawiennictwo
twojego ukochanego Świętego Szarbela.  Amen

******

Święty Ojcze Charbelu, który wyrzekłeś się przyjemności światowych i żyłeś w pokorze i ukryciu w samotności eremu, a teraz przebywasz w chwale nieba, wstawiaj się za nami. Rozjaśnij nasze umysły i serca, utwierdź wiarę i wzmocnij wolę. Rozpal w nas miłość Boga i bliźniego.

Pomagaj w wyborze dobra i unikania zła. Broń nas przed wrogami widzialnymi i niewidzialnymi i wspomagaj w naszej codzienności. Za Twoim wstawiennictwem wielu ludzi otrzymało od Boga dar uzdrowienia duszy i ciała, rozwiązania problemów w sytuacjach po ludzku beznadziejnych.

Wejrzyj na nas z miłością, a jeżeli będzie to zgodne z wolą Bożą, uproś nam u Boga łaskę, o którą pokornie prosimy, a przede wszystkim pomagaj nam iść codziennie drogą świętości do życia wiecznego.
Amen.

Opublikowano Pomoc duchowa | Otagowano , , | 29 Komentarzy

Miesięcznik Egzorcysta: Czy Toronto Blessing przynosi owoce Ducha Świętego?

Od kilku lat narasta w Polsce problem wpływu amerykańskich wspólnot charyzmatycznych na wiernych Kościoła katolickiego.

Chodzi tu szczególnie o grupy biorące swój początek w przebudzeniu zwanym Toronto Blessing, które podobno nieprzerwanie trwa do dzisiaj w tym samym miejscu. Na czym to przebudzenie polega?

Toronto Blessing to domniemane wylanie Ducha Świętego na ludzi ze wspólnoty Toronto Airport Christian Fellowship (TACF), wcześniej nazywanej Toronto Airport Vineyard. 20 stycznia 1994 r. podczas kazania pastor Kościoła Zielonoświątkowego, Randy Clark, dał świadectwo o tym, jak „upijał się” Duchem Świętym i miał niekontrolowane napady śmiechu. W odpowiedzi na jego świadectwo zgromadzeni zaczęli się śmiać, warczeć, tańczyć, trząść się, szczekać jak psy, a nawet przewracali się na podłogę niczym sparaliżowani. Doświadczenia te przypisywano Duchowi Świętemu. Pastor John Arnott nazwał to „wielką ucztą Ducha Świętego”. Zjawisku nadano nazwę Toronto Blessing, a TACF przyciągnęła uwagę całego świata.

Wspólnota TACF znana jest z emocjonalnych wybuchów i dziwnych pod kątem psychologicznym zachowań swoich członków. Pastor Arnott zaczął skupiać się niemal wyłącznie na „uczcie Ducha Świętego”. Doświadczenia odgrywały większą rolę niż Pismo Święte. Tego było zbyt wiele nawet dla niezwykle charyzmatycznego Vineyard Movement, który w 1995 r. odciął się od grupy TACF.

Wielu liderów Toronto Blessing twierdzi, że przebudzenie związane z wylaniem Ducha Świętego odbywa się tam nieustannie. Organizują oni nawet wycieczki z całego świata na konferencję Catch The Fire (Złap ogień) za kwotę ok. 100 USD.

Zjawiska nadnaturalne występujące w TACF trudno przypisać działaniu Ducha Świętego. Jak można wytłumaczyć zachowania ludzi udających małpę, kurę, masowe upadki kilkudziesięciu osób w jednym momencie po tym, jak jeden z pastorów macha swoją marynarką, silne konwulsje, przykurcze karku, drżenia całego ciała? Kiedy na to „błogosławieństwo” (ang. blessing) spojrzy się przez pryzmat Pisma Świętego, łatwo stwierdzić, że Biblia nigdzie nie opisuje wydarzeń podobnych do tych z lotniska w Toronto.
Źródło: Miesięcznik Egzorcysta

Ten, gdziekolwiek go chwyci, rzuca nim, a on wtedy się pieni, zgrzyta zębami i drętwieje. Powiedziałem Twoim uczniom, żeby go wyrzucili, ale nie mogli. Mk 9, 18

Opublikowano Zagrożenia duchowe | Otagowano , | 37 Komentarzy

Za wiarą w zabobony stoi demon!

Nie miejmy złudzeń: za wiarą w zabobony stoi szatan. To on chce, byśmy łamali Boże przykazanie, poszukując zdrowia, sukcesu, czy spokoju. A przecież nie ma czego się bać: Chrystus pokonał śmierć!

Wiara i magia
„Nie będziesz miał Bogów cudzych przede mną”. Każdy katolik zna pierwsze przykazanie dekalogu. Zabobony są wykroczeniem właśnie przeciw pierwszemu przykazaniu. Są więc wykroczeniem poważnym. Grzesznik pokazuje, że istotnie ufa innym siłom, szuka pomocy nie Boga, lecz kogokolwiek, nawet, gdyby był to demon. Właśnie demon stoi za wszelkiego rodzaju pokusami każącymi szukać wyroczni, przepowiadania przyszłości czy magii. Niektórzy nawet nie mają się odwagi się przyznać do tego rodzaju duchowego tchórzostwa. „Nie wierzę w zabobony, bo to przynosi pecha” – powiadają.

Otwarcie na zło
Coraz częściej ludzie uskarżają się na niepowodzenia, choroby ciała i duszy, których źródła wykraczają poza naukowe wyjaśnienia. Nie zdają sobie sprawy, że mogą znajdować się w polu oddziaływania sił nieczystych. Co istotne, nie jest to oddziaływanie przypadkowe. Wymaga bowiem zgody osoby, która znajduje się pod ich wpływem. Swoistego „otwarcia” się na ich działanie. Zabobony czy zainteresowanie magią jest najczęstszą inicjacją, która otwiera człowieka na złego ducha. Współcześni egzorcyści mają ręce pełne roboty.

Jest to plaga naszych czasów. W chwili, gdy człowiek w ciągu kilku godzin odbywa podróże międzykontynentalne, medycyna wyeliminowała większość chorób śmiertelnych, a cywilizacja osiąga szczyt swojego rozwoju, w dziedzinie ducha ludzie cofają się do starożytności, mamiąc się dziecinnymi wyliczankami, przysłowiami czy zabawami, które mają świadczyć o tym, że posiadają jakąś tajemną wiedzę niedostępną dla innych osób. Dochodzi do tego, że we Włoszech, kraju katolickim, funkcjonuje już więcej wróżek i wróżbitów niż księży i zakonnic.
Niestety nie lepiej jest w Europie Środkowej i Wschodniej, gdzie pogańskich tradycji nigdy nie udało się wykorzenić. W Rydze na jednym z mostów, młodzi ludzie umieszczają kłódki a klucze wrzucają do Dźwiny. Ten zabobon dotarł także do Polski, podobnie jest np. we Wrocławiu. Kłódka ma być symbolem trwałego związku. Jednak, gdy jeden z Łotyszy zapragną rozwieść się z żoną, pospieszył na most by przeciąć swą kłódkę. Poślizgnął się, wpadł do rzeki i utopił się. Może litościwy Pan uchronił go w ten sposób przed śmiertelnym grzechem cudzołóstwa?

