Ks. Mieczysław Piotrowski: spektakularny cud uzdrowienia sparaliżowanej, niewidomej dziewczynki

(…) Ona urodziła się sparaliżowana, miała rozszczepioną czaszkę, przemieszczony nos, niewidoma, głuchoniema, sparaliżowana, leżała tylko…. rodzice jeździli po lekarzach, przez 3,5 roku szukali pomocy a lekarze mówili, że medycyna jest bezsilna i nic nie można zrobić. Więc tata wziął ją do samolotu i poleciał z nią do Libanu do babci, która miała wielkie nabożeństwo do św. Charbela i postanowiła pojechać z wnuczką samochodem do Annaya, kiedy tam przyjechały, stanęły na parkingu, babcia chciała ja wyjąć z samochodu, odwiązała pasy…. a dziewczynka sama wstała i zaczęła chodzić, a później w nocy zjawił się u niej św. Charbel i położył ręce na jej oczach, nosie, ustach, uszach modląc się o cud, po czym siadł przy niej i rozmawiał z nią w języku syryjskim –  Rano i czaszka nie była już rozszczepiona…

Posłuchaj jak o tym spektakularnym cudzie uzdrowienia za wstawiennictwem św. Charbela sparaliżowanej dziewczynki opowiada ks. Mieczysław Piotrowski, red.naczelny dwumiesięcznika „Miłujcie się!”

Modlitwa z obrazka św. Szarbela

Boże Ojcze Przenajświętszy,
który tak ogromnie ukochałeś człowieka,
że zesłałeś swojego jedynego Syna dla jego zbawienia (Rz 8,32),
i który zesłałeś mu na zawsze swojego Ducha Świętego,
aby objawił mu to wszystko, co musi poznać,
by stać się Twoim przybranym synem
i aby uznał Jezusa za Twojego Jedynego Syna.

Błagam cię o spełnienie mojej prośby…
w imię miłości, którą ślubowałeś człowiekowi
i  którą pragnę ofiarować Tobie
za wstawiennictwem Świętego Szarbela,
którego miłość do Ciebie była niezmierzona.

Albowiem człowiek jest zaproszony, by żyć
jako stworzony na Twój obraz i Twoje podobieństwo (Rdz 1,27).
Jest on przeznaczony do tego by być w Tobie i z Tobą (J 17,21),
by prosić w Twoje imię o wszystko, czego potrzebuje,
bo jedynie Ty jesteś zdolny do dania mu tego (J 16,23),
zwłaszcza jeśli błaga Cię przez wstawiennictwo
twojego ukochanego Świętego Szarbela.  Amen

******

Święty Ojcze Charbelu, który wyrzekłeś się przyjemności światowych i żyłeś w pokorze i ukryciu w samotności eremu, a teraz przebywasz w chwale nieba, wstawiaj się za nami. Rozjaśnij nasze umysły i serca, utwierdź wiarę i wzmocnij wolę. Rozpal w nas miłość Boga i bliźniego.

Pomagaj w wyborze dobra i unikania zła. Broń nas przed wrogami widzialnymi i niewidzialnymi i wspomagaj w naszej codzienności. Za Twoim wstawiennictwem wielu ludzi otrzymało od Boga dar uzdrowienia duszy i ciała, rozwiązania problemów w sytuacjach po ludzku beznadziejnych.

Wejrzyj na nas z miłością, a jeżeli będzie to zgodne z wolą Bożą, uproś nam u Boga łaskę, o którą pokornie prosimy, a przede wszystkim pomagaj nam iść codziennie drogą świętości do życia wiecznego.
Amen.

Reklamy
Opublikowano Pomoc duchowa | Otagowano , , | 3 Komentarze

Miesięcznik Egzorcysta: Czy Toronto Blessing przynosi owoce Ducha Świętego?

Od kilku lat narasta w Polsce problem wpływu amerykańskich wspólnot charyzmatycznych na wiernych Kościoła katolickiego.

Chodzi tu szczególnie o grupy biorące swój początek w przebudzeniu zwanym Toronto Blessing, które podobno nieprzerwanie trwa do dzisiaj w tym samym miejscu. Na czym to przebudzenie polega?

Toronto Blessing to domniemane wylanie Ducha Świętego na ludzi ze wspólnoty Toronto Airport Christian Fellowship (TACF), wcześniej nazywanej Toronto Airport Vineyard. 20 stycznia 1994 r. podczas kazania pastor Kościoła Zielonoświątkowego, Randy Clark, dał świadectwo o tym, jak „upijał się” Duchem Świętym i miał niekontrolowane napady śmiechu. W odpowiedzi na jego świadectwo zgromadzeni zaczęli się śmiać, warczeć, tańczyć, trząść się, szczekać jak psy, a nawet przewracali się na podłogę niczym sparaliżowani. Doświadczenia te przypisywano Duchowi Świętemu. Pastor John Arnott nazwał to „wielką ucztą Ducha Świętego”. Zjawisku nadano nazwę Toronto Blessing, a TACF przyciągnęła uwagę całego świata.

Wspólnota TACF znana jest z emocjonalnych wybuchów i dziwnych pod kątem psychologicznym zachowań swoich członków. Pastor Arnott zaczął skupiać się niemal wyłącznie na „uczcie Ducha Świętego”. Doświadczenia odgrywały większą rolę niż Pismo Święte. Tego było zbyt wiele nawet dla niezwykle charyzmatycznego Vineyard Movement, który w 1995 r. odciął się od grupy TACF.

Wielu liderów Toronto Blessing twierdzi, że przebudzenie związane z wylaniem Ducha Świętego odbywa się tam nieustannie. Organizują oni nawet wycieczki z całego świata na konferencję Catch The Fire (Złap ogień) za kwotę ok. 100 USD.

Zjawiska nadnaturalne występujące w TACF trudno przypisać działaniu Ducha Świętego. Jak można wytłumaczyć zachowania ludzi udających małpę, kurę, masowe upadki kilkudziesięciu osób w jednym momencie po tym, jak jeden z pastorów macha swoją marynarką, silne konwulsje, przykurcze karku, drżenia całego ciała? Kiedy na to „błogosławieństwo” (ang. blessing) spojrzy się przez pryzmat Pisma Świętego, łatwo stwierdzić, że Biblia nigdzie nie opisuje wydarzeń podobnych do tych z lotniska w Toronto.
Źródło: Miesięcznik Egzorcysta

Ten, gdziekolwiek go chwyci, rzuca nim, a on wtedy się pieni, zgrzyta zębami i drętwieje. Powiedziałem Twoim uczniom, żeby go wyrzucili, ale nie mogli. Mk 9, 18

Opublikowano Zagrożenia duchowe | Otagowano , | 32 Komentarze

Za wiarą w zabobony stoi demon!

Nie miejmy złudzeń: za wiarą w zabobony stoi szatan. To on chce, byśmy łamali Boże przykazanie, poszukując zdrowia, sukcesu, czy spokoju. A przecież nie ma czego się bać: Chrystus pokonał śmierć!

Wiara i magia
„Nie będziesz miał Bogów cudzych przede mną”. Każdy katolik zna pierwsze przykazanie dekalogu. Zabobony są wykroczeniem właśnie przeciw pierwszemu przykazaniu. Są więc wykroczeniem poważnym. Grzesznik pokazuje, że istotnie ufa innym siłom, szuka pomocy nie Boga, lecz kogokolwiek, nawet, gdyby był to demon. Właśnie demon stoi za wszelkiego rodzaju pokusami każącymi szukać wyroczni, przepowiadania przyszłości czy magii. Niektórzy nawet nie mają się odwagi się przyznać do tego rodzaju duchowego tchórzostwa. „Nie wierzę w zabobony, bo to przynosi pecha” – powiadają.

Otwarcie na zło
Coraz częściej ludzie uskarżają się na niepowodzenia, choroby ciała i duszy, których źródła wykraczają poza naukowe wyjaśnienia. Nie zdają sobie sprawy, że mogą znajdować się w polu oddziaływania sił nieczystych. Co istotne, nie jest to oddziaływanie przypadkowe. Wymaga bowiem zgody osoby, która znajduje się pod ich wpływem. Swoistego „otwarcia” się na ich działanie. Zabobony czy zainteresowanie magią jest najczęstszą inicjacją, która otwiera człowieka na złego ducha. Współcześni egzorcyści mają ręce pełne roboty.

Jest to plaga naszych czasów. W chwili, gdy człowiek w ciągu kilku godzin odbywa podróże międzykontynentalne, medycyna wyeliminowała większość chorób śmiertelnych, a cywilizacja osiąga szczyt swojego rozwoju, w dziedzinie ducha ludzie cofają się do starożytności, mamiąc się dziecinnymi wyliczankami, przysłowiami czy zabawami, które mają świadczyć o tym, że posiadają jakąś tajemną wiedzę niedostępną dla innych osób. Dochodzi do tego, że we Włoszech, kraju katolickim, funkcjonuje już więcej wróżek i wróżbitów niż księży i zakonnic.
Niestety nie lepiej jest w Europie Środkowej i Wschodniej, gdzie pogańskich tradycji nigdy nie udało się wykorzenić. W Rydze na jednym z mostów, młodzi ludzie umieszczają kłódki a klucze wrzucają do Dźwiny. Ten zabobon dotarł także do Polski, podobnie jest np. we Wrocławiu. Kłódka ma być symbolem trwałego związku. Jednak, gdy jeden z Łotyszy zapragną rozwieść się z żoną, pospieszył na most by przeciąć swą kłódkę. Poślizgnął się, wpadł do rzeki i utopił się. Może litościwy Pan uchronił go w ten sposób przed śmiertelnym grzechem cudzołóstwa?

Zero tolerancji
Pan Bóg jest Bogiem zazdrosnym – mówi Pismo. Innymi słowy nie toleruje On żadnego odstępstwa. W swojej miłości daje nam nieograniczoną wolność. Możemy Go odrzucić. Ale wierność traktuje On laurem świętości. Wierność Bogu Jedynemu jest wynagradzana sowicie. Wiernego Bóg nie opuszcza nigdy. Nagradza wierność Abrahama, wierność trzech młodzieńców w piecu ognistym, wierność braci idących po kolei ochoczo na śmierć na oczach matki, którzy nie zgodzili się na odstępstwo, czy wreszcie wierność św. Józefa, ziemskiego opiekuna Jezusa. Zapewne niektórzy z nas także doświadczyli natychmiastowej nagrody Boga za dochowanie wiary.

Dlatego może dobrze jest sobie zadać pytanie, czy Bóg rzeczywiście jest moim Jedynym Bogiem, czy nie mam innych bogów? Czemu poświęcam najwięcej czasu? Może jestem czcicielem mamony, prawdziwego boga tego świata? Może moim bogiem jest alkohol? Może seks? Może adoruje godzinami telewizor? A może swoje ciało, namaszczając je kosmetykami, pieszcząc je bez końca w wannie, snem lub na siłowni. Ojcowie kapucyni mówią, że gdy przyjdzie sąd ostateczny Chrystus w naszym ciele będzie doszukiwał się podobieństw ze sobą. Czy jestem podobny do Chrystusa, czy mam jego rany, ślady bicza, czy umieram dla drugiego człowieka, czy dźwigam swój krzyż?
Zarówno magia, jak i zabobon mogą być postrzegane jako atrakcyjna z pozoru droga na skróty. Droga, która omija krzyż. Demon trzyma nas człowieka w nieustannym lęku przed cierpieniem i śmiercią. Praktyki okultystyczne, nawet w wersji „light” takiej jak czytanie horoskopów, stawianie sobie kart czy ostrożność w piętek trzynastego, mają być przecież sposobami na przechytrzenie losu, uniknięcie nieprzyjemnych sytuacji, dokonanie najbardziej optymalnego wyboru, osiągnięcie wymarzonego sukcesu. Jeśli chcesz zobaczyć swojego boga spójrz w lustro. Świat ma wyglądać tak ja chcę. Inni mają się zachowywać tak, jak ja sobie wyobrażam. Nawet Bóg ma spełniać moje prośby natychmiast wtedy, gdy ja o to poproszę.

Ostrzega prorok Izajasz:
„Mówiłaś: To już na wieki będę zawsze władczynią. Nie wzięłaś sobie do serca tych zdarzeń, nie rozpamiętywałaś ich końca.

A teraz posłuchaj tego, Wykwintna, siedząca sobie bezpiecznie, która mówisz w sercu swoim: Tylko ja i nikt inny! Nie zostanę wdową i nie zaznam sieroctwa.
Lecz spadnie na ciebie jedno i drugie w jednym dniu, niespodzianie. Sieroctwo i wdowieństwo w pełni spadną na ciebie, pomimo wielu twoich czarów i mnóstwa twoich zaklęć.
Polegałaś na twojej złości, mówiłaś: Nikt mnie nie widzi. Twoja mądrość i twoja wiedza sprowadziły cię na manowce. Mówiłaś w sercu swoim: Tylko ja, i nikt inny!
Lecz przyjdzie na ciebie nieszczęście, którego nie potrafisz zażegnać, i spadnie na ciebie klęska, której nie zdołasz odwrócić, i przyjdzie na cię zguba znienacka, ani się spostrzeżesz.
Trwajże przy twoich zaklęciach i przy mnogich twych czarach, którymi się próżno trudzisz od swej młodości. Może zdołasz odnieść korzyść? Może zdołasz wzbudzić postrach?” (Iz 47,7-12)

Do Boga przez Krzyż
Głupiemu człowiekowi nieraz wydaje się, że Bóg go nie widzi, że można go przechytrzyć, że jest się mądrzejszym od swego Stwórcy. Myśląc w ten sposób oszukujemy samego siebie. Sięgając po zabobon poszukujemy innych sojuszników. Tam gdzie nie trzeba. Tym samym plujemy Bogu w twarz. A on, którego nie można przecież obrazić, po raz kolejny Swą twarz wyciera i z miłością wyciąga do nas rękę.

Nie miejmy złudzeń. Nie uciekniemy od cierpienia. Większość naszych planów nigdy się nie powiedzie. Jedynym celem naszego ziemskiego życia jest śmierć. A życie jest krótkie. Dlatego naszą jedyną powinnością jest odczytanie planów Boga względem naszego życia. Jak podpowiada zaś Tradycja Kościoła, modlitwa powinna być prośbą o „dostrojenie się” do Bożego planu względem nas.
U stóp Krzyża Chwalebnego, używanego podczas celebracji liturgicznych przez wspólnoty Drogi Neokatechumenalnej, przedstawione są węże. Wymowa tego jest prosta. Jeśli decydujesz się na zejście ze swojego krzyża, ukąszą cię węże.  Demon jest zaś jak pies na łańcuchu. Im bliżej podejdziesz, tym większe prawdopodobieństwo, że ugryzie. Im dalej się trzymasz, tym jesteś bezpieczniejszy, a najbardziej bezpieczny jesteś… na swoim krzyżu.
Tylko Chrystus zwyciężył śmierć. Nie musimy już się bać. Śmierć została pokonana. On pokazał nam wzór miłości, która zawstydziła jego wrogów. Umierać za drugiego człowieka, umierać nawet za nieprzyjaciela. Bóg kocha nas takimi jesteśmy. Bezwarunkowo. Nawet wtedy, gdy go zdradzamy. Pozwoli nam zawsze powracać. Jak dobry, kochający Ojciec. Już czas odwzajemnić tę miłość. 
Tomasz Teluk

Ks. Adam Siegieniewicz, egzorcysta: „Zabobony – tradycja czy zagrożenie?” 