Zero tolerancji
Pan Bóg jest Bogiem zazdrosnym – mówi Pismo. Innymi słowy nie toleruje On żadnego odstępstwa. W swojej miłości daje nam nieograniczoną wolność. Możemy Go odrzucić. Ale wierność traktuje On laurem świętości. Wierność Bogu Jedynemu jest wynagradzana sowicie. Wiernego Bóg nie opuszcza nigdy. Nagradza wierność Abrahama, wierność trzech młodzieńców w piecu ognistym, wierność braci idących po kolei ochoczo na śmierć na oczach matki, którzy nie zgodzili się na odstępstwo, czy wreszcie wierność św. Józefa, ziemskiego opiekuna Jezusa. Zapewne niektórzy z nas także doświadczyli natychmiastowej nagrody Boga za dochowanie wiary.

Dlatego może dobrze jest sobie zadać pytanie, czy Bóg rzeczywiście jest moim Jedynym Bogiem, czy nie mam innych bogów? Czemu poświęcam najwięcej czasu? Może jestem czcicielem mamony, prawdziwego boga tego świata? Może moim bogiem jest alkohol? Może seks? Może adoruje godzinami telewizor? A może swoje ciało, namaszczając je kosmetykami, pieszcząc je bez końca w wannie, snem lub na siłowni. Ojcowie kapucyni mówią, że gdy przyjdzie sąd ostateczny Chrystus w naszym ciele będzie doszukiwał się podobieństw ze sobą. Czy jestem podobny do Chrystusa, czy mam jego rany, ślady bicza, czy umieram dla drugiego człowieka, czy dźwigam swój krzyż?
Zarówno magia, jak i zabobon mogą być postrzegane jako atrakcyjna z pozoru droga na skróty. Droga, która omija krzyż. Demon trzyma nas człowieka w nieustannym lęku przed cierpieniem i śmiercią. Praktyki okultystyczne, nawet w wersji „light” takiej jak czytanie horoskopów, stawianie sobie kart czy ostrożność w piętek trzynastego, mają być przecież sposobami na przechytrzenie losu, uniknięcie nieprzyjemnych sytuacji, dokonanie najbardziej optymalnego wyboru, osiągnięcie wymarzonego sukcesu. Jeśli chcesz zobaczyć swojego boga spójrz w lustro. Świat ma wyglądać tak ja chcę. Inni mają się zachowywać tak, jak ja sobie wyobrażam. Nawet Bóg ma spełniać moje prośby natychmiast wtedy, gdy ja o to poproszę.

Ostrzega prorok Izajasz:
„Mówiłaś: To już na wieki będę zawsze władczynią. Nie wzięłaś sobie do serca tych zdarzeń, nie rozpamiętywałaś ich końca.

A teraz posłuchaj tego, Wykwintna, siedząca sobie bezpiecznie, która mówisz w sercu swoim: Tylko ja i nikt inny! Nie zostanę wdową i nie zaznam sieroctwa.
Lecz spadnie na ciebie jedno i drugie w jednym dniu, niespodzianie. Sieroctwo i wdowieństwo w pełni spadną na ciebie, pomimo wielu twoich czarów i mnóstwa twoich zaklęć.
Polegałaś na twojej złości, mówiłaś: Nikt mnie nie widzi. Twoja mądrość i twoja wiedza sprowadziły cię na manowce. Mówiłaś w sercu swoim: Tylko ja, i nikt inny!
Lecz przyjdzie na ciebie nieszczęście, którego nie potrafisz zażegnać, i spadnie na ciebie klęska, której nie zdołasz odwrócić, i przyjdzie na cię zguba znienacka, ani się spostrzeżesz.
Trwajże przy twoich zaklęciach i przy mnogich twych czarach, którymi się próżno trudzisz od swej młodości. Może zdołasz odnieść korzyść? Może zdołasz wzbudzić postrach?” (Iz 47,7-12)

Do Boga przez Krzyż
Głupiemu człowiekowi nieraz wydaje się, że Bóg go nie widzi, że można go przechytrzyć, że jest się mądrzejszym od swego Stwórcy. Myśląc w ten sposób oszukujemy samego siebie. Sięgając po zabobon poszukujemy innych sojuszników. Tam gdzie nie trzeba. Tym samym plujemy Bogu w twarz. A on, którego nie można przecież obrazić, po raz kolejny Swą twarz wyciera i z miłością wyciąga do nas rękę.

Nie miejmy złudzeń. Nie uciekniemy od cierpienia. Większość naszych planów nigdy się nie powiedzie. Jedynym celem naszego ziemskiego życia jest śmierć. A życie jest krótkie. Dlatego naszą jedyną powinnością jest odczytanie planów Boga względem naszego życia. Jak podpowiada zaś Tradycja Kościoła, modlitwa powinna być prośbą o „dostrojenie się” do Bożego planu względem nas.
U stóp Krzyża Chwalebnego, używanego podczas celebracji liturgicznych przez wspólnoty Drogi Neokatechumenalnej, przedstawione są węże. Wymowa tego jest prosta. Jeśli decydujesz się na zejście ze swojego krzyża, ukąszą cię węże.  Demon jest zaś jak pies na łańcuchu. Im bliżej podejdziesz, tym większe prawdopodobieństwo, że ugryzie. Im dalej się trzymasz, tym jesteś bezpieczniejszy, a najbardziej bezpieczny jesteś… na swoim krzyżu.
Tylko Chrystus zwyciężył śmierć. Nie musimy już się bać. Śmierć została pokonana. On pokazał nam wzór miłości, która zawstydziła jego wrogów. Umierać za drugiego człowieka, umierać nawet za nieprzyjaciela. Bóg kocha nas takimi jesteśmy. Bezwarunkowo. Nawet wtedy, gdy go zdradzamy. Pozwoli nam zawsze powracać. Jak dobry, kochający Ojciec. Już czas odwzajemnić tę miłość. 
Tomasz Teluk

Ks. Adam Siegieniewicz, egzorcysta: „Zabobony – tradycja czy zagrożenie?” 

Opublikowano Pomoc duchowa | Otagowano , , | 33 Komentarze

16 listopada – święto Matki Bożej Miłosierdzia.

Matka Boża Miłosierdzia
http://www.faustyna.pl

Maryja jest Tą, która w sposób szczególny i wyjątkowy doświadczyła miłosierdzia, a równocześnie też w sposób wyjątkowy okupiła swój udział w objawieniu się miłosierdzia Bożego ofiarą serca. Ona najlepiej zna tajemnicę Bożego miłosierdzia. Wie, ile ono kosztowało i wie, jak wielkie ono jest (por. DM*, 9).