Opublikowano Pomoc duchowa | Otagowano , , | 30 Komentarzy

16 listopada – święto Matki Bożej Miłosierdzia.

Matka Boża Miłosierdzia
http://www.faustyna.pl

Maryja jest Tą, która w sposób szczególny i wyjątkowy doświadczyła miłosierdzia, a równocześnie też w sposób wyjątkowy okupiła swój udział w objawieniu się miłosierdzia Bożego ofiarą serca. Ona najlepiej zna tajemnicę Bożego miłosierdzia. Wie, ile ono kosztowało i wie, jak wielkie ono jest (por. DM*, 9).

Matka Boża Miłosierdzia choć czczona jest w Kościele pod tym tytułem od dawna, to jednak literatura teologiczna na ten temat jest wyjątkowo skąpa. Matka Boża Miłosierdzia jest przede wszystkim Tą, która dała światu Syna Bożego, Wcielone Miłosierdzie, i daje Je nieustannie, prowadząc do Niego wszystkich wierzących. Najpełniejsze uzasadnienie tego tytułu Maryi współcześnie podaje Ojciec Święty Jan Paweł II w encyklice „Dives in misericordia”. Pisze w niej, że Maryja jest najpierw Tą, która w sposób wyjątkowy doświadczyła Bożego miłosierdzia, gdy została zachowana od grzechu pierworodnego i obdarzona pełnią łaski, by stać się Matką Syna Bożego. W czasie Zwiastowania wyraziła zgodę, w Betlejem porodziła Syna Bożego w ludzkim ciele i przez całe życie uczestniczyła w objawianiu przez Niego tajemnicy miłosierdzia Bożego aż po ofiarę, którą złożyła u stóp krzyża. Dlatego Maryja jest Tą, która najpełniej zna tajemnicę Bożego miłosierdzia, wie, ile ono kosztowało i jak wielkie ono jest (DM* 9).
Ona też głosi miłosierną miłość Boga z pokolenia na pokolenie od dnia, w którym wyśpiewała „Magnificat’ na progu swej krewnej Elżbiety, i prowadzi ludzi do Zbawicielowych zdrojów miłosierdzia. Miłosierna miłość Boga w dziejach Kościoła i świata nie przestaje objawiać się w Niej i poprzez Nią. Jest to objawienie szczególnie owocne – napisze Jan Paweł II – albowiem opiera się w Bogarodzicy o szczególną podatność macierzyńskiego serca, o szczególną wrażliwość, o szczególną zdolność docierania do wszystkich, którzy tę właśnie miłosierną miłość najłatwiej przyjmują ze strony Matki(DM*, 9).

Maryja jest Matką Miłosierdzia także i z tego względu, że przez Jej pośrednictwo spływa na świat miłosierdzie Boga w postaci wszelkich łask. Jej macierzyństwo wobec wszystkich ludzi trwa nieustannie – jak podkreśla Sobór Watykański II – albowiem wzięta do nieba, nie zaprzestała tego zbawczego zadania, lecz poprzez wielorakie swoje wstawiennictwo ustawicznie zjednuje nam dary zbawienia wiecznego. Dzięki swej macierzyńskiej miłości opiekuje się braćmi Syna swego, pielgrzymującymi jeszcze i narażonymi na trudy i niebezpieczeństwa, póki nie zostaną doprowadzeni do szczęśliwej ojczyzny(KDK**, 62).
Maryja nazywana jest Matką miłosierdzia, Matką Bożą miłosierdzia lub Matką Bożego miłosierdzia, a każdy z tych tytułów – jak pisze papież Jan Paweł II – ma głęboki sens teologiczny. Te tytuły mówią bowiem o Maryi jako o Matce Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego. Jako o Tej, która doświadczywszy miłosierdzia w sposób wyjątkowy, w takiż sposób „zasługuje” na to miłosierdzie przez całe życie, a nade wszystko u stóp krzyża swojego Syna (DM 9). Ona je głosi i wyprasza całemu światu.

Matko, Twoja pokora, uniżenie i całkowite zawierzenie Bogu wyniosło Cię do godności Królowej Nieba. Zaszczytne tytuły nie przemieniły Twojej natury. Nadal pozostajesz cicha, wierna i całkowicie oddana Bogu. Służysz Mu nadal kierując ludzi ku Bożemu Majestatowi, nie zatrzymując ich wzroku na sobie. “Od śmierci Pana Jezusa Maryja stała się naszą Matką Miłosierdzia, albowiem wyjednała nam łaski i sprowadza Miłosierdzie Boże na nas”. Dziękujmy Bogu za zaufanie jakim obdarzył Matkę Swego Syna i za Jej pokorne “fiat”, które przemieniło świat: “wielbi dusza moja Pana i raduje się Duch mój w Bogu Zbawicielu moim, bo wejrzał na uniżenie swojej służebnicy! Wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny, a Jego miłosierdzie z pokolenia na pokolenie!”

Inne modlitwy i kult: http://www.faustyna.pl/

MODLITWA DO MATKI BOSKIEJ OSTROBRAMSKIEJ

O Pani moja, Święta Maryjo!
Twojej łasce, osobliwej straży i miłosierdziu Twojemu dzisiaj i każdego dnia, i w godzinę śmierci mojej duszę i ciało moje polecam; wszystkie nadzieje i pociechy moje, wszystkie uciski i dolegliwości, życie i koniec życia mojego Tobie poruczam, aby przez zasługi Twoje wszystkie uczynki moje były sprawowane i rządzone według Twojej i Syna Twego woli. Amen.

Najświętsza Maryja Panna Ostrobramska Matka Miłosierdzia

Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie;
Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie
Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie.

Panno święta, co Jasnej bronisz Częstochowy
I w Ostrej świecisz Bramie! Ty, co gród zamkowy
Nowogródzki ochraniasz z jego wiernym ludem!
Jak mnie dziecko do zdrowia powróciłaś cudem,
(Gdy od płaczącej matki pod Twoją opiekę
Ofiarowany, martwą podniosłem powiekę
I zaraz mogłem pieszo do Twych świątyń progu
Iść za wrócone życie podziękować Bogu),
Tak nas powrócisz cudem na Ojczyzny łono.

Adam Mickiewicz

Ostra Brama w WilnieZarówno cudowny obraz, jak i kaplica, w której się mieści, oraz sama Ostra Brama mają bogatą historię, ściśle wiążącą się z historią rozbudowy Wilna. Na przełomie XV i XVI w. postanowiono otoczyć je murem obronnym. Powstało dziewięć bram miejskich, z których jedna (jedyna zachowana do naszych czasów) nosiła nazwę Miednickiej, inaczej Krewskiej. Nieco później przyjęła się inna nazwa bramy – Ostra. Zgodnie z tradycją na bramach obronnych zawieszano święte obrazy. Ostra Brama po obu jej stronach również miała własne obrazy, które po pewnym czasie uległy zniszczeniu. Jednym z tych obrazów był wizerunek Matki Bożej. Z czasem miejsce to stało się miejscem modlitwy do Maryi.
Kult Matki Miłosierdzia z Ostrej Bramy jest ogromny i niezrównany w swej sile. Sięga drugiej połowy XVII w. i wiąże się z obroną murów miasta. Jednakże wyraźne jego wzmożenie nastąpiło w I połowie XVIII w. Szczególny rozwój czci Matki Miłosierdzia nastąpił po rozbiorach Polski. W 1993 roku modlił się w kaplicy w Ostrej Bramie św. Jan Paweł II. Ofiarował wtedy Matce Bożej Miłosierdzia złotą różę. Kult Matki Bożej Ostrobramskiej jest ciągle żywy i obecny nie tylko na terenie Litwy, ale także w sąsiednich krajach. W Polsce około 30 parafii ma za patronkę Matkę Bożą Ostrobramską.
Więcej: kliknij 

UWAGA – Kandydaci na Niewolników Maryi
16 listopada 2017 r. godz. 18.00  Siekierki , W-wa:
Msza święta, a po niej spotkanie z ks. Dominikiem Chmielewskim

Drodzy Kandydaci na Niewolników Maryi,
W ramach prowadzonych przez naszą Wspólnotę Niewolników Maryi przygotowań do Oddania się Bogu przez Maryję wg wskazań św. Ludwika Marii Grignion de Montfort, od 5 listopada br., mamy dla Was propozycję dodatkowego spotkania na zakończenie I Okresu 33 dniowych ćwiczeń duchowych. Poprowadzi je dla nas ks. DOMINIK CHMIELEWSKI SDB.
Spotkanie to odbędzie się w Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Matki Miłosierdzia – czwartek, 16 listopada 2017 r. po Mszy św. o godz.18.00 w Sanktuarium Matki Bożej Nauczycielki Młodzieży


więcejhttps://pomaranczki.wordpress.com/2017/11/13/3525/ 

Opublikowano Aktualności | Otagowano | 50 Komentarzy

Świadectwo byłego różdżkarza S. Kota: „różdżki i wahadełka poszły na złom”

Najpierw odkrywał źródła wody. Potem diagnozował już choroby. Dysponował ogromną mocą. Niestety, radiestety.

Przez kilkanaście lat miałem zarejestrowany zakład usług radiestezyjnych – opowiada Stanisław Kot z Rybnika. – Moja działalność polegała przede wszystkim na wskazywaniu miejsc pod kopanie i wiercenie studni oraz wskazywanie tzw. pasów zadrażnień w mieszkaniach. Zaczęło się od kursu w Kaliszu. Przyjechali na niego ludzie z całej Polski. Pojechałem, bo akurat wujek kopał studnię, chciałem mu pomóc i wskazać miejsce, gdzie powinien zacząć robotę… 
Na pierwszym kursie była pani Janka – jasnowidz. Byłem wprost zszokowany, gdy okazało się, że jedno z naszych ćwiczeń polegało na tym, by odgadnąć, z jakiego materiału jest wykonany przedmiot schowany w portmonetce. Jak to wyczuwaliśmy? Uczono nas, że każdy materiał jakoś promieniuje. A my mieliśmy wyczuwać te promienie. Odgadywać, co to za materiał na podstawie wahnięć i obrotów wahadełka. Ono było naszym przewodnikiem. 
Inne ćwiczenie? Przez Kalisz płynie rzeka Prosna. Musieliśmy znaleźć miejsce, gdzie znajduje się woda zdatna do picia. I znów byłem w grupie z panią Janką. A ona, będąc daleko od rzeki, orzekła: to woda niezdatna do picia, płynie na głębokości 3 metrów. To rura ze ściekiem. Dla mnie to był szok. Poszedłem nad Prosnę. I rzeczywiście na głębokości 3 metrów była rura, z której wypływały ścieki. Pomyślałem: „Panie Boże, żebym ja tak umiał… Jakie to jest piękne!”. Koledzy, którzy wrócili z obiadu, opowiadali przejęci, że pani Janka chodziła za kelnerem i pokazywała, jaką ma aurę, a potem zapłaciła za obiad… serwetką, a on wydał jej resztę w polskich złotych. Zahipnotyzowała go. Sporo w tym Kaliszu widziałem. Zachwyciłem się. Przecież to jest piękne! To jest boskie!

Hydrozagadka
Wróciłem do domu. Zacząłem wujkowi pokazywać miejsce pod studnię. Rewelacja! Byli tacy, którzy przyjeżdżali z kwiatami, by mi podziękować. Boże, to jest to! Wreszcie daję ludziom szczęście. Nie mieli wody – mają wodę. I to tyle, że aż się rozlewa. Pamiętam studnię w Orzeszu. Firma hydrogeologiczna z Tychów stwierdziła definitywnie, że na tym terenie nie ma żadnej wody, a po wywierceniu otworu we wskazanym przeze mnie miejscu na głębokości dwudziestu paru metrów okazało się, że było jej mnóstwo. Panie Boże, Ty mi dałeś ten dar. To jest przecież od Ciebie!

Rozpocząłem inne kursy. Jeszcze bardziej odzierałem życie z tajemnic. Widziałem, że ludzie wskazują wodę już nie w terenie, ale na podstawie samej mapy. To dopiero moc! Wróciłem do domu. Przed domem stał mercedes pewnej pani biznesmen. Powiedziała: „Jeśli do jutra nie wskaże pan, gdzie jest woda, to mi firma pojedzie. A ja mam kurniki, moje kury potrzebują mnóstwa wody”. Do jutra? Co robić? Nie dam rady! Powiedziałem: „Ma pani mapę?”. „Mam”. „To jedziemy z tą mapą do moich liderów, którzy prowadzili kurs. Oni wskażą miejsce z mapy, a ja spróbuję to samo zrobić w terenie”. Pojechaliśmy do krakowskiego hotelu Wanda. Wchodzimy do pokoju. Siedzą cztery osoby. Mówimy, jest taka i taka sprawa. Macie tu mapę, szukajcie wody. Szef rzucił: „Niech każdy zaznaczy punkt. A, B, C, D. Stasiu pojedzie jutro na miejsce i wyznaczy punkt w terenie. Zrobicie odwiert. Kto prawidłowo wytypuje, ten dostanie zapłatę”. Padła kwota. Powiem tylko tyle, że gdy kierowca, z którym wracałem autostradą, usłyszał, ile chcą za tę usługę, strzałka szybkościomierza spadła ze 140 do 80 (śmiech). Ogromne pieniądze.
Nazajutrz pojechaliśmy na działkę, wskazałem miejsce. Gdy fachowcy nawiercili dziurę na 12 metrach, trafili na wodę. Powiedzieli, że takiej studni jeszcze nie widzieli. Można było tą wodą zasilać niejedną wieś. Panie Boże, ja to potrafię! Kto zgadł ten punkt na mapie? Mój szef…


Stany chorobowe

Wydawało się, że Bóg otworzył mi niebo, że złapałem Go za nogi. Po jakimś czasie doszło do tego, że widziałem stany chorobowe u ludzi. I ta moja diagnoza potwierdzała się! Opowiadało mi o tym wiele osób. Byliśmy kiedyś na egzaminie. Powiedziałem jednej kobiecie: „Ma pani problem z tarczycą z lewej strony i woreczkiem żółciowym”, a kobieta krzyknęła: „Panie! Ile ja się nachodziłam po lekarzach, by mi to zdiagnozowali! A pan mi to w ciągu minuty powiedział…”. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że to, czym dysponuję, jest boskie. Że zaczynam dysponować ogromną mocą. Mam władzę. Rosnę w siłę.