Matka Boża Miłosierdzia choć czczona jest w Kościele pod tym tytułem od dawna, to jednak literatura teologiczna na ten temat jest wyjątkowo skąpa. Matka Boża Miłosierdzia jest przede wszystkim Tą, która dała światu Syna Bożego, Wcielone Miłosierdzie, i daje Je nieustannie, prowadząc do Niego wszystkich wierzących. Najpełniejsze uzasadnienie tego tytułu Maryi współcześnie podaje Ojciec Święty Jan Paweł II w encyklice „Dives in misericordia”. Pisze w niej, że Maryja jest najpierw Tą, która w sposób wyjątkowy doświadczyła Bożego miłosierdzia, gdy została zachowana od grzechu pierworodnego i obdarzona pełnią łaski, by stać się Matką Syna Bożego. W czasie Zwiastowania wyraziła zgodę, w Betlejem porodziła Syna Bożego w ludzkim ciele i przez całe życie uczestniczyła w objawianiu przez Niego tajemnicy miłosierdzia Bożego aż po ofiarę, którą złożyła u stóp krzyża. Dlatego Maryja jest Tą, która najpełniej zna tajemnicę Bożego miłosierdzia, wie, ile ono kosztowało i jak wielkie ono jest (DM* 9).
Ona też głosi miłosierną miłość Boga z pokolenia na pokolenie od dnia, w którym wyśpiewała „Magnificat’ na progu swej krewnej Elżbiety, i prowadzi ludzi do Zbawicielowych zdrojów miłosierdzia. Miłosierna miłość Boga w dziejach Kościoła i świata nie przestaje objawiać się w Niej i poprzez Nią. Jest to objawienie szczególnie owocne – napisze Jan Paweł II – albowiem opiera się w Bogarodzicy o szczególną podatność macierzyńskiego serca, o szczególną wrażliwość, o szczególną zdolność docierania do wszystkich, którzy tę właśnie miłosierną miłość najłatwiej przyjmują ze strony Matki(DM*, 9).

Maryja jest Matką Miłosierdzia także i z tego względu, że przez Jej pośrednictwo spływa na świat miłosierdzie Boga w postaci wszelkich łask. Jej macierzyństwo wobec wszystkich ludzi trwa nieustannie – jak podkreśla Sobór Watykański II – albowiem wzięta do nieba, nie zaprzestała tego zbawczego zadania, lecz poprzez wielorakie swoje wstawiennictwo ustawicznie zjednuje nam dary zbawienia wiecznego. Dzięki swej macierzyńskiej miłości opiekuje się braćmi Syna swego, pielgrzymującymi jeszcze i narażonymi na trudy i niebezpieczeństwa, póki nie zostaną doprowadzeni do szczęśliwej ojczyzny(KDK**, 62).
Maryja nazywana jest Matką miłosierdzia, Matką Bożą miłosierdzia lub Matką Bożego miłosierdzia, a każdy z tych tytułów – jak pisze papież Jan Paweł II – ma głęboki sens teologiczny. Te tytuły mówią bowiem o Maryi jako o Matce Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego. Jako o Tej, która doświadczywszy miłosierdzia w sposób wyjątkowy, w takiż sposób „zasługuje” na to miłosierdzie przez całe życie, a nade wszystko u stóp krzyża swojego Syna (DM 9). Ona je głosi i wyprasza całemu światu.

Matko, Twoja pokora, uniżenie i całkowite zawierzenie Bogu wyniosło Cię do godności Królowej Nieba. Zaszczytne tytuły nie przemieniły Twojej natury. Nadal pozostajesz cicha, wierna i całkowicie oddana Bogu. Służysz Mu nadal kierując ludzi ku Bożemu Majestatowi, nie zatrzymując ich wzroku na sobie. “Od śmierci Pana Jezusa Maryja stała się naszą Matką Miłosierdzia, albowiem wyjednała nam łaski i sprowadza Miłosierdzie Boże na nas”. Dziękujmy Bogu za zaufanie jakim obdarzył Matkę Swego Syna i za Jej pokorne “fiat”, które przemieniło świat: “wielbi dusza moja Pana i raduje się Duch mój w Bogu Zbawicielu moim, bo wejrzał na uniżenie swojej służebnicy! Wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny, a Jego miłosierdzie z pokolenia na pokolenie!”

Inne modlitwy i kult: http://www.faustyna.pl/

MODLITWA DO MATKI BOSKIEJ OSTROBRAMSKIEJ

O Pani moja, Święta Maryjo!
Twojej łasce, osobliwej straży i miłosierdziu Twojemu dzisiaj i każdego dnia, i w godzinę śmierci mojej duszę i ciało moje polecam; wszystkie nadzieje i pociechy moje, wszystkie uciski i dolegliwości, życie i koniec życia mojego Tobie poruczam, aby przez zasługi Twoje wszystkie uczynki moje były sprawowane i rządzone według Twojej i Syna Twego woli. Amen.

Najświętsza Maryja Panna Ostrobramska Matka Miłosierdzia

Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie;
Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie
Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie.

Panno święta, co Jasnej bronisz Częstochowy
I w Ostrej świecisz Bramie! Ty, co gród zamkowy
Nowogródzki ochraniasz z jego wiernym ludem!
Jak mnie dziecko do zdrowia powróciłaś cudem,
(Gdy od płaczącej matki pod Twoją opiekę
Ofiarowany, martwą podniosłem powiekę
I zaraz mogłem pieszo do Twych świątyń progu
Iść za wrócone życie podziękować Bogu),
Tak nas powrócisz cudem na Ojczyzny łono.

Adam Mickiewicz

Ostra Brama w WilnieZarówno cudowny obraz, jak i kaplica, w której się mieści, oraz sama Ostra Brama mają bogatą historię, ściśle wiążącą się z historią rozbudowy Wilna. Na przełomie XV i XVI w. postanowiono otoczyć je murem obronnym. Powstało dziewięć bram miejskich, z których jedna (jedyna zachowana do naszych czasów) nosiła nazwę Miednickiej, inaczej Krewskiej. Nieco później przyjęła się inna nazwa bramy – Ostra. Zgodnie z tradycją na bramach obronnych zawieszano święte obrazy. Ostra Brama po obu jej stronach również miała własne obrazy, które po pewnym czasie uległy zniszczeniu. Jednym z tych obrazów był wizerunek Matki Bożej. Z czasem miejsce to stało się miejscem modlitwy do Maryi.
Kult Matki Miłosierdzia z Ostrej Bramy jest ogromny i niezrównany w swej sile. Sięga drugiej połowy XVII w. i wiąże się z obroną murów miasta. Jednakże wyraźne jego wzmożenie nastąpiło w I połowie XVIII w. Szczególny rozwój czci Matki Miłosierdzia nastąpił po rozbiorach Polski. W 1993 roku modlił się w kaplicy w Ostrej Bramie św. Jan Paweł II. Ofiarował wtedy Matce Bożej Miłosierdzia złotą różę. Kult Matki Bożej Ostrobramskiej jest ciągle żywy i obecny nie tylko na terenie Litwy, ale także w sąsiednich krajach. W Polsce około 30 parafii ma za patronkę Matkę Bożą Ostrobramską.
Więcej: kliknij 