Kiedyś z bratem przeglądaliśmy tablice matematyczno-fizyczne. Zadawaliśmy sobie różne pytania o Jowisza, Uran, inne planety. Nagle mój brat rzucił: „Powiedz, jakie jest napięcie akumulatora niklowo-kadmowo-jakiegoś”, a ja bez zmrużenia oka wyrecytowałem mu tę skomplikowaną liczbę. Zamurowało go. Byłem przez lata sztygarem w ruchu kolejowym. Kiedyś ustawiacz żalił się dyżurnej ruchu: „Ty wiesz, ile było tych wagonów, ile razy musiałem tę zwrotnicę obrócić!”, a ja na to: „38”. Kopara mu opadła.
Zacząłem stawiać siebie w miejscu Boga. Praktycznie, bo w teorii wciąż byłem praktykującym katolikiem. Uczestniczyłem nawet w rekolekcjach zorganizowanych dla radiestetów. To były czasy, gdy nie mówiło się o radiestezji jako o wielkim zagrożeniu duchowym. Na wykładach nieustannie żonglowano biblijnymi cytatami. Mojżesz znalazł przecież w skale wodę, bo szedł z różdżką jednoramienną, a tłum Izraelitów, który kroczył za nim, wzmagał sygnał radiestezyjny. Cud? Nie. Czysta radiestezja.
 Wszystko miało naukową podbudowę. Skończyłem studia, myślałem, że niełatwo mnie będzie nabrać. Radiestezja ma sporą literaturę. Dziś wiem, że pseudonaukową.
Widziałem rzeczy niezwykłe. Byłem na wykładzie w Nowej Hucie. Wykładowca opowiadał i opowiadał. Stał tyłem do nas. A w pierwszym rzędzie jeden z nas za pomocą wahadełka i tablicy kolorów badał, jaką kto ma aurę. Nagle wykładowca, nie odwracając się, rzucił: „Franek, ty nie sprawdzaj teraz ludzi, tylko zajmij się słuchaniem wykładu”. Skąd on o tym wiedział? To był pokaz siły.

Ślepa uliczka
Dziś widzę, że to była pułapka. To jest tak, jakbyś chodził po znajomym lesie. Są w nim ścieżki, które świetnie znasz. Ale człowiek wybiera drogę na skróty. Idzie od drzewa do drzewa, od kwiatu do kwiatu, aż znajdzie w się miejscu, którego nie zna. Zaczyna się bać, bo nie wie, dokąd doszedł. Zabłądził. A gdy prowadzi cię zły duch, rychło może się okazać, że budzisz się w klatce własnego „ja” albo na skraju przepaści. Teraz wystarczy tylko leciutko cię popchnąć.

Wierzę w aniołów, Bożych posłańców. Kiedyś jeden z moich znajomych przyszedł do mnie i bez ogródek wypalił: „Słuchaj, Staszek. To, czym się zajmujesz, jest działaniem złego ducha. Chcesz? Załatwię ci rozmowę z egzorcystą”. Zmroziło mnie. „Co ty mi tu gadasz??? Te wszystkie wróżki w telewizji to jest magia! Co ty wygadujesz!” Wkurzyłem się.
Uratował mnie archanioł, czyli moja żona. Była przy mnie, widziała, jak to przeżywałem, jak się szarpałem. To był przełom. I początek procesu rozeznawania duchowego. Każdy taki proces zaczyna się od zbierania informacji. Rzuciłem się na książki. Co to takiego jest ta radiestezja? Tłumaczono nam, że to słowo ma korzenie greckie: to – dosłownie tłumacząc – „wyczuwanie promieni”. Promieniowanie jest wszędzie, ale nie wszyscy je odczuwają. Jeśli je wyczuwasz, jesteś wybrany. Przez kogo?
Toczyłem straszną walkę. Boże, co się zaczęło dziać… Nagle ludzie zaczęli do mnie walić drzwiami i oknami. Zasypali mnie mnóstwem propozycji. „Panie Staszku, pan mi poszuka wody…” Oganiałem się od nich. Widziałem, że ktoś nie chce mnie tak łatwo wypuścić z garści. Odpowiadałem wszystkim: „Nie i koniec! Skończyłem z tym”. Różdżki i wahadełka poszły na złom.

Nareszcie wolny!
Pomyślałem o swoim sprzęcie. W tej branży oprócz własnego ciała używa się różdżki i wahadełka. Na początku swej działalności, ponieważ uważałem, że to działanie boskie, prosiłem znajomego kapłana, by… poświęcił mi ten sprzęt. I poświęcił. Po niedługim czasie zauważyłem, że ten poświęcony sprzęt gdzieś się stracił. Zgubiłem go? Przepadł? Nie wiem. Nie mogłem go nigdzie znaleźć. To było ważne wydarzenie.
Zacząłem przyglądać się swoim liderom. W jaki sposób diagnozują choroby i czytają ludzkie myśli? Zobaczyłem, że nie żyją przykazaniami. Nie mają normalnych rodzin. Ten był rozwiedziony, tamten rozwiedziony. Przypomniałem sobie, że gdy byliśmy przy czakramie na Wawelu i szukaliśmy dobrej energii, tak wiele mówiliśmy o dobru, o Bogu, a tylko ja z kolegą w katedrze uklęknęliśmy przed Najświętszym Sakramentem. Moi szefowie szukali jedynie energii. A energia była bezosobowa. Bóg był energią, kosmos był energią. Wszystko było energią.
Drugi anioł przyleciał z Indii. Był to zakonnik. Doprowadził do tego, że poszedłem do spowiedzi generalnej. Wyznałem wszystko. Dotarłem do odległych zakamarków, do których sięgała moja pamięć. Trzecim aniołem jest moja wspólnota. I kapłani z tej wspólnoty. Oni przemienili mój smutek w radość. Dlaczego byłem smutny? Bo uważałem się za kogoś lepszego od innych. A to powoduje ogromny smutek, zamknięcie w sobie, wyobcowanie, wchodzenie do klatki.
W Liście do Galatów św. Paweł pisze, że owocem złego ducha jest smutek, bałwochwalstwo, niecierpliwość, rozłam. Owocem Ducha Bożego jest radość i pokój. Czyli to, co dzieje się teraz w moim sercu. Bo, wie pan, ja byłem przez te wszystkie lata potwornie smutny, skupiony na sobie. Nawiedzały mnie natrętne myśli, często nawet samobójcze. Byłem niesamowicie smutny. Moja żona może o tym zaświadczyć. Niewiele mnie cieszyło. Na weselach siedziałem jak na pogrzebie. Dopiero gdy zostawiłem radiestezję i oddałem życie Jezusowi, przyszła ogromna radość. I nagle straciłem wszystkie „cudowne” właściwości. Wszystko odpadło. Teraz zachwycam się cudami, które czyni Jezus.

Zamurowało mnie
Byliśmy na kursie „Emaus” w Chwałowicach. Na jednym ze spotkań trzeba było wymienić postacie ze Starego Testamentu, które nas jakoś zafascynowały. Wymieniłem Józefa, a Andrzej, facet prowadzący spotkanie, nie znając mojej historii, wypalił z głupia frant: „A czemu właśnie on? Czym cię tak ujął? Pustą studnią?”.

Zatkało mnie. Nie wiedziałem, co powiedzieć… Nie mogłem tego przeżyć. Przez dwa dni cały „chodziłem”. Chciałem uciec. Po dwóch dniach przyszliśmy wieczorem głodni jak wilki na stołówkę, a animatorzy powiedzieli: „Dziś zamiast jedzonka na kolację będzie słowo Boże”. Dali nam Biblię i powiedzieli: „Jedzcie” (śmiech). Otwarłem Biblię na chybił trafił i przeczytałem: „Jezus przy studni”. Ugięły się pode mną nogi.
Ostatni dzień. Świadectwa. Wyszedłem na środek i powiedziałem: „Andrzej, nie wiesz nawet, do kogo powiedziałeś o pustej studni. Nie masz pojęcia, czym były dla mnie te słowa. Znalazłem w życiu ponad setkę studni. Doskonale wiem, co znaczą słowa: pusta studnia. Po tych słowach chciałem spakować manatki i wyjechać z kursu. Zwiać jak najdalej. Dlaczego? Bo sam czułem się jak pusta studnia. Na szczęście Jezus odpowiedział na moje wołanie. Powiedział: »Staszek, zasypuję twoją studnię piaskiem. Ja jestem źródłem wody żywej… Teraz to Ja jestem twoją studnią«”.

Lanie wody
– Jakie siły rządzą bioenergoterapią i radiestezją? Energia kosmiczna? Tajemnicze promieniowanie radiestezyjne? Egzorcyści nie mają wątpliwości, że chodzi o działanie demoniczne – mówi ks. Jarosław Międzybrodzki, egzorcysta. – Gdyby to mówiło tylko dwóch lub trzech egzorcystów, można byłoby uznać, że to wymysł obłąkańców. Ale na krajowe spotkania przyjeżdża po stu egzorcystów i każdy mówi w tej sprawie to samo – podkreśla ks. Międzybrodzki. – Pół biedy, jeśli bioenergoterapeuta jest oszustem. Jego pacjentom zdrowie poprawia się dzięki efektowi placebo, czyli od samego przekonania w moc uzdrowiciela. O wiele bardziej niebezpieczne jest, jeśli bioenergoterapia rzeczywiście jakoś działa. Egzorcyści są pewni, że stoi wtedy za tym inteligentna istota duchowa. Wejście w kontakt z nią czasem fatalnie się kończy.

Choć słowa „bioenergoterapia” ani „radiestezja” nie padają w „Katechizmie Kościoła Katolickiego”, to radzę przeczytać artykuł 2117 i dwa poprzednie. „Wszelkie praktyki magii lub czarów, przez które dąży się do pozyskania tajemnych sił, by posługiwać się nimi i osiągnąć nadnaturalną władzę nad bliźnim – nawet w celu zapewnienia mu zdrowia – są w poważnej sprzeczności z cnotą religijności”. Badania naukowe nie potwierdziły, że ruchami wahadełka rządzą prawa fizyki. Według geologów, żyły wodne w ogóle nie istnieją. Owszem, zdarzają się podziemne rzeki, ale w wapiennych skałach, a nie w glinie. A na terenie Polski występują głównie na przemian warstwy gliny i piasku. Doktor Przemysław Kiszkowski należał do zespołu fizyków z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, którzy próbowali radiestezję potwierdzić naukowo. Wierzyli, że to możliwe. Od 1974 r. przebadali około 300 osób i zorganizowali 10 obozów naukowych w różnych miejscach Polski. – Straciliśmy na to 9 lat pracy. 
Wyniki są jednoznaczne: od strony naukowej nic się za radiestezją nie kryje – mówi dziś dr Kiszkowski.
Źródło: Gość.pl

Opublikowano Pomoc duchowa | Otagowano , , , | 34 Komentarze

Walka z szatanem czyli słów kilka o matce Speranzie, która uratowała życie św. Janowi Pawłowi II

 Walka z szatanem

Wielokrotnie na łamach włoskiej prasy i w innych mediach, jeszcze za życia Matki Speranzy, mówiono, że podobnie jak wielu innych świętych – a tak ją postrzegano – walczyła bezpośrednio z szatanem. Te walki określane były jako fenomen mistyczny, który przeżywała zakonnica. Było ich wiele, bardzo często miały drastyczny przebieg.

Matka Speranza widziała szatana twarzą w twarz wiele razy. Przewracał ją, zrzucał ze schodów. Zdarzało się też, że widziała w swym pokoju ogień, diabeł podpalał jej pościel i łóżko, a także notatki.

Połamał wiertła
W 1959 roku Matka Speranza przyjechała do Collevalenzy w Umbrii; w ogrodzie, który wcześniej widziała w wizji otrzymanej od Pana Jezusa, wskazała miejsce, gdzie należało szukać wody. Podeszła tam, pomodliła się i nogą zrobiła na ziemi znak krzyża. Powiedziała: tutaj będzie woda. Nikt w to nie wierzył, bo geolodzy twierdzili, że wody w tym miejscu nie ma.

Szatan starał się nie dopuścić do wiercenia studni. Zagroził Matce Speranzy, że połamie wiertła i zabije wszystkich robotników, którzy będą pomagać w szukaniu wody. Nie zrealizował tej ostatniej groźby, ale wiertła łamały się jedno za drugim. Dotarto na głębokość 12 metrów, ale woda nie wytrysnęła. Matka Speranza zdecydowała się, by budować tzw. studnie rzymskie, kopane na ponad 20 metrów. Ale i na tej głębokości nie było ani kropli wody. Ludzie byli załamani i zawiedzeni, a szatan drwił z Matki Speranzy, twierdząc: Teraz wszyscy się od ciebie odsuną.

Ona jednak odrzucała te drwiny i ufając Chrystusowi, kazała kopać dalej. Gdy na głębokości 24 metrów wody wciąż nie było, Matka Speranza postanowiła sprowadzić z firmy w Weronie wiertła przemysłowe. Pracowano dalej. Szatan był tak wściekły na zakonnicę za jej upór, że któregoś ranka zrzucił ją ze schodów.

Ksiądz Mario Gialletti, jeden z kapłanów, który był obecny podczas tych prac, opowiadał, że gdy Matka Speranza mówiła o groźbach szatana, na wszystkich padał strach. Tylko ona się nie bała. – Staraliśmy się powstrzymywać nasz lęk, patrząc na wiarę Matki Speranzy. Dotarliśmy na głębokość 60 metrów, a wody nie było nadal. Byliśmy zdesperowani. Diabeł dotykał chyba nas samych – zaczęliśmy się śmiać z decyzji Matki, przestawaliśmy wierzyć. Czuliśmy, że szatan próbuje rozbić naszą więź, zniszczyć zaufanie, wiarę. Ale Matka Speranza mówiła: „Musicie mieć wiarę”, i kazała wiercić dalej. Kiedy doszliśmy do 92 metrów, woda wytrysnęła bardzo obficie – wspomina ks. Gialletti. Opowiadając o Matce Speranzy, podkreśla, że szatan walczył z nią, nie chcąc dopuścić, by Collevalenza stała się miejscem pielgrzymek. Dziś przyjeżdża tam bardzo wiele osób, prosząc o uzdrowienie fizyczne i duchowe i obmywając się w tutejszych basenach. Nie przybywają sami – pomagają im inni ludzie. Rodzi się pomoc, współpraca, a tego szatan nienawidzi.

Spotkania z ojcem Pio
Matka Speranza miała również wyjątkowy kontakt ze św. Ojcem Pio. Spotykała się z nim w różnych miejscach, prosząc go o szczególną modlitwę. Kiedyś o. Alberto D’Apolito, zakonnik bardzo blisko związany z Ojcem Pio, opowiadał, że w lutym 1970 r., gdy był w Terni, aby wygłosić konferencję o świętym Ojcu (przypomnijmy, że o. Pio zmarł 23 września 1968 roku), udał się również do Collevalenzy, by spotkać się Matką Speranzą. Chciał też zobaczyć konstrukcję sanktuarium.