UWAGA – Kandydaci na Niewolników Maryi
16 listopada 2017 r. godz. 18.00  Siekierki , W-wa:
Msza święta, a po niej spotkanie z ks. Dominikiem Chmielewskim

Drodzy Kandydaci na Niewolników Maryi,
W ramach prowadzonych przez naszą Wspólnotę Niewolników Maryi przygotowań do Oddania się Bogu przez Maryję wg wskazań św. Ludwika Marii Grignion de Montfort, od 5 listopada br., mamy dla Was propozycję dodatkowego spotkania na zakończenie I Okresu 33 dniowych ćwiczeń duchowych. Poprowadzi je dla nas ks. DOMINIK CHMIELEWSKI SDB.
Spotkanie to odbędzie się w Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Matki Miłosierdzia – czwartek, 16 listopada 2017 r. po Mszy św. o godz.18.00 w Sanktuarium Matki Bożej Nauczycielki Młodzieży


więcejhttps://pomaranczki.wordpress.com/2017/11/13/3525/ 

Opublikowano Aktualności | Otagowano | 51 Komentarzy

Świadectwo byłego różdżkarza S. Kota: „różdżki i wahadełka poszły na złom”

Najpierw odkrywał źródła wody. Potem diagnozował już choroby. Dysponował ogromną mocą. Niestety, radiestety.

Przez kilkanaście lat miałem zarejestrowany zakład usług radiestezyjnych – opowiada Stanisław Kot z Rybnika. – Moja działalność polegała przede wszystkim na wskazywaniu miejsc pod kopanie i wiercenie studni oraz wskazywanie tzw. pasów zadrażnień w mieszkaniach. Zaczęło się od kursu w Kaliszu. Przyjechali na niego ludzie z całej Polski. Pojechałem, bo akurat wujek kopał studnię, chciałem mu pomóc i wskazać miejsce, gdzie powinien zacząć robotę… 
Na pierwszym kursie była pani Janka – jasnowidz. Byłem wprost zszokowany, gdy okazało się, że jedno z naszych ćwiczeń polegało na tym, by odgadnąć, z jakiego materiału jest wykonany przedmiot schowany w portmonetce. Jak to wyczuwaliśmy? Uczono nas, że każdy materiał jakoś promieniuje. A my mieliśmy wyczuwać te promienie. Odgadywać, co to za materiał na podstawie wahnięć i obrotów wahadełka. Ono było naszym przewodnikiem. 
Inne ćwiczenie? Przez Kalisz płynie rzeka Prosna. Musieliśmy znaleźć miejsce, gdzie znajduje się woda zdatna do picia. I znów byłem w grupie z panią Janką. A ona, będąc daleko od rzeki, orzekła: to woda niezdatna do picia, płynie na głębokości 3 metrów. To rura ze ściekiem. Dla mnie to był szok. Poszedłem nad Prosnę. I rzeczywiście na głębokości 3 metrów była rura, z której wypływały ścieki. Pomyślałem: „Panie Boże, żebym ja tak umiał… Jakie to jest piękne!”. Koledzy, którzy wrócili z obiadu, opowiadali przejęci, że pani Janka chodziła za kelnerem i pokazywała, jaką ma aurę, a potem zapłaciła za obiad… serwetką, a on wydał jej resztę w polskich złotych. Zahipnotyzowała go. Sporo w tym Kaliszu widziałem. Zachwyciłem się. Przecież to jest piękne! To jest boskie!

Hydrozagadka
Wróciłem do domu. Zacząłem wujkowi pokazywać miejsce pod studnię. Rewelacja! Byli tacy, którzy przyjeżdżali z kwiatami, by mi podziękować. Boże, to jest to! Wreszcie daję ludziom szczęście. Nie mieli wody – mają wodę. I to tyle, że aż się rozlewa. Pamiętam studnię w Orzeszu. Firma hydrogeologiczna z Tychów stwierdziła definitywnie, że na tym terenie nie ma żadnej wody, a po wywierceniu otworu we wskazanym przeze mnie miejscu na głębokości dwudziestu paru metrów okazało się, że było jej mnóstwo. Panie Boże, Ty mi dałeś ten dar. To jest przecież od Ciebie!

Rozpocząłem inne kursy. Jeszcze bardziej odzierałem życie z tajemnic. Widziałem, że ludzie wskazują wodę już nie w terenie, ale na podstawie samej mapy. To dopiero moc! Wróciłem do domu. Przed domem stał mercedes pewnej pani biznesmen. Powiedziała: „Jeśli do jutra nie wskaże pan, gdzie jest woda, to mi firma pojedzie. A ja mam kurniki, moje kury potrzebują mnóstwa wody”. Do jutra? Co robić? Nie dam rady! Powiedziałem: „Ma pani mapę?”. „Mam”. „To jedziemy z tą mapą do moich liderów, którzy prowadzili kurs. Oni wskażą miejsce z mapy, a ja spróbuję to samo zrobić w terenie”. Pojechaliśmy do krakowskiego hotelu Wanda. Wchodzimy do pokoju. Siedzą cztery osoby. Mówimy, jest taka i taka sprawa. Macie tu mapę, szukajcie wody. Szef rzucił: „Niech każdy zaznaczy punkt. A, B, C, D. Stasiu pojedzie jutro na miejsce i wyznaczy punkt w terenie. Zrobicie odwiert. Kto prawidłowo wytypuje, ten dostanie zapłatę”. Padła kwota. Powiem tylko tyle, że gdy kierowca, z którym wracałem autostradą, usłyszał, ile chcą za tę usługę, strzałka szybkościomierza spadła ze 140 do 80 (śmiech). Ogromne pieniądze.
Nazajutrz pojechaliśmy na działkę, wskazałem miejsce. Gdy fachowcy nawiercili dziurę na 12 metrach, trafili na wodę. Powiedzieli, że takiej studni jeszcze nie widzieli. Można było tą wodą zasilać niejedną wieś. Panie Boże, ja to potrafię! Kto zgadł ten punkt na mapie? Mój szef…


Stany chorobowe

Wydawało się, że Bóg otworzył mi niebo, że złapałem Go za nogi. Po jakimś czasie doszło do tego, że widziałem stany chorobowe u ludzi. I ta moja diagnoza potwierdzała się! Opowiadało mi o tym wiele osób. Byliśmy kiedyś na egzaminie. Powiedziałem jednej kobiecie: „Ma pani problem z tarczycą z lewej strony i woreczkiem żółciowym”, a kobieta krzyknęła: „Panie! Ile ja się nachodziłam po lekarzach, by mi to zdiagnozowali! A pan mi to w ciągu minuty powiedział…”. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że to, czym dysponuję, jest boskie. Że zaczynam dysponować ogromną mocą. Mam władzę. Rosnę w siłę.

Kiedyś z bratem przeglądaliśmy tablice matematyczno-fizyczne. Zadawaliśmy sobie różne pytania o Jowisza, Uran, inne planety. Nagle mój brat rzucił: „Powiedz, jakie jest napięcie akumulatora niklowo-kadmowo-jakiegoś”, a ja bez zmrużenia oka wyrecytowałem mu tę skomplikowaną liczbę. Zamurowało go. Byłem przez lata sztygarem w ruchu kolejowym. Kiedyś ustawiacz żalił się dyżurnej ruchu: „Ty wiesz, ile było tych wagonów, ile razy musiałem tę zwrotnicę obrócić!”, a ja na to: „38”. Kopara mu opadła.
Zacząłem stawiać siebie w miejscu Boga. Praktycznie, bo w teorii wciąż byłem praktykującym katolikiem. Uczestniczyłem nawet w rekolekcjach zorganizowanych dla radiestetów. To były czasy, gdy nie mówiło się o radiestezji jako o wielkim zagrożeniu duchowym. Na wykładach nieustannie żonglowano biblijnymi cytatami. Mojżesz znalazł przecież w skale wodę, bo szedł z różdżką jednoramienną, a tłum Izraelitów, który kroczył za nim, wzmagał sygnał radiestezyjny. Cud? Nie. Czysta radiestezja.
 Wszystko miało naukową podbudowę. Skończyłem studia, myślałem, że niełatwo mnie będzie nabrać. Radiestezja ma sporą literaturę. Dziś wiem, że pseudonaukową.
Widziałem rzeczy niezwykłe. Byłem na wykładzie w Nowej Hucie. Wykładowca opowiadał i opowiadał. Stał tyłem do nas. A w pierwszym rzędzie jeden z nas za pomocą wahadełka i tablicy kolorów badał, jaką kto ma aurę. Nagle wykładowca, nie odwracając się, rzucił: „Franek, ty nie sprawdzaj teraz ludzi, tylko zajmij się słuchaniem wykładu”. Skąd on o tym wiedział? To był pokaz siły.

Ślepa uliczka
Dziś widzę, że to była pułapka. To jest tak, jakbyś chodził po znajomym lesie. Są w nim ścieżki, które świetnie znasz. Ale człowiek wybiera drogę na skróty. Idzie od drzewa do drzewa, od kwiatu do kwiatu, aż znajdzie w się miejscu, którego nie zna. Zaczyna się bać, bo nie wie, dokąd doszedł. Zabłądził. A gdy prowadzi cię zły duch, rychło może się okazać, że budzisz się w klatce własnego „ja” albo na skraju przepaści. Teraz wystarczy tylko leciutko cię popchnąć.

Wierzę w aniołów, Bożych posłańców. Kiedyś jeden z moich znajomych przyszedł do mnie i bez ogródek wypalił: „Słuchaj, Staszek. To, czym się zajmujesz, jest działaniem złego ducha. Chcesz? Załatwię ci rozmowę z egzorcystą”. Zmroziło mnie. „Co ty mi tu gadasz??? Te wszystkie wróżki w telewizji to jest magia! Co ty wygadujesz!” Wkurzyłem się.
Uratował mnie archanioł, czyli moja żona. Była przy mnie, widziała, jak to przeżywałem, jak się szarpałem. To był przełom. I początek procesu rozeznawania duchowego. Każdy taki proces zaczyna się od zbierania informacji. Rzuciłem się na książki. Co to takiego jest ta radiestezja? Tłumaczono nam, że to słowo ma korzenie greckie: to – dosłownie tłumacząc – „wyczuwanie promieni”. Promieniowanie jest wszędzie, ale nie wszyscy je odczuwają. Jeśli je wyczuwasz, jesteś wybrany. Przez kogo?
Toczyłem straszną walkę. Boże, co się zaczęło dziać… Nagle ludzie zaczęli do mnie walić drzwiami i oknami. Zasypali mnie mnóstwem propozycji. „Panie Staszku, pan mi poszuka wody…” Oganiałem się od nich. Widziałem, że ktoś nie chce mnie tak łatwo wypuścić z garści. Odpowiadałem wszystkim: „Nie i koniec! Skończyłem z tym”. Różdżki i wahadełka poszły na złom.

Nareszcie wolny!
Pomyślałem o swoim sprzęcie. W tej branży oprócz własnego ciała używa się różdżki i wahadełka. Na początku swej działalności, ponieważ uważałem, że to działanie boskie, prosiłem znajomego kapłana, by… poświęcił mi ten sprzęt. I poświęcił. Po niedługim czasie zauważyłem, że ten poświęcony sprzęt gdzieś się stracił. Zgubiłem go? Przepadł? Nie wiem. Nie mogłem go nigdzie znaleźć. To było ważne wydarzenie.
Zacząłem przyglądać się swoim liderom. W jaki sposób diagnozują choroby i czytają ludzkie myśli? Zobaczyłem, że nie żyją przykazaniami. Nie mają normalnych rodzin. Ten był rozwiedziony, tamten rozwiedziony. Przypomniałem sobie, że gdy byliśmy przy czakramie na Wawelu i szukaliśmy dobrej energii, tak wiele mówiliśmy o dobru, o Bogu, a tylko ja z kolegą w katedrze uklęknęliśmy przed Najświętszym Sakramentem. Moi szefowie szukali jedynie energii. A energia była bezosobowa. Bóg był energią, kosmos był energią. Wszystko było energią.
Drugi anioł przyleciał z Indii. Był to zakonnik. Doprowadził do tego, że poszedłem do spowiedzi generalnej. Wyznałem wszystko. Dotarłem do odległych zakamarków, do których sięgała moja pamięć. Trzecim aniołem jest moja wspólnota. I kapłani z tej wspólnoty. Oni przemienili mój smutek w radość. Dlaczego byłem smutny? Bo uważałem się za kogoś lepszego od innych. A to powoduje ogromny smutek, zamknięcie w sobie, wyobcowanie, wchodzenie do klatki.
W Liście do Galatów św. Paweł pisze, że owocem złego ducha jest smutek, bałwochwalstwo, niecierpliwość, rozłam. Owocem Ducha Bożego jest radość i pokój. Czyli to, co dzieje się teraz w moim sercu. Bo, wie pan, ja byłem przez te wszystkie lata potwornie smutny, skupiony na sobie. Nawiedzały mnie natrętne myśli, często nawet samobójcze. Byłem niesamowicie smutny. Moja żona może o tym zaświadczyć. Niewiele mnie cieszyło. Na weselach siedziałem jak na pogrzebie. Dopiero gdy zostawiłem radiestezję i oddałem życie Jezusowi, przyszła ogromna radość. I nagle straciłem wszystkie „cudowne” właściwości. Wszystko odpadło. Teraz zachwycam się cudami, które czyni Jezus.

Zamurowało mnie
Byliśmy na kursie „Emaus” w Chwałowicach. Na jednym ze spotkań trzeba było wymienić postacie ze Starego Testamentu, które nas jakoś zafascynowały. Wymieniłem Józefa, a Andrzej, facet prowadzący spotkanie, nie znając mojej historii, wypalił z głupia frant: „A czemu właśnie on? Czym cię tak ujął? Pustą studnią?”.