Podczas tego spotkania ojciec D’Apolito prosił Matkę, by modlić się o kanonizację Ojca Pio. Opowiadał jej o nim wiele. W pewnym momencie Matka Speranza przerwała jego opowieść, mówiąc: „Znam św. Ojca Pio od bardzo dawna”. Wtedy o. Alberto zapytał, gdzie go poznała, bo przecież nigdy nie był w Collevalenzy. Odrzekła, że wielokrotnie spotykała go w Rzymie w latach 1937-1939. „Widziałam dokładnie jego twarz i te szczególne rękawice, pod którymi krył swoje stygmaty. Zawsze go pozdrawiałam, a on się do mnie uśmiechał” – mówiła. Wtedy o. Albert zrozumiał, że Matka Speranza miała ze św. Ojcem Pio kontakt dzięki jego fenomenowi bilokacji, ponieważ św. o. Pio był w Rzymie tylko raz w życiu, a było to w roku 1917.

Nawróceni masoni
Matka Speranza miała w swojej celi obraz przedstawiający w Ogrodzie Oliwnym Jezusa, po którego twarzy spływa krew. Chciała, by taki wizerunek znajdował się również w innych pomieszczeniach, gdyż mówiła, że w Ogrodzie Oliwnym Jezus pozostał sam i tam doświadczał obecności złego. Do walki z szatanem przygotowywała się nie tylko przez modlitwę, ale i pokutę. W miejscowym muzeum można zobaczyć metalowe kolczaste pasy pokutne, które nosiła.

Do Collevalenzy przybywają nie tylko pielgrzymi, ale także sataniści i masoni. Wielu z nich przychodziło do Matki Speranzy i wielu się nawróciło. Zawsze gdy dochodziło do nawróceń, szatan mścił się na Matce. Po nawróceniu jednego z masonów, gdy zakonnica weszła do swego pokoju i usiadła na łóżku, momentalnie zapaliło się jej posłanie. Ogień objął także leżący obok notatnik. Szatan chciał przerazić Matkę, ale ona zaczęła się tylko usilniej modlić. Wtedy ogień zniknął.

Collevalenza jest miejscem szczególnym – wiele osób, które tam przybywają, otrzymuje uzdrowienie nie tylko fizyczne, ale i duchowe, wiele zostało uwolnionych. Upodobali sobie to miejsce także egzorcyści. Tam właśnie odbywają się ich międzynarodowe spotkania i sympozja. I właśnie oni potwierdzają, że wiele osób, które modliły się i obmyły w wodzie z tamtejszych basenów, otrzymywało łaskę uwolnienia.

Jeden z najbardziej znanych egzorcystów, o. Gabriele Amorth, potwierdził ostatnio w rozmowie ze mną, że jest wskazane, by ludzie, którzy mają problemy, są dręczeni przez złego ducha, odbywali pielgrzymkę do Collevalenzy.
Ks. Jarosław Cielecki Nasz Dziennik

Ofiarowała życie za Jana Pawła II

Pozornie byli sobie obcy, spotkali się tylko dwa razy. Ona – hiszpańska mistyczka przebywająca stale w umbryjskiej wsi, on – Papież pielgrzym z „dalekiego kraju”. W rzeczywistości jednak byli sobie bardzo bliscy: łączyły ich kult Bożego Miłosierdzia, zawierzenie Pośredniczce Łask i oddanie życia na ofiarę.

Na początku lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku znajdowali się w zupełnie innej sytuacji. Matka Speranza była znana, choć może nie w takim stopniu jak współczesny jej kapucyn z Pietrelciny – św. Ojciec Pio. Wieści o walce duchowej, jaką toczyła nocami w swojej celi w Collevalenzy, roznosiły się po całych Włoszech. W wielu miastach powstawały Stowarzyszenia Miłości Miłosiernej, którym nadała charyzmat. Niektórzy duchowni pamiętali jeszcze czasy, gdy stawała przed Świętym Oficjum, by bronić przed fałszywymi pomówieniami tego, co jej przekazał Zbawiciel. Karol Wojtyła natomiast był wtedy arcybiskupem krakowskim, który zaczął być rozpoznawany podczas soborowych debat nad konstytucją „Gaudium et spes”. Co mieli ze sobą wspólnego zewnętrznie? Oprócz stanu duchownego chyba jedynie familijną nomenklaturę: ją najbliżsi nazywali po prostu Matką, jego – Wujkiem.

Dar z Polski i Siostra Faustyna
Czy zatem Karol Wojtyła znał Matkę? Tego nie wiemy, choć możemy przypuszczać, że mógł o niej słyszeć. Do ich pierwszego spotkania doszło dzięki osobie, którą oboje znali i której – miejmy nadzieję – świętość zostanie kiedyś ogłoszona. W 1963 roku, zgodnie z relacją nieżyjącego już świeckiego współpracownika Matki, Ennio Fierro, zakonnica otrzymała podarunek – obrazek Matki Bożej Częstochowskiej, którego ofiarodawcą był… ks. kard. Stefan Wyszyński, z jego dedykacją i podpisem, opatrzony datą 25 listopada 1963 roku.

Chcąc się odwdzięczyć arcybiskupowi z Polski, Matka zaprosiła go w następnym roku do Collevalenzy. W dniu, w którym miało dojść do spotkania, gdy Fierro przyjechał po Prymasa, ten powiedział: „Nie mogę powiedzieć ’nie’ Matce, gdy prosi, lecz mam gorączkę. Chodźmy na Mszę, po niej zdecyduję, co zrobimy!”. Po skończeniu Liturgii ks. kard. Wyszyński zatelefonował do przyjaciela z prośbą o zastępstwo. Tym przyjacielem okazał się arcybiskup Krakowa Karol Wojtyła.

Tematem tamtego spotkania – jak przekazują duchowe dzieci Matki – był proces beatyfikacyjny Siostry Faustyny Kowalskiej. 6 marca 1959 roku ogłoszona została notyfikacja Świętego Oficjum, która zalecała wstrzymanie się z szerzeniem kultu Miłosierdzia Bożego w formach przekazanych przez zakonnicę. Przyczyną tego, według Świętego Oficjum, były pewne nieprawidłowości w nowych formach nabożeństwa do Miłosierdzia Bożego, a także niedokładnie zrobione odpisy z rękopisu „Dzienniczka” i ich błędne tłumaczenia na język francuski i włoski. Proces utkwił więc w martwym punkcie, co było sporym zmartwieniem dla metropolity krakowskiego. Matka zasugerowała wówczas, że warto ponownie przejrzeć rękopisy Siostry Faustyny pod kątem wprowadzonych dodatków i lepszego brzmienia tekstu. Wspierała przy tym przyszłego Papieża, by pośród tylu przeciwności nie zaprzestał starań o rozszerzanie kultu Bożego Miłosierdzia.

Na owoce tego spotkania nie trzeba było długo czekać. Po rozmowie z ks. kard. Alfredo Ottavianim, sekretarzem Świętego Oficjum, podczas III sesji soborowej, w listopadzie 1964 roku, ks. abp Wojtyła powiedział: „Nie tylko mi pozwolono, ale nakazano rozpocząć proces Siostry Faustyny i to jak najprędzej, dopóki istnieją żywi świadkowie”. Etap diecezjalny zakończył się we wrześniu 1967 roku, a już w styczniu 1968 roku Kongregacja do Spraw Świętych otworzyła proces beatyfikacyjny.

Oddani Maryi
Kwestia wspomnianego wcześniej wizerunku Matki Bożej Częstochowskiej odsłania inny wymiar bliskości duchowej, która już wtedy łączyła mistyczkę i krakowskiego kardynała – głębokie nabożeństwo do Najświętszej Maryi Panny. Obrazek Królowej Polski zawisł w pokoju, w którym Matka przyjmowała gości i pielgrzymów, i znajduje się tam do dziś.

Z tekstów dzienniczka i ze wspomnień Matki wyraźnie wynika, że mistyczka szczególnym kultem darzyła Maryję, Pośredniczkę Wszelkich Łask. Swoim dzieciom stawiała Ją za najlepszy wzór do naśladowania: „Jeśli naprawdę pragniemy kroczyć ku doskonałości, kochajmy i przyzywajmy Maryi Pośredniczki! Jeśli pragniemy stać się tak słodko oddani jak Maryja, musimy całkowicie zaufać Jezusowi, Bogu, przez pośrednictwo Maryi!”. Matka Speranza w 1960 r., gdy świat lękał się kolejnej wojny i różnych kataklizmów, tak się modliła: „Matko moja, (…) uzyskaj dla mnie łaskę, by w 1960 roku na całym świecie zamiast kary, o której tyle się wszędzie mówi, zatriumfowały Jego Miłość i Miłosierdzie!”. Ogromny marmurowy pomnik Maryi Pośredniczki w sanktuarium w Collevalenza, postawiony z inicjatywy Matki, jest pięknym zewnętrznym wyrazem jej „Totus Tuus”.

Łaska cierpienia
22 listopada 1981 roku Karol Wojtyła – już jako Papież Jan Paweł II – wrócił do Collevalenzy. Było to pierwsze miejsce, do którego pielgrzymował po zamachu na swoje życie. Dlaczego właśnie tutaj? „Przed rokiem została ogłoszona encyklika ’Dives in misericordia’” – mówił podczas modlitwy „Anioł Pański” Ojciec Święty. – „Ta okoliczność sprowadza mnie właśnie w dniu dzisiejszym do sanktuarium Miłości Miłosiernej. Pragnę tą obecnością w pewien sposób potwierdzić orędzie encykliki. Pragnę je odczytać na nowo i wypowiedzieć na nowo”. Podczas homilii i przemówień dziękował za Miłość Miłosierną i wzywał do uznania królowania Chrystusa „przygotowanego od założenia świata”, które jest królowaniem tej Miłości. Lecz czy to wciąż jedyny powód?

12 maja 1981 roku Matka Speranza poczuła się gorzej i zaczęły jej dokuczać silne krwotoki. Następnego dnia jej stan zdrowia nie poprawiał się. Ona zaś zaczęła prosić wszystkich, by modlono się za Jana Pawła II, gdyż ogromnie tego potrzebuje. O godz. 17.19 Matka Boża ocaliła Namiestnika Chrystusowego od śmierci na placu Świętego Piotra. Matka Speranza wiedziała o tym, co miało się stać, jak przekazują niektóre jej dzieci duchowe. Objawione jej zostało, że życie Papieża jest w niebezpieczeństwie. Wtedy, z miłości do Ojca Świętego, zdecydowała się ofiarować swoje życie za jego życie.

Jan Paweł II nigdy o tym wprost nie wspominał, a całe swoje dziękczynienie skierował ku Matce Bożej z Fatimy. Lecz decyzja o pielgrzymce do Collevalenzy, choć spotkała się ze zdziwieniem, a nawet sprzeciwem współpracowników, była wyłącznie jego inicjatywą. Święty wiedział, że tzw. cierpienie zastępcze niesie ze sobą ogrom łask dla osoby, za którą się cierpi. W liście z okazji 50-lecia założenia Zgromadzenia Synów Miłości Miłosiernej w 2001 roku pisał: „Była to moja pierwsza podróż apostolska po wypadku na placu św. Piotra 13 maja 1981. Powracam teraz w duchowej pielgrzymce wraz z wami i wraz z wami klękam i modlę się przed wymownym krzyżem”. Trudno mniemać, że nie zdawał sobie sprawy, komu i co zawdzięcza…

W oficjalnych planach pielgrzymki nie było czasu przeznaczonego na oficjalne spotkanie Jana Pawła II z Matką. Mniemano bowiem, że byłoby to równoznaczne z nadmiernym wywyższeniem, a nawet uświęceniem Matki jeszcze za jej życia. Dlatego starano się nawet trzymać Papieża jak najdalej od niej, by w żadnym momencie nie pokazać ich razem, nie uwiecznić na żadnym zdjęciu. Jednakże w pewnym momencie dostrzegł ją w windzie, siedzącą, wręcz skurczoną na wózku inwalidzkim, odgrodzoną szpalerem ochroniarzy. Przemknął między nimi, podszedł, przywitał się i po ojcowsku pocałował ją w głowę. Jest wiele interpretacji tego gestu przez duchowe dzieci Matki: w kontekście Kościoła lub dzieła. Może jednak nie trzeba głęboko się doszukiwać. W pełnym czci papieskim pochyleniu się nad Matką Speranzą przebija proste: „Dziękuję”.
Marcin Perłowski Nasz Dziennik

Opublikowano Pomoc duchowa | Otagowano , , | 48 Komentarzy

Przebaczać afektywnie musimy zawsze, ale efektywnie tylko tym, którzy żałują swoich przewinień

Z dzisiejszej Ewangelii według Świętego Łukasza:
«Jezus powiedział do swoich uczniów: «Niepodobna, żeby nie przyszły zgorszenia; lecz biada temu, przez którego przychodzą. Byłoby lepiej dla niego, gdyby kamień młyński zawieszono mu u szyi i wrzucono go w morze, niż żeby miał być powodem grzechu dla jednego z tych małych. Uważajcie na siebie! Jeśli brat twój zawini, upomnij go; i jeśli będzie żałował, przebacz mu. I jeśliby siedem razy na dzień zawinił przeciw tobie i siedem razy zwrócił się do ciebie, mówiąc: „Żałuję tego”, przebacz mu». Apostołowie prosili Pana: «Dodaj nam wiary». Pan rzekł: «Gdybyście mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście tej morwie: „Wyrwij się z korzeniem i przesadź się w morze”, a byłaby wam posłuszna».
Kliknij: Ewangelia dla nas

Śp. ks. Stanisław Witek, prof. teologii moralnej:
„W skrócie można powiedzieć, że do przebaczenia afektywnego zawsze jesteśmy zobowiązani (jak Chrystus na Krzyżu, i to nawet siedemdziesiąt siedem razy dziennie), natomiast przebaczać efektywnie możemy tylko tym, którzy żałują swoich przewinień i mocno postanawiają poprawę, bo jeżeli tego u nich nie ma, to przebaczając im efektywnie jedynie utwierdzalibyśmy ich w złu”.

Przez wiarę swoją przemawia nawet spoza grobu – te słowa Listu do Hebrajczyków (11,4) można odnieść do autora książki Duszpasterstwo w konfesjonale ks. Stanisława Witka, Kapłana Diecezji Tarnowskiej, Profesora Teologii Moralnej na KUL-u.
† Jerzy Ablewicz Arcybiskup, Biskup Tarnowski

Ksiądz Stanisław Witek pisze tak:

Przebaczenie afektywne i efektywne:

… Sam Bóg jest sędzią i badającym serca, dlatego zabrania On nam wyrokować o czyjejkolwiek wewnętrznej winie. Nauka Chrystusowa żąda, abyśmy wybaczali krzywdy, i rozciąga przykazanie miłości na wszystkich nieprzyjaciół” (KDK 28). Ostatnie zdanie tej konstytucji soborowej rozumieć należy także w stosunku do nieprzyjaciół osobistych, a zatem w kategorii nieprzyjaźni podmiotowej. „Napisano bowiem: Do Mnie należy pomsta, Ja wymierzę zapłatę – mówi Pan – ale: Jeżeli nieprzyjaciel twój cierpi głód – nakarm go. Jeżeli pragnie – napój go! Tak bowiem czyniąc węgle żarzące zgromadzisz na jego głowę. Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj!” (Rz 12, 19-21).

KD: Miłość nieprzyjaciół polega na życzeniu, i czynieniu im dobrze jako ludziom w razie ich potrzeby oraz własnej możliwości niezależnie od osobistej postawy wobec nas. Miłość ta bowiem, obejmuje nieprzyjaciół ze względu na ich łączność – przynajmniej potencjalną – z samym Bogiem, którego są stworzeniami, a może i przybranymi dziećmi. Taką miłość trzeba przejawiać głównie przez dążenie do pojednania z nimi, zwłaszcza gdy w jakikolwiek sposób sami przyczyniliśmy się do ich nieprzyjaźni. Trzeba być także zawsze gotowym do przebaczenia doznanej krzywdy, i to nawet siedemdziesiąt siedem razy, a więc bez ograniczenia, jak nakazał sam Chrystus (por. Mt 18, 22). Ze strony nieprzyjaciela zakłada to jednak, przynajmniej domyślną, chęć pojednania się (por. Łk 17, 4). Gdy on nie przejawia żadnej chęci w tym kierunku, a nawet chlubi się uczynionym złem, i gotów je ponowić, jeśli zdarzy mu się okazja, sprawa faktycznego pojednania zostaje mocno skomplikowana. Mamy bowiem do czynienia ze złą wolą przeciwnika, uporczywie trwającego w grzechu. Chrześcijaninowi pozostaje obowiązek pragnienia, aby się pojednać, czyli afektywnego nastawienia w tym kierunku. Z winy samego nieprzyjaciela, jeżeli jego zła wola nie chce się ugiąć, pojednanie efektywne jest uniemożliwione. I Chrystus miał swoich zdecydowanych nieprzyjaciół (zwł. faryzeuszów), nie mamy dowodów na to, aby kiedykolwiek się z nimi pojednał. Na krzyżu wstawiał się do Ojca, modląc się jako za nieprzyjaciół, u których okolicznością łagodzącą była niewiedza (Łk 23, 34).  Podobnie uczynił św. Szczepan nie negując ich grzechu (Dz 7, 60). Trzeba również pamiętać, że i Bóg, którego mamy naśladować w miłości do nieprzyjaciół (por. Mt 5, 45-48), nie darowuje efektywnie człowiekowi, któremu na Jego przebaczeniu nie zależy.

Gdy więc spowiednik spotyka faktycznie skrzywdzonego człowieka, którego ktoś niewinnie prześladuje, powinien zachęcać do przebaczenia w duchu i gotowości do pojednania; nie należy jednak wymagać pojednania realnego jako warunku udzielenia absolucji. Dopiero chęć taka ze strony nieprzyjaciela, jeżeli penitent jest osobą krzywdzoną, czyni z pojednania obowiązek miłości bliźniego.  Inaczej do gotowości przebaczenia ma go bardziej skłaniać pragnienie odpuszczenia grzechów przez Boga, aniżeli realny wymóg przykazania miłości nieprzyjaciół. Dopóki nieprzyjaciel trwa w grzechu, jest również przeciwnikiem Boga, i jeżeli nie chce on zmienić swego nastawienia (metanoia), pojednanie z nim w sensie efektywnym, byłoby tylko utwierdzaniem go w złem.”

UD: Na pewno chrześcijanin powinien być człowiekiem pokoju, jak powiada św. Paweł: „Jeżeli to jest możliwe, o ile to od was zależy, żyjcie w zgodzie ze wszystkimi ludźmi” (Rz 12, 18). Nie znaczy to jednak, ażeby czynić to za wszelką cenę; pewne sprawy duchowe są bowiem ze sobą sprzeczne również i w tym zakresie: „Czy nie wiecie, że przyjaźń ze światem jest nieprzyjaźnią z Bogiem? Jeżeli więc ktoś zamierzałby być przyjacielem świata, staje się nieprzyjacielem Boga” (Jk 4,4). Konflikty między ludźmi trzeba więc rozwiązywać, a nie zadowalać się uciszaniem ich bez względu na sprawiedliwość, bo przykrywa się tylko ranę, ale jej nie leczy”

Za: ks. Stanisław Witek „Duszpasterstwo w konfesjonale”, str. 175-176 Wyd. Pallotinum – Poznań 1988, IMPRIMATUR: Poznań, dnia 13 stycznia 1988, L. dz. 138/88, +Bp Stanisław Napierała, Wikariusz Generalny, Ks. Jan Szczepaniak, Kanclerz Kurii Metropolitalnej.

 

Opublikowano Pomoc duchowa | Otagowano , , | 29 Komentarzy

Ks. Adam Skwarczyński na Święto Niepodległości: „Iskra” jako owoc z polskiego drzewa

„ISKRA” JAKO OWOC Z POLSKIEGO DRZEWA

       Znamy „proroctwo” Pana Jezusa, dotyczące Polski i jej roli, przekazane świętej Faustynie. „Iskrę z Polski”, która ma przygotować świat na Jego ostateczne przyjście, możemy postrzegać jednocześnie jako „owoc”, który narodzi się teraz, na końcu czasów, na polskim drzewie. Drzewo to korzeń, pień, korona pokryta liśćmi i kwiatami, a we właściwym czasie – owocami. Owoce nie są czymś zrodzonym z powietrza, lecz są świadectwem płodności całego drzewa, które musiało się nad ich wydaniem „napracować”. I temu całemu „polskiemu drzewu” teraz się przyjrzyjmy.

KORZEŃ I PIEŃ

       Na to, aby Polska była Polską – jako naród ze swoją kulturą, religią, tradycjami i dobrami materialnymi; jako państwo o określonych (choć w historii zmiennych) granicach – pracowało i walczyło wiele pokoleń. Nad tym, co było w naszej historii dobre, prawdziwe i piękne, a jako takie mogło stanowić źródło i przekaźnik soków żywotnych Narodu i mieć wpływ na nasze „dzisiaj”, pochylali się (i dotąd to czynią) specjaliści z różnych dziedzin nauki, duchowni i świeccy. Z tego, co było złe i zatruwało nas i nasz byt narodowy, powinniśmy wyciągnąć wnioski, lecz zła nie wyolbrzymiać.

       Na ten właśnie „korzeń” i „pień” przeszłości należy spojrzeć z podwójnej perspektywy: z zewnątrz – czynimy to, obserwując skutki działań naszych przodków, widoczne dla oka – lecz także od wewnątrz, a to potrafi uczynić tylko Bóg. Tylko On wie, co kryje się w sercu człowieka, jakie są jego zamiary i dążenia, a to coś więcej niż wymierne dla postronnych skutki jego czynów. Bóg żyje ponad czasem, w wiecznym „teraz”, więc i na Polskę patrzy w tej perspektywie. Stąd mamy prawo sądzić, że także czytając w sercach wielu Polaków, nieobecnych już na tej ziemi, dostrzegł w nich tyle prawości, ofiarności, altruizmu (miłości bliźniego), a przy tym zapału w obronie najwyższych wartości, że mówi przez świętą Faustynę: „Polskę szczególnie umiłowałem”. Jednak mówi to, patrząc jednocześnie na nasze dziś i jutro.

       To prawda, że cała armia prześmiewców, malkontentów, a nawet wrogów chciałaby nas zmusić do patrzenia na przeszłość Polski głównie pod kątem naszych wad, potknięć (czy nawet zdrad), a więc i niewierności woli Bożej, jednak powinniśmy się przed tym bronić, gdyż jest to krzywe zwierciadło, zniekształcające rzeczywistość. Polska jest matką ogromnej rzeszy świętych, którzy właśnie na tej ziemi się uświęcili – i tych wyniesionych na ołtarze, i tych nieznanych lub zapomnianych. Jest jej ziemia przesiąknięta ich krwią, potem i łzami, jest przemierzona ich krokami – pielgrzymów do Wiecznego Celu. Z tej właśnie ziemi i my wyrośliśmy, i my przez nią pielgrzymujemy, wypełniając jako Naród swoje powołanie. Wprawdzie każde drzewo poznaje się po owocach, jak nas uczy nasz Pan, lecz i od jakości korzenia zależy w jakimś stopniu jakość owoców. Bądźmy więc wdzięczni wszystkim, którzy ten korzeń stanowili, i to już teraz, zanim w pełni poznamy ich życie w Niebie.

       Jeżeli za „koronę” naszego drzewa uznamy naszą dzisiejszą rzeczywistość, to co będzie jego „pniem”? To co wyrasta z korzenia ukrytego w ziemi i da się zaobserwować na jej powierzchni, ale i to, co staje się widoczne dopiero „od wewnątrz”, gdy drzewo ścięte ukazuje całą swoją historię, rozpoznawalną po jego słojach. Ten drugi sposób poznawania możliwy jest dopiero od strony Nieba, a więc dzisiaj jest dla nas mało dostępny. Niewątpliwie ogromny był wkład Papieża z Polski w całokształt życia Ojczyzny, Kościoła i świata, m.in. przez poświęcenie świata Niepokalanemu Sercu Maryi oraz Bożemu Miłosierdziu, jednak jako orędownik przed Tronem Boga ma on i dzisiaj wielki wpływ na kształtowanie się „iskry z Polski”. Szkoda, że nie jesteśmy w stanie wysłać naszego emisariusza, żeby opisał nam „Polskę w Niebie”… To właśnie stamtąd przychodzili nam na pomoc nasi Patronowie, nawet niekiedy widziani w groźnej postawie na polskim niebie w czasie wielkich bitew. To właśnie tam gromadzą się Rodacy wokół tronu Królowej Polski, przez swoją modlitwę włączając się w bieg naszych dziejów. Komu, dla przykładu, zawdzięczał mistyczne spotkanie z Maryją włoski jezuita Juliusz Mancinelli, który od Niej usłyszał, że ma Ją nazywać Wniebowziętą Królową Polski? Oto pokazała mu klęczącego przed Nią świętego Stanisława Kostkę, który wyprosił mu to spotkanie. Jak wiemy, przyczyniło się ono potem, gdy oparto się na słowach Królowej, skierowanych do Mancinellego, do ślubów lwowskich króla Jana Kazimierza.

       Miłość – także tę do Ojczyzny – poznaje się po składanych Bogu ofiarach, a czyż tych mało było na polskiej ziemi? Czym byłaby dzisiaj bez nich Polska? Najpiękniejsze karty naszej historii narodowej zapisali ludzie, zdolni do największych poświęceń, a ich ofiara, złączona z Ofiarą Jezusa, trwa na Ołtarzu Nieba przed tronem Ojca. Niewątpliwie ogromna rzesza Polaków – są ich miliony – „oblega” tron Boga i w większym stopniu przyczynia się do tego, żeby „Polska była Polską”, niż nasi rodacy na ziemi! Dzięki ich modlitwie Ogień, rzucony przez Jezusa na ziemię, przepala i odnawia jej oblicze, zagrzewa wiele serc do ofiarnego działania, do podejmowania cennych inicjatyw. Także wznieca tę „iskrę”, która przygotowuje świat do Paruzji.

       W naszej historii dostrzegamy okresy, w których rzucały się na nas wichry i burze, a nawałnice pochylały nas do ziemi, a nawet całkiem na nią powaliły – musieliśmy jako Naród zmartwychwstawać. Ile w tym było naszej winy? Nieraz bywaliśmy w nienawiści u wszystkich „z powodu Imienia Jezusa”, jak sam to zapowiedział swoim uczniom, i tak jest do dzisiaj! Może dziwimy się nieraz, dlaczego tak a nie inaczej traktują nas niektórzy Niemcy, Rosjanie, Ukraińcy, Litwini, Anglicy, Francuzi… – tak indywidualnie, jak in gremio, w ramach Unii… Powody tego faktu zdają się nie odbiegać od tendencji dawnych naszych nieprzyjaciół, choć nikt nie ma odwagi do tego się otwarcie przyznać, a może sobie tego nawet nie uświadamia. Coś podobnego widzimy w rodzinach, w których, jak zapowiedział Pan Jezus, „dwoje jest przeciw trojgu, a troje przeciw dwojgu”. Gdyby Bóg łączył te osoby, podobnie i całe narody, tego rozdwojenia by nie było. Niestety tym, który dzieli i skłóca, roznieca nienawiść i uderza gdzie może, jest szatan. On zaś jest największym wrogiem tych, którzy mu zagrażają jako „władcy tego świata”, a więc i wrogiem Polski!

KORONA POLSKIEGO DRZEWA

       Stanowi ją, niewątpliwie, wszelkie dobro, które jesteśmy jako Polacy zdolni tworzyć tu i teraz. Tworzyć – warto to powtórzyć – czerpiąc z substancji, wypracowanej przez poprzednie pokolenia, ale także w oparciu o skarby, na zawsze złożone przez naszych rodaków w Niebie, gdzie jest ta „druga Polska” (a może „pierwsza”?). Polacy dzisiaj bywają dumni ze swoich dokonań, i słusznie. Nie powinni jednak nadymać się z tego powodu i czekać na oklaski, gdyż to właśnie z Nieba – choć często bez ich świadomości – przychodzą odpowiednie natchnienia, rozwiązania, światło, siła do działania. Gdyby z pokorą umieli się modlić i słuchać natchnień, owoce byłyby o wiele obfitsze! Ci, którzy umieją i usiłują to robić, o wiele skuteczniej budują Polskę, niż pozostali, zapatrzeni tylko w siebie. Oni wiedzą, że trzeba na pierwszym miejscu postawić budowanie na polskiej ziemi Królestwa Bożego, a wszystko inne będzie nam dodane. Czy Jezus jest tylko formalnie Królem Polski? Gdyby wszyscy chcieli Mu służyć, jak szybka i godna podziwu byłaby odbudowa naszego kraju! Niestety ma u nas miejsce publiczne łamanie Bożych przykazań, i to w oparciu o polskie prawo, co jest ogromnym bezprawiem i ściąga na nas Boże karanie. Naród, który słyszy, że jest „szczególnie umiłowany” przez Boga, niech wie, że będzie też przez Boga w sposób wyjątkowy i karany, i nagradzany.