Zatkało mnie. Nie wiedziałem, co powiedzieć… Nie mogłem tego przeżyć. Przez dwa dni cały „chodziłem”. Chciałem uciec. Po dwóch dniach przyszliśmy wieczorem głodni jak wilki na stołówkę, a animatorzy powiedzieli: „Dziś zamiast jedzonka na kolację będzie słowo Boże”. Dali nam Biblię i powiedzieli: „Jedzcie” (śmiech). Otwarłem Biblię na chybił trafił i przeczytałem: „Jezus przy studni”. Ugięły się pode mną nogi.
Ostatni dzień. Świadectwa. Wyszedłem na środek i powiedziałem: „Andrzej, nie wiesz nawet, do kogo powiedziałeś o pustej studni. Nie masz pojęcia, czym były dla mnie te słowa. Znalazłem w życiu ponad setkę studni. Doskonale wiem, co znaczą słowa: pusta studnia. Po tych słowach chciałem spakować manatki i wyjechać z kursu. Zwiać jak najdalej. Dlaczego? Bo sam czułem się jak pusta studnia. Na szczęście Jezus odpowiedział na moje wołanie. Powiedział: »Staszek, zasypuję twoją studnię piaskiem. Ja jestem źródłem wody żywej… Teraz to Ja jestem twoją studnią«”.

Lanie wody
– Jakie siły rządzą bioenergoterapią i radiestezją? Energia kosmiczna? Tajemnicze promieniowanie radiestezyjne? Egzorcyści nie mają wątpliwości, że chodzi o działanie demoniczne – mówi ks. Jarosław Międzybrodzki, egzorcysta. – Gdyby to mówiło tylko dwóch lub trzech egzorcystów, można byłoby uznać, że to wymysł obłąkańców. Ale na krajowe spotkania przyjeżdża po stu egzorcystów i każdy mówi w tej sprawie to samo – podkreśla ks. Międzybrodzki. – Pół biedy, jeśli bioenergoterapeuta jest oszustem. Jego pacjentom zdrowie poprawia się dzięki efektowi placebo, czyli od samego przekonania w moc uzdrowiciela. O wiele bardziej niebezpieczne jest, jeśli bioenergoterapia rzeczywiście jakoś działa. Egzorcyści są pewni, że stoi wtedy za tym inteligentna istota duchowa. Wejście w kontakt z nią czasem fatalnie się kończy.

Choć słowa „bioenergoterapia” ani „radiestezja” nie padają w „Katechizmie Kościoła Katolickiego”, to radzę przeczytać artykuł 2117 i dwa poprzednie. „Wszelkie praktyki magii lub czarów, przez które dąży się do pozyskania tajemnych sił, by posługiwać się nimi i osiągnąć nadnaturalną władzę nad bliźnim – nawet w celu zapewnienia mu zdrowia – są w poważnej sprzeczności z cnotą religijności”. Badania naukowe nie potwierdziły, że ruchami wahadełka rządzą prawa fizyki. Według geologów, żyły wodne w ogóle nie istnieją. Owszem, zdarzają się podziemne rzeki, ale w wapiennych skałach, a nie w glinie. A na terenie Polski występują głównie na przemian warstwy gliny i piasku. Doktor Przemysław Kiszkowski należał do zespołu fizyków z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, którzy próbowali radiestezję potwierdzić naukowo. Wierzyli, że to możliwe. Od 1974 r. przebadali około 300 osób i zorganizowali 10 obozów naukowych w różnych miejscach Polski. – Straciliśmy na to 9 lat pracy. 
Wyniki są jednoznaczne: od strony naukowej nic się za radiestezją nie kryje – mówi dziś dr Kiszkowski.
Źródło: Gość.pl

Opublikowano Pomoc duchowa | Otagowano , , , | 38 Komentarzy

Walka z szatanem czyli słów kilka o matce Speranzie, która uratowała życie św. Janowi Pawłowi II

 Walka z szatanem

Wielokrotnie na łamach włoskiej prasy i w innych mediach, jeszcze za życia Matki Speranzy, mówiono, że podobnie jak wielu innych świętych – a tak ją postrzegano – walczyła bezpośrednio z szatanem. Te walki określane były jako fenomen mistyczny, który przeżywała zakonnica. Było ich wiele, bardzo często miały drastyczny przebieg.

Matka Speranza widziała szatana twarzą w twarz wiele razy. Przewracał ją, zrzucał ze schodów. Zdarzało się też, że widziała w swym pokoju ogień, diabeł podpalał jej pościel i łóżko, a także notatki.

Połamał wiertła
W 1959 roku Matka Speranza przyjechała do Collevalenzy w Umbrii; w ogrodzie, który wcześniej widziała w wizji otrzymanej od Pana Jezusa, wskazała miejsce, gdzie należało szukać wody. Podeszła tam, pomodliła się i nogą zrobiła na ziemi znak krzyża. Powiedziała: tutaj będzie woda. Nikt w to nie wierzył, bo geolodzy twierdzili, że wody w tym miejscu nie ma.

Szatan starał się nie dopuścić do wiercenia studni. Zagroził Matce Speranzy, że połamie wiertła i zabije wszystkich robotników, którzy będą pomagać w szukaniu wody. Nie zrealizował tej ostatniej groźby, ale wiertła łamały się jedno za drugim. Dotarto na głębokość 12 metrów, ale woda nie wytrysnęła. Matka Speranza zdecydowała się, by budować tzw. studnie rzymskie, kopane na ponad 20 metrów. Ale i na tej głębokości nie było ani kropli wody. Ludzie byli załamani i zawiedzeni, a szatan drwił z Matki Speranzy, twierdząc: Teraz wszyscy się od ciebie odsuną.

Ona jednak odrzucała te drwiny i ufając Chrystusowi, kazała kopać dalej. Gdy na głębokości 24 metrów wody wciąż nie było, Matka Speranza postanowiła sprowadzić z firmy w Weronie wiertła przemysłowe. Pracowano dalej. Szatan był tak wściekły na zakonnicę za jej upór, że któregoś ranka zrzucił ją ze schodów.

Ksiądz Mario Gialletti, jeden z kapłanów, który był obecny podczas tych prac, opowiadał, że gdy Matka Speranza mówiła o groźbach szatana, na wszystkich padał strach. Tylko ona się nie bała. – Staraliśmy się powstrzymywać nasz lęk, patrząc na wiarę Matki Speranzy. Dotarliśmy na głębokość 60 metrów, a wody nie było nadal. Byliśmy zdesperowani. Diabeł dotykał chyba nas samych – zaczęliśmy się śmiać z decyzji Matki, przestawaliśmy wierzyć. Czuliśmy, że szatan próbuje rozbić naszą więź, zniszczyć zaufanie, wiarę. Ale Matka Speranza mówiła: „Musicie mieć wiarę”, i kazała wiercić dalej. Kiedy doszliśmy do 92 metrów, woda wytrysnęła bardzo obficie – wspomina ks. Gialletti. Opowiadając o Matce Speranzy, podkreśla, że szatan walczył z nią, nie chcąc dopuścić, by Collevalenza stała się miejscem pielgrzymek. Dziś przyjeżdża tam bardzo wiele osób, prosząc o uzdrowienie fizyczne i duchowe i obmywając się w tutejszych basenach. Nie przybywają sami – pomagają im inni ludzie. Rodzi się pomoc, współpraca, a tego szatan nienawidzi.