       Czy nie zdajemy sobie sprawy z tego, w jak wysokim stopniu wpatrują się w nas i w nasze życie narodowe inne kraje? Jedne z podziwem, inne z nadzieją, a jeszcze inne z lękiem! I to mimo tego, iż nie mamy obecnie w Polsce żadnego człowieka, który cieszyłby się wielkim i niepodważalnym autorytetem, zwłaszcza w kwestiach moralnych i duchowych. Człowieka, który byłby uznany za taki autorytet zarówno przez nasz naród, jak i przez inne narody. Piękna korona drzewa… bez wierzchołka! Bóg ma jednak swoje własne plany i spojrzenie na rzeczywistość, które może odbiegać od naszego. Ma duchowe „niemowlęta”, które w polskim tłumaczeniu Biblii nazwano „prostaczkami”, i na nich może się oprzeć, wbrew poglądom tych „mądrych i roztropnych”. I będzie się opierał, ku zaskoczeniu tych drugich.

       Na „koronę” polskiego drzewa składa się w tej chwili absolutnie wszystko, co jest dobre, piękne i prawdziwe, jak to już zresztą było z „korzeniem” i „pniem”. Jest to zbiorowy wysiłek nas wszystkich, w Kraju i za granicą, na wszystkich poziomach i we wszystkich dziedzinach życia. Chodzi także o ten wysiłek, który jest otoczeniu nieznany, a więc i niedoceniony, jednak zapisany na zawsze w Księdze Nieba.

KWIATY NA POLSKIM DRZEWIE

       Serce ściska się na myśl, że od 1956 roku wymordowaliśmy własnymi rękami 30 milionów naszych rodaków, co woła o pomstę do Nieba! Ofiar mordu pewno było więcej, jeśli uwzględnić środki wczesnoporonne, czyniące z Polek „maszyny do seryjnego zabijania dzieci” – maleństw przez samego Boga policzonych! Bóg traktuje nas jednak bardzo łagodnie, dając nam to co daje. Czym dzisiaj byłaby Polska – jak ludna, potężna, zadbana – gdyby nie to wyniszczenie przez nas nowego życia, ofiarowanego przez Boga?

       Mimo tego buntu, który doprowadził do strasznego wyludnienia Kraju – buntu, sterowanego wprost z piekła nienawidzącego Polski, lecz przy udziale naszych ziemskich wrogów – względnie nieliczne dzieci żyją wśród nas. Są to „polskie kwiaty”. Z tych właśnie „kwiatów” odrodzi się wkrótce nasz kraj, gdy dokona się Powtórne Przyjście Jezusa, zwane Paruzją. Dotyczy to zresztą nie tylko Polski, ale całego świata. Ogromna liczba „dorosłych” (w tym złym sensie – a więc tych, którzy skostnieli w złu) zostanie z ziemi zabrana, a święte dzieci zapoczątkują na niej nowy okres świętego życia. Ich wyjątkowość, ich niezwykle wysoki duchowy poziom, już teraz są widoczne dla niektórych członków ich rodzin. Dzieci te są w specjalny sposób strzeżone i prowadzone przez Niebo. Niektóre z nich obcują na co dzień z Aniołami, bywają też wprowadzane na krótko do Nieba, by mogły je zobaczyć i za nim tęsknić. Z nich wyrosną wielcy święci, przerastający tych, których widziała dotąd ziemia. Apeluję do rodziców i innych członków ich rodzin, by chronili je przed wszelkim złem, zalewającym dzisiaj świat. Wprawdzie Bóg może po swojemu oczyścić je ze skutków trucizn duchowych, podobnie jak oczyści całą skażoną ziemię z pasożytów i chorób, jednak dzisiaj odpowiedzialność przed Jego Obliczem za tych małych czy młodych Jego wybrańców jest ogromna, spoczywa na ich rodzinach i wychowawcach.

       Nasze „kwiaty” znajdują się już na drodze do wyjątkowego duchowego rozkwitu. Bóg obdarował je także zdolnościami, które ogromnie posuną świat naprzód w jego rozwoju i kulturalnym, i gospodarczym. One będą miały decydujący wpływ na kształt szczęśliwego 25-lecia – „Nowego Świata”, poprzedzającego Sąd Ostateczny. Dane im wspaniałe wynalazki doprowadzą do przebudowy oblicza ziemi. Co nie znaczy, że nie odegra w tej przebudowie wielkiej roli także dzisiejsza młodzież i dorośli, którzy przeżyją straszliwe oczyszczenie ziemi.

WYJĄTKOWY OWOC, DOJRZEWAJĄCY NA POLSKIM DRZEWIE

       W swoim proroctwie Pan Jezus, zapowiadając swoje ostateczne przyjście, wyznacza Polsce rolę podobną do tej, którą przy pierwszym Jego przyjściu wypełnił święty Jan Chrzciciel. Można ją także porównać z powołaniem Noego przed Potopem, do którego miał przygotować nie tylko swoją rodzinę i zwierzęta, lecz cały ówczesny świat. Chociaż głos Jana rozlegał się tylko w jednym miejscu na ziemi, nad brodem niewielkiej rzeki, jednak jego wystąpienie stanowiło swoisty przełom w historii zbawienia i punkt odniesienia dla Jezusa i Jego Apostołów. Noe zaś budował olbrzymią arkę w lesie, daleko od morza, co budziło ciekawość otoczenia, ale i narażało go na kpiny. A przecież samo budowanie miało być ostrzeżeniem, miało działać na wyobraźnię i na sumienia. Całe Niebo czekało z wymierzeniem kary na zakończenie jego pracy. A co z przygotowaniem Polski…?

       Powołanie proroków (byli nimi i Noe, i Jan Chrzciciel) zawsze bywało i trudne, i niewdzięczne, gdyż musieli zapowiadać karę Bożą ludziom odstępującym od woli Bożej. Sami jednak byli Bogu przykładnie posłuszni, czego o Polsce powiedzieć nie można. Skoro jednak doświadczenie uczy, że „jak trwoga, to do Boga” – wciąż mamy szansę na nawrócenie pod ciosami różnych nawałnic, kataklizmów i bolesnych prób, jak to bywało w naszej historii. Bóg jednak, nasz Ojciec, wolałby nam ich zaoszczędzić, więc cierpliwie czeka na naszą duchową przemianę, która uczyniłaby nas wiarygodnymi świadkami wobec narodów zbuntowanych, do których chce nas posłać. Powinny więc nas cieszyć wszystkie wysiłki wszystkich ludzi, podejmowane przez nich dla przezwyciężenia zła w Ojczyźnie. I to wysiłki we wszystkich dziedzinach naszego życia: osobistego, rodzinnego, ogólnokrajowego, tak duchowego (religijnego), jak i gospodarczego czy kulturalnego.

       Każdy sposób na zasilanie i pielęgnowanie „polskiego drzewa” jest teraz dobry, nawet jeśli nie będzie on nosił na sobie znamienia „prorockiego”, a więc nie będzie ukierunkowany na bliską już Paruzję Jezusa. Może Noe miał życzliwych pomocników, którzy nie wierzyli w bliski już Potop, a jednak dzięki nim praca przy arce posuwała się naprzód. Niektórzy słuchający nauk Jana Chrzciciela nie wierzyli w to, że nadchodzi oczekiwany Mesjasz, jednak zmieniali swoje życie na lepsze, przyznając się publicznie do grzechów i przyjmując chrzest. Dobro zawsze jest dobrem i na wieki jest zapisane w księgach Ojczyzny Niebiańskiej. Niech korona polskiego drzewa rozrasta się, pięknieje i umacnia, gdyż to ma znaczenie także dla przyszłości. Niech tworzący ją dzisiaj ludzie zmobilizują się do najbardziej wytężonej i ofiarnej pracy, na wzór poprzednich pokoleń, którym było o wiele ciężej. Na nich – na nas – zwrócone są oczy całego Nieba, gdyż od Polski Bóg wiele oczekuje, a czasu zostało niewiele! Im więcej dobra zdołamy wytworzyć, tym mocniej będzie ono przemawiać na naszą korzyść, a więc i w większym stopniu będziemy mogli ocaleć, gdy całe narody będą ginąć. Samo powoływanie się przed Panem na wyjście z Polski „iskry przygotowującej świat” nie uchroni nas przed bolesnym oczyszczeniem, gdyż tym razem na ziemi Bóg chce pozostawić tylko świętych!

       Tak już jest, i tak będzie do końca na tym świecie, że miłość i krzyż łączą się w jedno, nawzajem się umacniają i o sobie świadczą. Jeśli więc w Polsce i mamy, i mieć będziemy ludzi pełnych ofiarnej miłości, otwartych na cały świat – gdyż taki właśnie „owoc” ma teraz wydać Polska, taką „iskrę” ze siebie wykrzesać – muszą to być ludzie „ukrzyżowani”. Niekoniecznie przez współczesnego „Nerona” z jego armią oprawców, rzucających się na ich ciało, ale na pewno ukrzyżowani w swoim duchu, skoro mają toczyć bój o dusze. Musiał ich chyba ujrzeć w proroczej wizji Juliusz Słowacki, skoro potrafił ich bój tak precyzyjnie opisać w swoim wierszu „Kiedy prawdziwie Polacy powstaną”. Wczytajmy się teraz w niektóre jego wersy.

       Oto stają oni do walki na starym cmentarzu („dawnym mogilniku”)… Czyż to nie wstrząsający obraz moralnej śmierci, w której pogrążył się dzisiejszy świat? Gdzie tylko spojrzeć, dotknąć, trupia zgnilizna!

       Ludzie ci to „bezimieńce”… Nikt z nich nie wyróżnia się niczym ani nie chce błyszczeć, gdyż zna własną ograniczoność. Na ogół jego ofiara pozostaje nieznana jego otoczeniu, może złożona w zaciszu mieszkania, dzięki czemu tym głośniej „woła” do Boga. Nawet kształt osobistego krzyża pozostaje dla niego niewiadomą, gdyż sięga w przyszłość, znaną tylko Bogu. Ufa, że kochający Ojciec najlepiej zna siły i możliwości swojego dziecka, więc na Nim się opiera.

       „Bój tylko widać i ogniste wieńce, a zwierzęcego nic nie słychać krzyku” – pisze Słowacki. Nie pozostają więc w swym boju ani samotni, ani niezauważeni, gdyż walczą w ramach rosnącej w liczbę armii, a tworzone przez nich „ogniste wieńce” goreją Ogniem Ducha Świętego. Płonie w nich coraz mocniej ten Ogień, Ogień Miłości, który Jezus już teraz zapala w ramach Nowej Pięćdziesiątnicy, Nowego Zstąpienia Ducha w wieczerniku świata (dwa tysiące lat temu rzucił Go na ziemię). Chociaż wychodzą oni z Polski, polem ich walki jest cały świat, w którym trwa ostatnia, najbardziej krwawa i zacięta bitwa między ognistym smokiem i jego armią a Mocami Nieba. Patrząc z ziemi, ta bitwa przebiega w milczeniu i w ciszy, choć inaczej jest w świecie duchów: po jednej stronie brzmi oparty na Prawdzie gromki okrzyk KTÓŻ JAK BÓG!!!, a po drugiej – karmiony odwiecznymi złudzeniami: ja jestem panem tego świata! Temu drugiemu towarzyszą przekleństwa i krzyki rozpaczy, wstrząsające całym piekłem. Pośrodku staje armia milczących Polaków (i sprzymierzonych z nimi), a jeśli wydaje bojowy okrzyk, jest on krótki i mocny: OTO JESTEM!!!

       „Nie, to nie ludzie z krwi i ciał być muszą. To pewnie jacyś upiorni rycerze…” To przypuszczenie wizjonera-poety, patrzącego z oddali i przez mgłę czasu, tu się nie potwierdza: to zwykli ludzie, z krwi i kości. A jeśli są „upiorni” – to dla świata duchów-upiorów, do którego wtargnęli ze swoją śmiercionośną bronią: ze swoim mieczem w kształcie krzyża i ze swoją ufną, płomienną modlitwą.

       Oni „za duszę walczą tylko duszą”… Co do tego – to się Poeta nie myli. Chociaż są cieleśni, potrafią walczyć całą swoją duszą o ocalenie dusz bliźnich od wiecznego ognia. Jednak żyją w ciele, tyle że nie ono panuje nad nimi, lecz płonąca miłością dusza. Co do ciała – gotowi są składać je w ofierze, wraz z jego wszystkimi bólami i ograniczeniami, na ołtarzu codziennego krzyża. Tego uczy ich sam Jezus.

       „I biją ogniem niebieskim w pancerze”. Tak, to precyzyjny opis ich walki. Dusze mieszkańców ziemi opancerzone są przez wielorakie zło, gdyż sam Zły, książę ciemności, któremu służą, ukuł dzisiaj z niego najpotężniejszą zbroję! Nawet Wszechmogący Bóg jej nie narusza, gdyż swoje stworzenia uczynił wolnymi. Posyła jednak do nich „iskrę z Polski” z bronią, która jest zdolna ich pancerze przebić. Broń ta została ukuta w kuźni dwóch miłości: Bożej i ludzkiej. Bogu była potrzebna ich mała iskierka: dobra wola, by rozniecić w ich duszach ogromny płomień, zdobywczy i zwycięski. Powołał ich do tej walki po to, by nikt z mieszkańców ziemi na końcu czasów nie mógł Mu zarzucić, że odmówił mu środków koniecznych do zbawienia, jakimi innych obdarował. Każdy z nich będzie więc miał na swoim koncie duchowe ofiary i ufne modlitwy tej armii, która o jego duszę walczyła do końca.

       Polska zaczyna się budzić, lecz daleko jej jeszcze do tego, by w sferze ducha wznieść się na najwyższy pułap. Czy „Różaniec do Granic” nie powinien przekształcić się w Różaniec za cały świat, skoro Jezus chce posłużyć się Polską w przygotowaniu świata do swojej Paruzji? Na razie Różaniec ten pokazał, jak wielki mamy potencjał duchowy i jak wielu ludzi gotowych jest walczyć o Królestwo Boże. Widzimy także, że inne narody są skłonne brać z nas przykład. Zaczyna się teraz potwierdzać to, co w formie dialogu z Bogiem pisał Juliusz Słowacki w innym swoim wierszu „A jednak ja nie wątpię”: „Takiej chwały od czasu, gdy na wichrach stoi glob ziemski, na żadnego nie włożyłeś ducha: że się cichości naszej cała ziemia boi, i sądzi się, że wolna jak dziecko, a słucha”.

       Jak jest dzisiaj z tą „iskrą z Polski”…? Dziękuję Bogu za fakt może mało zauważalny: oto z polskiego szczytu ruszyła niewielka kula śniegu – 20 grudnia 2014 roku pierwszych 30 osób podjęło swój krzyż w duchu żertwy ofiarnej za świat, a potem zobowiązało się do modlitwy za świat. Od tamtej pory ta niewielka kula nabiera rozpędu i może, jak lawina, wkrótce porywać także obcokrajowców dzięki tłumaczeniu tekstów na różne języki. Z pewnością są nas już tysiące w kraju i za granicą, lecz liczbę zna tylko Bóg.