Spotkania z ojcem Pio
Matka Speranza miała również wyjątkowy kontakt ze św. Ojcem Pio. Spotykała się z nim w różnych miejscach, prosząc go o szczególną modlitwę. Kiedyś o. Alberto D’Apolito, zakonnik bardzo blisko związany z Ojcem Pio, opowiadał, że w lutym 1970 r., gdy był w Terni, aby wygłosić konferencję o świętym Ojcu (przypomnijmy, że o. Pio zmarł 23 września 1968 roku), udał się również do Collevalenzy, by spotkać się Matką Speranzą. Chciał też zobaczyć konstrukcję sanktuarium.

Podczas tego spotkania ojciec D’Apolito prosił Matkę, by modlić się o kanonizację Ojca Pio. Opowiadał jej o nim wiele. W pewnym momencie Matka Speranza przerwała jego opowieść, mówiąc: „Znam św. Ojca Pio od bardzo dawna”. Wtedy o. Alberto zapytał, gdzie go poznała, bo przecież nigdy nie był w Collevalenzy. Odrzekła, że wielokrotnie spotykała go w Rzymie w latach 1937-1939. „Widziałam dokładnie jego twarz i te szczególne rękawice, pod którymi krył swoje stygmaty. Zawsze go pozdrawiałam, a on się do mnie uśmiechał” – mówiła. Wtedy o. Albert zrozumiał, że Matka Speranza miała ze św. Ojcem Pio kontakt dzięki jego fenomenowi bilokacji, ponieważ św. o. Pio był w Rzymie tylko raz w życiu, a było to w roku 1917.

Nawróceni masoni
Matka Speranza miała w swojej celi obraz przedstawiający w Ogrodzie Oliwnym Jezusa, po którego twarzy spływa krew. Chciała, by taki wizerunek znajdował się również w innych pomieszczeniach, gdyż mówiła, że w Ogrodzie Oliwnym Jezus pozostał sam i tam doświadczał obecności złego. Do walki z szatanem przygotowywała się nie tylko przez modlitwę, ale i pokutę. W miejscowym muzeum można zobaczyć metalowe kolczaste pasy pokutne, które nosiła.

Do Collevalenzy przybywają nie tylko pielgrzymi, ale także sataniści i masoni. Wielu z nich przychodziło do Matki Speranzy i wielu się nawróciło. Zawsze gdy dochodziło do nawróceń, szatan mścił się na Matce. Po nawróceniu jednego z masonów, gdy zakonnica weszła do swego pokoju i usiadła na łóżku, momentalnie zapaliło się jej posłanie. Ogień objął także leżący obok notatnik. Szatan chciał przerazić Matkę, ale ona zaczęła się tylko usilniej modlić. Wtedy ogień zniknął.

Collevalenza jest miejscem szczególnym – wiele osób, które tam przybywają, otrzymuje uzdrowienie nie tylko fizyczne, ale i duchowe, wiele zostało uwolnionych. Upodobali sobie to miejsce także egzorcyści. Tam właśnie odbywają się ich międzynarodowe spotkania i sympozja. I właśnie oni potwierdzają, że wiele osób, które modliły się i obmyły w wodzie z tamtejszych basenów, otrzymywało łaskę uwolnienia.

Jeden z najbardziej znanych egzorcystów, o. Gabriele Amorth, potwierdził ostatnio w rozmowie ze mną, że jest wskazane, by ludzie, którzy mają problemy, są dręczeni przez złego ducha, odbywali pielgrzymkę do Collevalenzy.
Ks. Jarosław Cielecki Nasz Dziennik

Ofiarowała życie za Jana Pawła II

Pozornie byli sobie obcy, spotkali się tylko dwa razy. Ona – hiszpańska mistyczka przebywająca stale w umbryjskiej wsi, on – Papież pielgrzym z „dalekiego kraju”. W rzeczywistości jednak byli sobie bardzo bliscy: łączyły ich kult Bożego Miłosierdzia, zawierzenie Pośredniczce Łask i oddanie życia na ofiarę.

Na początku lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku znajdowali się w zupełnie innej sytuacji. Matka Speranza była znana, choć może nie w takim stopniu jak współczesny jej kapucyn z Pietrelciny – św. Ojciec Pio. Wieści o walce duchowej, jaką toczyła nocami w swojej celi w Collevalenzy, roznosiły się po całych Włoszech. W wielu miastach powstawały Stowarzyszenia Miłości Miłosiernej, którym nadała charyzmat. Niektórzy duchowni pamiętali jeszcze czasy, gdy stawała przed Świętym Oficjum, by bronić przed fałszywymi pomówieniami tego, co jej przekazał Zbawiciel. Karol Wojtyła natomiast był wtedy arcybiskupem krakowskim, który zaczął być rozpoznawany podczas soborowych debat nad konstytucją „Gaudium et spes”. Co mieli ze sobą wspólnego zewnętrznie? Oprócz stanu duchownego chyba jedynie familijną nomenklaturę: ją najbliżsi nazywali po prostu Matką, jego – Wujkiem.

Dar z Polski i Siostra Faustyna
Czy zatem Karol Wojtyła znał Matkę? Tego nie wiemy, choć możemy przypuszczać, że mógł o niej słyszeć. Do ich pierwszego spotkania doszło dzięki osobie, którą oboje znali i której – miejmy nadzieję – świętość zostanie kiedyś ogłoszona. W 1963 roku, zgodnie z relacją nieżyjącego już świeckiego współpracownika Matki, Ennio Fierro, zakonnica otrzymała podarunek – obrazek Matki Bożej Częstochowskiej, którego ofiarodawcą był… ks. kard. Stefan Wyszyński, z jego dedykacją i podpisem, opatrzony datą 25 listopada 1963 roku.

Chcąc się odwdzięczyć arcybiskupowi z Polski, Matka zaprosiła go w następnym roku do Collevalenzy. W dniu, w którym miało dojść do spotkania, gdy Fierro przyjechał po Prymasa, ten powiedział: „Nie mogę powiedzieć ’nie’ Matce, gdy prosi, lecz mam gorączkę. Chodźmy na Mszę, po niej zdecyduję, co zrobimy!”. Po skończeniu Liturgii ks. kard. Wyszyński zatelefonował do przyjaciela z prośbą o zastępstwo. Tym przyjacielem okazał się arcybiskup Krakowa Karol Wojtyła.