       O Juliuszu, nasz wieszczu narodowy, w jaki sposób dokończyć mobilizację opisanej przed ciebie armii, gotowej do walki „duszą za dusze”? Skoro jej zalążek już istnieje – zapytam inaczej: czy szukać rycerzy wśród tego miliona modlących się na różańcu na naszych granicach, skoro dla tej armii – „iskry” – ma nie być granic? Czy wśród członków Krucjaty Różańcowej za Ojczyznę, skoro Ojczyzna ma wydawać owoc dla całego świata? Czy wśród tych, którzy już od dawna niosą swój codzienny krzyż i modlą się za swoich najbliższych, skoro trzeba aż cały świat mieć w polu widzenia? Chyba tylko sam Bóg to wie!

INNE, MNIEJ DUCHOWE OBLICZE „ISKRY Z POLSKI”

       Za film „Proroctwo” jestem bardzo wdzięczny jego twórcom. Jest pierwszą jaskółką na polskim niebie, która – jeśli chodzi o odważne poruszenie „niemodnego” tematu – zwiastuje wiosnę, chociaż jej nie czyni. Nie jest zogniskowany wokół głównej kwestii, która by wynikała ze słów Pana Jezusa, skierowanych do nas przez świętą Faustynę, mianowicie wokół Jego Paruzji. Nie tylko nie przynosi na nią odpowiedzi, ale nawet nie prowokuje do stawiania pytań: czy ma to być przyjście powtórne i jednocześnie ostateczne; kiedy ma ono nastąpić; co to znaczy, że tryumf Niepokalanego Serca Maryi nadchodzi i jaki ma on mieć związek z Paruzją; czym ma być Nowa Wiosna Kościoła i Nowe Zstąpienie Ducha Świętego, wspominane przez Jana Pawła II – czy to wszystko mają być wydarzenia odrębne i niezależne od siebie, czy też mają stanowić jedną całość. Wokół tego powinna toczyć się dyskusja na skale ogólnopolską, a więc przydałby się nowy film, który by ją rozbudził, poruszył umysły i serca. Bo w tej chwili jest z tym tak, jakby ktoś wyruszał w podróż, a nie wiedział, dokąd chce jechać. Czy znajdzie się ktoś odpowiedzialny za tę dyskusję i za jakieś „rozmowy dokończone” w radio czy w telewizji? Jak się wydaje, od tego zależy w dużym stopniu przyszłość i Polski, i wychodzącej z niej „iskry”! Aby do tej dyskusji prowokować, zamieszczam tu spojrzenie na morale dzisiejszego świata. Jest to w tym miejscu uzasadnione, chociaż ktoś może mi zarzucić, że postępuję trochę jak świadek Jehowy, ruszający na połów upatrzonej duszy… On jednak głosi wymyślony przez zwiedzionych ludzi „Armagedon”, ja natomiast – konieczność przygotowania do Paruzji, a zarazem do tryumfu Niepokalanego Serca Maryi!

       Wiemy, że tryumf Niepokalanego Serca ma nastąpić wtedy, gdy szatan ogłosi swoje zwycięstwo. Jednak nie musi on tego czynić ani słowami, ani przez jedną osobę, gdyż jego zwycięstwo polega głównie na tym, że w duszach i w życiu ludzi przez ich trwanie w grzechu detronizuje Boga i zajmuje Jego miejsce. Poza tym w taki sposób wpływa na tworzenie prawa w poszczególnych krajach, że uderza ono w Prawo Boże i w jego obrońców, a chroni odstępujących od niego. Dlaczego zdają się to ignorować duszpasterze, z hierarchami Kościoła na czele, twierdząc że „nic się nie dzieje”? Oto fakty, które mówią same za siebie:
– masowe zabójstwo nienarodzonych dzieci, i to niekiedy nawet w chwilę przed naturalnym porodem;
– eutanazja, zataczająca coraz szersze kręgi;
– różnorakie uzależnienia (nałogi) na niespotykaną skalę, zniewalające coraz młodszych;
– gorszenie dzieci, młodzieży i dorosłych przez środki masowego przekazu;
– wymieszanie płci i coraz ohydniejsze grzechy przeciwko naturze, publicznie akceptowane;
– ohydne eksperymenty w dziedzinie genetyki – tworzenie hybryd zwierzęco-ludzkich;
– bezkarne traktowanie ludzi poczętych – embrionów – jako „materiału” do dowolnych celów;
– handel ludzkimi narządami (do przeszczepów), wyrywanymi ludziom żywym, często uśmiercanym;
– wygasanie wiary i miłości Boga i bliźniego – stąd tradycyjne małżeństwa i rodziny, zjednoczone w miłości i w modlitwie, coraz trudniej spotkać; natomiast ich rozpad stał się czymś „normalnym”;
– islam jako prawa ręka masonerii, wyciągnięta nad Kościołem i gotowa do ataku;
– kult szatana, coraz bardziej jawny i pochłaniający coraz większą liczbę ofiar;
– okultyzm jako zjawisko coraz bardziej masowe, już na poziomie domów rodzinnych, szkół i estrad, prowadzące do zniewoleń, a nawet opętań;
– wymieszanie religii oraz fałszywy ekumenizm;
– nieczystość oraz zejście z drogi powołania dziesiątków tysięcy osób konsekrowanych;
– opustoszałe klasztory, seminaria, nowicjaty, sprzedawane świątynie i opuszczone w braku powołań parafie, a Msza święta zastępowana przez nabożeństwa prowadzone przez świeckich;
– odgórnie zaaprobowana Komunia Święta dla żyjących jawnie w grzechu ciężkim;
– latami brak spowiedzi świętej, co stało się praktyką powszechną;
– głoszenie Bożego miłosierdzia dla wszystkich, niezależnie od ich stanu moralnego;
– zakwestionowanie istnienia piekła i Nieba oraz inne poważne błędy, głoszone przez katechetów, a nawet przez uczelnie katolickie;
– brak jedności wśród duchownych wszystkich szczebli.

       To wszystko jest znakiem, że tryumf Niepokalanego Serca Maryi nadchodzi. A tym samym Paruzja! Co więc może, a nawet powinna uczynić Polska w ramach przygotowania do niej?

       Omówiony na początku bardzo szlachetny owoc, który już wyrósł na polskim drzewie, ma charakter czysto duchowy, jest więc tylko jedną z części „iskry”, zapowiadanej przez Pana Jezusa. Być może będzie tych części wiele, gdy się przebudzą umysły i serca, a prześmiewcy spuszczą głowę, zwłaszcza ci, którzy Paruzję spychali na koniec świata. Będzie ich wiele, jeśli… zdążą się ukonstytuować i wypełnić swoją misję przed Przyjściem Pana!

       Wszyscy: i ci którzy wierzą, i ci którzy nie wierzą, zbliżają się do pierwszego znaku Paruzji, który będzie niepodważalny. Niezależnie od swojego charakteru przyjdzie on nagle i niespodziewanie, „jak złodziej w nocy”. Na szczęście będzie on miał najpierw charakter duchowy, zaś zewnętrzne oczyszczenie ziemi przyjdzie nieco później. Mimo to spowoduje on takie zamieszanie w świecie, że od tego momentu przygotowywanie się do nadejścia Pana stanie się niemal nierealne, jeśli chodzi o sferę zewnętrzną. Jak kij włożony w mrowisko powoduje bezładne bieganie mrówek we wszystkich kierunkach, tak będzie wtedy i z ludźmi. Jedni rzucą się na kolana, inni rzucą się do banków po swoje pieniądze, jeszcze inni będą przypominać wykolejony pociąg, który jechał przed chwilą z największą prędkością!

       Nie o samą Polskę chodzi Panu Jezusowi. Jeżeli jednak właśnie ona ma w dużym stopniu ocaleć pomiędzy narodami, które znikną z powierzchni ziemi (zapowiedziała im to przecież Matka Boża w trzeciej tajemnicy fatimskiej), powinna już teraz jak najszybciej, a nawet natychmiast, rozpocząć przygotowania! Może się wydawać, że do tego stopnia brak ludzi myślących tymi kategoriami – wszystko idzie w kierunku przeciwnym, którym jest planowanie wszystkiego na wiele lat naprzód w oparciu o dzisiejszą rzeczywistość – że to co piszę, jest utopią. Myślę jednak, że Pan Jezus przewidział i tę przeszkodę, więc ma i swoich ludzi, i środki, by powołać do istnienia swoją „iskrę”, mającą działać także na polu zewnętrznym. Mam w to wiarę jak ziarnko gorczycy…

       Ludzie Kościoła, przekonani o bliskości Paruzji, tak duchowni jak i świeccy, powinni utworzyć gremium, które by przemyślało, a potem naświetliło Polakom kształt oczekiwanych wydarzeń. Ma ono doprowadzić do odpowiednich przygotowań, zanim nadejdzie pierwszy wyraźny znak Paruzji. Wtedy natychmiast powinny być one wykorzystane – tak szybko, by ich owoc nie utonął w ogólnym chaosie i zamieszaniu.

       Jeżeli te przygotowania pozostaną do ostatniej chwili ukryte, nie wiadomo czy dadzą się wykorzystać, a jeżeli miałyby być jawne, czy znajdą się w tym gremium ludzie na tyle odważni, by je ujawnić? Jeżeli zostaną ujawnione, to zwrócą na siebie uwagę innych narodów, które również problem bliskiej Paruzji nakłoni do przygotowań. Wtedy Polska i na tym polu wypełniłaby wobec nich swoją misję.

       Najlepiej by było, gdyby to gremium kościelne wystosowało apel do Rodaków. Wtedy Polska wypełniłaby rolę Noego przed Potopem. Chodziło tam wtedy nie tylko o uratowanie jego rodziny i zwierząt, ale także o to, że jego praca miała być znakiem dla wszystkich i miała mówić sama za siebie, działać na wyobraźnię i zdeprawowane serca. To prawda, że zarówno jego słowa ostrzeżenia przed karą, jak i budowa okrętu właśnie w środku lasu, spowodowały tylko drwiny i niezrozumienie, jednak wolę Bożą dobrze wypełnił. Jak będzie tym razem – wiedzieć nie możemy, ale swoją rolę musimy wypełnić jak najlepiej.

       Oto niektóre z zagadnień, którymi powinno zająć się to gremium:

  1. naświetlenie Paruzji – jej charakteru oraz jej bliskości;
  2. przygotowanie wierzących (przez zachętę do spowiedzi z całego życia) do pierwszego etapu Paruzji, jakim ma być „prześwietlenie sumień” czyli sąd szczegółowy (podobny jak ten po śmierci, tyle że za życia). Do tego celu należy wykorzystać katolickie środki przekazu, a to przygotowanie ma mieć charakter praktyczny;
  3. przygotowanie spowiedników do tej posługi, wymagającej czasu, cierpliwości, doświadczenia. Od tego, jak (w jakim zakresie, wobec ilu osób) wypełnią tę posługę, będzie zależało nie tylko zbawienie penitentów, ale nawet dalsze życie i zdrowie samych spowiedników, gdyż po „prześwietleniu sumień” nie opadną całkiem z sił, oblężeni w konfesjonałach przez ogromne tłumy;
  4. przygotowanie domów i rodzin przez wprowadzenie w nich codziennego wspólnego Różańca, na wzór tego, który przyczynił się do ocalenia dwóch domów w Hiroszimie i w Nagasaki podczas wybuchu bomby atomowej;
  5. zmobilizowanie jak największej liczby Polaków do ofiarowania codziennego krzyża i do modlitwy za cały świat;
  6. opracowanie instrukcji dla proboszczów parafii, jakie mają podjąć działania i przygotowania.

       Drugie gremium powinny wyłonić władze Polski. Na jakim szczeblu – nie wiem, możliwie jak najwyższym. Powinno mieć ono możliwość decydowania o kierunku działań (własnych i zleconych innym), a nie tylko zachowywać pozory działań, bo na to szkoda czasu. Miałoby ono za zadanie opracowanie jak najbardziej szczegółowych zasad ratowania kraju wobec największego ze wszystkich zagrożeń, związanego z Oczyszczeniem Ziemi. Polski nie ominą kataklizmy, jednak odpowiednie jej przygotowanie może zmniejszyć ich rozmiar i zasięg. Dla przykładu wskazuję jeden tylko kierunek myślenia: postulowana jak najszybsza i jak najbardziej precyzyjnie przemyślana reakcja wszystkich na hasło ASTEROIDA (zbliżająca się do ziemi) – zdecydowana, błyskawiczna i mądra reakcja ludzi w całym kraju, jeśli Polska wtedy:

  1. nie ulegnie ogólnoświatowej tendencji do uciszania emocji i niwelowania strachu przez ukrywanie prawdy i nie będzie wierzyć w bezpodstawną możliwość rozbicia asteroidy rakietami atomowymi;
  2. po wcześniejszym, już teraz, przygotowaniu mieszkańców polskiego wybrzeża do ewakuacji, natychmiast ją wtedy przeprowadzi, co może ich uchronić przed nawałnicą morza, którą zapowiedział Pan Jezus w Ewangelii (przed olbrzymimi falami „tsunami”, wzbudzonymi przez asteroidę);
  3. przewidując teraz wychyły ziemi, mającej kołysać się pod wpływem uderzenia asteroidy, zdoła na czas ewakuować ludność miast, gdyż wyższe budynki rozsypią się, grzebiąc wszystkich;
  4. miliony mieszkańców miast muszą uciec na wieś, tę jednak trzeba na to odpowiednio przygotować;
  5. przez długi czas nie będzie ani sklepów, ani transportu (pokruszone drogi, tory, lotniska), więc wcześniejsze zaopatrzenie się w rzeczy najkonieczniejsze należy przewidzieć: w cenie będzie każda zapałka, mydło, papier, świeca, nawet szczypta nasion warzyw, nie mówiąc o żywności…;
  6. przed uderzeniem asteroidy w ziemię, zatrzymanie turbin wszystkich elektrowni pozwoliłoby na ich ocalenie, gdyż inaczej wirujące olbrzymy wyskoczą ze swojego łoża i zdruzgocą wszystko, rozpadając się; potem odbudowanie samych powalonych słupów przesyłowych będzie względnie łatwe i szybkie;
  7. konieczne będzie zatrzymanie całego transportu, z lotniczym włącznie, gdyż samoloty nie będą miały gdzie wylądować;
  8. także przerwanie pracy w kopalniach (nikogo pod ziemią!) oraz innych zakładach pracy.

       Jeżeli Matka Boża dała obietnicę, że wokół żertwy ofiarnej za świat wszyscy się nawrócą, zwłaszcza jej bliscy, to coś podobnego można odnieść do Polski otoczonej wieloma narodami. I na tym polegałaby także misja, którą wobec nich powinna wypełnić „iskra” o charakterze duchowym. Natomiast nasza krzątanina wokół wyżej zasygnalizowanych (i im podobnych) zagadnień, związanych z życiem społecznym, może poruszyć wyobraźnię i umysły innych narodów, mobilizując je do zmiany myślenia i wejścia na właściwą drogę. I w ten sposób ta „druga część iskry” wypełniłaby swoje podwójne zadanie: wobec naszego kraju oraz „misję Noego” wobec świata, który nas obserwuje (a może i „słucha”, jak pisze Słowacki).