Tematem tamtego spotkania – jak przekazują duchowe dzieci Matki – był proces beatyfikacyjny Siostry Faustyny Kowalskiej. 6 marca 1959 roku ogłoszona została notyfikacja Świętego Oficjum, która zalecała wstrzymanie się z szerzeniem kultu Miłosierdzia Bożego w formach przekazanych przez zakonnicę. Przyczyną tego, według Świętego Oficjum, były pewne nieprawidłowości w nowych formach nabożeństwa do Miłosierdzia Bożego, a także niedokładnie zrobione odpisy z rękopisu „Dzienniczka” i ich błędne tłumaczenia na język francuski i włoski. Proces utkwił więc w martwym punkcie, co było sporym zmartwieniem dla metropolity krakowskiego. Matka zasugerowała wówczas, że warto ponownie przejrzeć rękopisy Siostry Faustyny pod kątem wprowadzonych dodatków i lepszego brzmienia tekstu. Wspierała przy tym przyszłego Papieża, by pośród tylu przeciwności nie zaprzestał starań o rozszerzanie kultu Bożego Miłosierdzia.

Na owoce tego spotkania nie trzeba było długo czekać. Po rozmowie z ks. kard. Alfredo Ottavianim, sekretarzem Świętego Oficjum, podczas III sesji soborowej, w listopadzie 1964 roku, ks. abp Wojtyła powiedział: „Nie tylko mi pozwolono, ale nakazano rozpocząć proces Siostry Faustyny i to jak najprędzej, dopóki istnieją żywi świadkowie”. Etap diecezjalny zakończył się we wrześniu 1967 roku, a już w styczniu 1968 roku Kongregacja do Spraw Świętych otworzyła proces beatyfikacyjny.

Oddani Maryi
Kwestia wspomnianego wcześniej wizerunku Matki Bożej Częstochowskiej odsłania inny wymiar bliskości duchowej, która już wtedy łączyła mistyczkę i krakowskiego kardynała – głębokie nabożeństwo do Najświętszej Maryi Panny. Obrazek Królowej Polski zawisł w pokoju, w którym Matka przyjmowała gości i pielgrzymów, i znajduje się tam do dziś.

Z tekstów dzienniczka i ze wspomnień Matki wyraźnie wynika, że mistyczka szczególnym kultem darzyła Maryję, Pośredniczkę Wszelkich Łask. Swoim dzieciom stawiała Ją za najlepszy wzór do naśladowania: „Jeśli naprawdę pragniemy kroczyć ku doskonałości, kochajmy i przyzywajmy Maryi Pośredniczki! Jeśli pragniemy stać się tak słodko oddani jak Maryja, musimy całkowicie zaufać Jezusowi, Bogu, przez pośrednictwo Maryi!”. Matka Speranza w 1960 r., gdy świat lękał się kolejnej wojny i różnych kataklizmów, tak się modliła: „Matko moja, (…) uzyskaj dla mnie łaskę, by w 1960 roku na całym świecie zamiast kary, o której tyle się wszędzie mówi, zatriumfowały Jego Miłość i Miłosierdzie!”. Ogromny marmurowy pomnik Maryi Pośredniczki w sanktuarium w Collevalenza, postawiony z inicjatywy Matki, jest pięknym zewnętrznym wyrazem jej „Totus Tuus”.

Łaska cierpienia
22 listopada 1981 roku Karol Wojtyła – już jako Papież Jan Paweł II – wrócił do Collevalenzy. Było to pierwsze miejsce, do którego pielgrzymował po zamachu na swoje życie. Dlaczego właśnie tutaj? „Przed rokiem została ogłoszona encyklika ’Dives in misericordia’” – mówił podczas modlitwy „Anioł Pański” Ojciec Święty. – „Ta okoliczność sprowadza mnie właśnie w dniu dzisiejszym do sanktuarium Miłości Miłosiernej. Pragnę tą obecnością w pewien sposób potwierdzić orędzie encykliki. Pragnę je odczytać na nowo i wypowiedzieć na nowo”. Podczas homilii i przemówień dziękował za Miłość Miłosierną i wzywał do uznania królowania Chrystusa „przygotowanego od założenia świata”, które jest królowaniem tej Miłości. Lecz czy to wciąż jedyny powód?

12 maja 1981 roku Matka Speranza poczuła się gorzej i zaczęły jej dokuczać silne krwotoki. Następnego dnia jej stan zdrowia nie poprawiał się. Ona zaś zaczęła prosić wszystkich, by modlono się za Jana Pawła II, gdyż ogromnie tego potrzebuje. O godz. 17.19 Matka Boża ocaliła Namiestnika Chrystusowego od śmierci na placu Świętego Piotra. Matka Speranza wiedziała o tym, co miało się stać, jak przekazują niektóre jej dzieci duchowe. Objawione jej zostało, że życie Papieża jest w niebezpieczeństwie. Wtedy, z miłości do Ojca Świętego, zdecydowała się ofiarować swoje życie za jego życie.

Jan Paweł II nigdy o tym wprost nie wspominał, a całe swoje dziękczynienie skierował ku Matce Bożej z Fatimy. Lecz decyzja o pielgrzymce do Collevalenzy, choć spotkała się ze zdziwieniem, a nawet sprzeciwem współpracowników, była wyłącznie jego inicjatywą. Święty wiedział, że tzw. cierpienie zastępcze niesie ze sobą ogrom łask dla osoby, za którą się cierpi. W liście z okazji 50-lecia założenia Zgromadzenia Synów Miłości Miłosiernej w 2001 roku pisał: „Była to moja pierwsza podróż apostolska po wypadku na placu św. Piotra 13 maja 1981. Powracam teraz w duchowej pielgrzymce wraz z wami i wraz z wami klękam i modlę się przed wymownym krzyżem”. Trudno mniemać, że nie zdawał sobie sprawy, komu i co zawdzięcza…

W oficjalnych planach pielgrzymki nie było czasu przeznaczonego na oficjalne spotkanie Jana Pawła II z Matką. Mniemano bowiem, że byłoby to równoznaczne z nadmiernym wywyższeniem, a nawet uświęceniem Matki jeszcze za jej życia. Dlatego starano się nawet trzymać Papieża jak najdalej od niej, by w żadnym momencie nie pokazać ich razem, nie uwiecznić na żadnym zdjęciu. Jednakże w pewnym momencie dostrzegł ją w windzie, siedzącą, wręcz skurczoną na wózku inwalidzkim, odgrodzoną szpalerem ochroniarzy. Przemknął między nimi, podszedł, przywitał się i po ojcowsku pocałował ją w głowę. Jest wiele interpretacji tego gestu przez duchowe dzieci Matki: w kontekście Kościoła lub dzieła. Może jednak nie trzeba głęboko się doszukiwać. W pełnym czci papieskim pochyleniu się nad Matką Speranzą przebija proste: „Dziękuję”.
Marcin Perłowski Nasz Dziennik

Opublikowano Pomoc duchowa | Otagowano , , | 48 Komentarzy