NA KOŃCU – MÓJ APEL DO RODAKÓW

       „Polskie drzewo” wydało już zalążek jednego z najpiękniejszych w całej swojej historii owoców. Stanowią go tysiące ludzi, którzy za świat się ofiarowują i modlą z tą świadomością, że się „spełniły wieki” i nasz Pan nadchodzi. Czasu zostało niewiele. Niech więc następne tysiące dołączą do nas poza granicami Kraju – i Polacy, i obcokrajowcy, do których przemówią nasze idee (może dzięki Rodakom, ale i poprzez teksty w obcych językach). Niech teraz dołączą do nas nawet miliony Rodaków, którzy do tej pory wątpili w bliską już Paruzję, zanim pierwsza jej zapowiedź, niepodważalna, (a może znak), wstrząśnie nimi. Niech sobie uświadomią, że to jedyna taka chwila w naszej narodowej historii, w której każdy z nas może stać się apostołem na największą, bo ogólnoświatową skalę, i to za cenę tak niewielką: przez ofiarowanie Bogu za świat swojego codziennego krzyża (który i tak niesie!) oraz swoich codziennych modlitw (które i tak odmawia!). Gdy je złączy z Ofiarą Jezusa i z modlitwą Jezusa, nabiorą nieskończonej wartości.

       Dusze-ofiary, żertwy ofiarne za nawrócenie świata, mogą odnieść do siebie pięć wspaniałych obietnic, które dała im Matka Boża przez ukrytą zakonnicę węgierską, s. Marię Natalię, w 1955 roku. Piąta z nich jest szczególna, a nawet zdumiewająca: źródłem wielkiej codziennej radości powinna być dla nich świadomość, że w swojej śmierci zostaną potraktowane jak męczennicy – ich dusze ulecą wprost do Nieba z pominięciem czyśćca! A więc już w tej chwili mogą czuć się obywatelami Wiecznej Ojczyzny i przebywać w niej sercem, tańcząc ze szczęścia!!!

       „Polskie drzewo” powinno jednak wydać teraz, jak najszybciej, kolejny owoc – także w ramach „iskry” – wyłonić dwa wspomniane wyżej gremia, kościelne i państwowe, współpracujące ze sobą w ramach przygotowywania Kraju do Paruzji. A to zadanie wydaje się o wiele trudniejsze i może być związane z „bólami porodu”, jednak jest możliwe przy Bożej pomocy. Wszechmocny Bóg ma do swojej dyspozycji moce anielskie i ziemskie, a przed Jego tronem w Niebie modli się za nas tak olbrzymia rzesza świętych, że to co po ludzku trudne, dla Niego takie nie jest.

       Skoro dane mi było przyczynić się do zaistnienia „iskry” w jej pierwszym wymiarze, mam nadzieję, że i w drugim mogę być do czegoś potrzebny. Chyba niewielu jest w tej chwili na ziemi ludzi, którzy otrzymali tak daleko idące „wtajemniczenie” w kształt nadchodzących wydarzeń. Wiele o tym mówiłem i pisałem. Gotów teraz jestem stanąć nawet przed całym Narodem, np. w katolickiej telewizji, i poruszyć te zagadnienia, od samej Paruzji wychodząc. Wiem, że największy wróg Kościoła wydał już na mnie wyrok, więc w każdej chwili jestem gotów oddać swoje życie za wiarę, nadejście Królestwa Bożego i za „iskrę z Polski”. Nie mogę jednak znaleźć się przed Obliczem Boga Ojca bez zameldowania Mu: „Wykonało się! Wypełniłem to, co mi poleciłeś i pokazałeś we wczesnym dzieciństwie, gdy Matka Najświętsza zaniosła mnie przed Twój Tron”. Będę więc czekał na pojawienie się odpowiednich ludzi i na ich propozycje.

       A więc… do dzieła, Rodacy! Do boju i do pracy! Do walki o odnowę oblicza ziemi! Pod opieką Króla i Królowej Polski, w otoczeniu Aniołów i Świętych, z Bożym błogosławieństwem!

ks. Adam Skwarczyński
R., 11 listopada 2017

Opublikowano Aktualności | Otagowano , | 37 Komentarzy

Ks. Francesco Bamonte: „Maryja i egzorcyzmy. Świadectwo egzorcysty o niezwykłej mocy Maryi w walce z Szatanem”

Ks. Francesco Bamonte, opierając się na autorytecie Biblii oraz nauczaniu Kościoła, ukazuje, jak ogromną wartość ma autentyczny kult Maryi w walce ze światem demonów. Jego książka to piękny portret Matki i Świętej Opiekunki, która poprzez wspieranie działania Chrystusa prowadzi ludzkość do Boga. Autor przedstawia również swoje osobiste doświadczenia, opowiadając o tym, jak wyraźnie odczuwa obecność i pomoc Maryi podczas swojej kapłańskiej opieki nad osobami opętanymi.

PRZYKŁADY ZACZERPNIĘTE Z EGZORCYZMÓW – fragment

W moim doświadczeniu egzorcysty zorientowałem się, że demon żadnej modlitwy pozaliturgicznej [Różaniec „nie tylko nie przeciwstawia się liturgii, ale jest dla niej oparciem, gdyż dobrze do niej wprowadza i stanowi jej echo, pozwalając przeżywać ją w pełni wewnętrznego uczestnictwa i zbierać jej owoce w życiu codziennym” (RVM 4). „Jeśli liturgia jako działanie Chrystusa i Kościoła jest zbawczym działaniem w pełnym tego słowa znaczeniu, to różaniec jako medytacja o Chrystusie z Maryją, jest zbawienną kontemplacją. Zagłębianie się, tajemnica po tajemnicy, w życie Odkupiciela sprawia bowiem, że to, co On zdziałał, a liturgia aktualizuje, zostaje dogłębnie przyswojone i kształtuje egzystencję” (RVM 13).] tak nie nienawidzi, nie lęka się jej i unika, jak Różańca Świętego.

Pewnego dnia, gdy brałem do ręki Różaniec, demon wykrzyknął: „To rzecz, której nie znoszę, nie znoszę! Tamten głupi starzec dobrze ją nazywał, dał jej słuszne imię: nazywał ją „bronią”, ponieważ jest to prawdziwa broń. Prawdziwa broń przeciwko nam” [Św. Ojciec Pio z Pietrelciny pewnego dnia powiedział: „Szatan dąży do zniszczenia tej modlitwy, ale nigdy mu się to nie uda: jest to modlitwa Tej, która triumfuje nad wszystkim i nad wszystkimi. To Ona nas jej nauczyła, tak jak Jezus nauczył nas Ojcze nasz”. Często opowiadał on sen, w którym, wyglądając z okna chóru, czyli miejsca, gdzie bracia gromadzili się na modlitwie, zobaczył plac wypełniony tłumem, który zdawał się być tłumem potępionych. Ojciec Pio zapytał: „Kim jesteście? Czego chcecie?”. I cały ten tłum chórem, głosem potężnym i ogłuszającym, wykrzyknął na całe gardło: „Śmierci Ojca Pio!”. W tym momencie Ojciec zorientował się, że wydawały się to być osoby, ale w rzeczywistości były to same demony. Usłyszawszy te słowa, wrócił on do chóru, by się modlić i zobaczył wychodzącą mu naprzeciw Matkę Najświętszą, która spoglądając nań jak matka, zdecydowanym gestem włożyła mu w dłonie różaniec i powiedziała: „Z tą bronią to ty zwyciężysz!”. Wówczas Ojciec Pio wrócił do okna i pokazał się w nim z różańcem w dłoniach. Natychmiast zobaczył, jak wszystkie demony padają ogłuszone na ziemię. Po chwili, nadal śniąc, ponownie znalazł się przy tym samym oknie. Jeszcze raz zobaczył liczny tłum. Zdziwio­ny i nie bez pewnego zawodu, krzyknął: „Ach! Nie jesteście martwi?”. I zapytał znowu: „Kim jesteście?”. Zgromadzeni odpowiedzieli: „Jesteśmy chrześcijanami!”. Ojciec Pio z ulgą powiedział do wszystkich: „Jesteście dziećmi i uczniami Jezusa… A więc chodźcie ze mną! Podążajcie za mną i słuchajcie mnie! A nikt nigdy wam nie zaszkodzi!”. I dodał: „Trzymajcie zawsze w swojej ręce Broń Maryi, a zawsze i wszędzie odniesiecie zwycięstwo nad piekielnymi wrogami”]. Na te słowa powiedziałem: „W imię Jezusa, kim jest ten głupi starzec, o którym mówisz?”. A on na to: „Pio”. „Ojciec Pio z Pietrelciny?”. „Taak!”. Odparłem: „Nie jest głupcem: jest inteligentny, mądry, pobożny”. A demon: „Dla nas jest głupcem. A teraz jeszcze pracuje u boku Nazarej­czyka i Tamtej Niewiasty, która znajduje się w górze”. „Jak się nazywa Ta Niewiasta, która znajduje się w górze?”. „Nazywa się tak jak ta (tutaj kieruje przekleństwo do osoby przez niego opętanej)”.

Pewnego dnia nakazałem demonowi: „Opisz cuda Różańca!”. Odpowiedział mi: „Dla mnie jest obrzydliwy”. A ja na to; „Dla nas jest cudowny. W imię Naszego Pana Jezusa Chrystusa, który każdemu z nas dał za Matkę Dziewicę Maryję, opisz te wszystkie sprawy, które dla ciebie są obrzydliwe, a dla nas są dobre”. Demon na to: „Opisuje całą drogę bólu, jaką On ofiarował za was i która kosztowała wiele bólu nie tylko Jego, lecz także Jego Matkę, dla ocalenia wszystkich was; aby otworzyć wam bramy Raju. Ona cierpiała bardzo, tak bardzo, jak Jej Syn, i razem z Nim dokonała ekspiacji za wasze grzechy. Oto dlaczego każdy paciorek to łza Tej Niewiasty, która odczuwała ból przez całe trzy lata, w których On cierpiał za Was, nauczał, uzdrawiał, objawiał się. Wszystkiego dokonał w ciągu tamtych trzech lat, łącznie z tym, co osiągnął w ciągu tamtych pięćdziesięciu dni, a co uświęcił poprzedni Papież (odniósł się wyraźnie do „tajemnic Światła”, które Jan Paweł II dodał do tajemnic Różańca). Gdy wy modlicie się na tych przeklętych paciorkach, wszystko nas boli, ponieważ kontemplujecie to, co On uczynił przeciwko nam. Wszystko. W ciągu tamtych trzech lat On walczył tylko i wyłącznie po to, by wyrządzić nam krzywdę i by oddalić od nas dusze, ponieważ wcześniej nie było to możliwe. Po Jego przyjściu, a zwłaszcza po Jego objawieniu (publicznym), w ciągu tamtych trzech lat, które rozważacie w tych tajemnicach, wy nas «zabijacie», ponieważ my od nowa doświadczamy wydarzeń z Jego życia, zwłaszcza jeśli kontemplujecie je, ofiarując i ponownie przeżywając jego cierpienia, tak jak to czyni ona (tu kieruje przekleństwo w stronę osoby opętanej). Ta kobieta (przez niego opętana, która ofiarowuje wszystkie swoje cierpienia Bogu) jest prawdziwym zagrożeniem, tak samo jak inne takie jak ona. Jeśli, rozważając tajemnice przy pomocy tej broni (Różańca), wy łączycie wasze cierpienia z Ich (Jezusa i Maryi) oraz z męką wszystkich cierpiących, których On (Jezus) wybrał, tak jak tę kobietę — ponieważ to nie jej wybór, to On podtrzymuje ją w tym stanie — zatem tak, sprawiacie nam wiele krzywdy”.

Podczas innego egzorcyzmu Zły powiedział: „Gdy wy odmawiacie Zdrowaś Maryjo, to tak jakby Ona po raz kolejny unosiła waszego ducha przed oblicze Ojca, ponieważ Ona kocha was jak nikt inny, za­biera was do góry ze sobą. Podczas gdy ty wspominasz życie Tamtego (odnosi się do rozważania pojedynczych tajemnic Różańca), ja przeżywam ponownie to, co zrobił nam Tamten (tu przeklina), a stanowi to dla mnie prawdziwą torturę, ponieważ ty kończysz, a zaczyna następny; kończy ten następny, a zaczyna kolejny… kończy tamten i zaczyna jeszcze inny. Zawsze, zawsze jest ktoś, kto go odmawia. Nie ma chwili, w której nie byłby odmawiany. To nieprzerwana kantylena, w każdej części świata. Ale dla nas to śmiertelny podkład muzyczny. Przez te wszystkie (ponownie klnie) tajem­nice, za każdym razem przypominacie nam, co uczynił i to nas boooooli!”.

Był 7 października, wspomnienie Matki Bożej Różańcowej, wyjąłem z kieszeni różaniec, co natych­miast spotkało się z reakcją demona: „Sprawiacie mi ból tymi paciorkami, bękarty! I bękartami są ci, którzy je robią! (być może odnosił się do tych, którzy przygotowują koronki różańcowe)”. Ja zadałem pyta­nie: „Dlaczego takcie drażnią te paciorki?„, jednocześnie nakazując mu, by udzielił odpowiedzi. Brzmiała ona następująco: „Bo zadajecie mi wiele ciosów. Przestańcie! Czy ode mnie nie dostajecie ich dość?”. Na te słowa włożyłem różaniec na osobę egzorcyzmowaną i demon wykrzyknął: „Jest ciężki, przygniata mnie, zdejmijcie go, przygniata mnie! Zgniatasz mnie! Wyłażą mi «flaki», nie widzisz?”.

Czego te reakcje demona uczą nas w naszym codziennym życiu? Mianowicie tego, że dobrze odmawiany Różaniec „obciąża” demona w taki sposób, że nie może on wyrządzić nam całej krzywdy, jaką dla nas przewidział, ponieważ Matka Najświętsza, właśnie przez Różaniec, rozwija naszą wiarę w Boga i chroni nas przed zasadzkami wroga.

Innego dnia, egzorcyzmując ponownie wyjąłem z kieszeni różaniec. W odpowiedzi na ten gest demon natychmiast wykrzyknął: „Zdejmij ten łańcuch, zdejmij ten łańcuch!”. A ja na to: ,Jaki łańcuch?”. On: „Ten z krzyżem na końcu. Ona nas biczuje tym łańcuchem!”. Jest to oczywiście język metaforyczny, lecz pozwala nam w konkretny sposób zrozumieć moc Różańca oraz jak bardzo demon się go boi,

Pewnego razu, gdy znów nałożyłem różaniec na szy­ję osoby opętanej, demon natychmiast wykrzyknął: „Chcesz mnie zamordować”! Jesteś mordercą! Te zia­renka są gorsze niż ciernie korony Chrystusa! Są żywym ogniem! Każdy paciorek to konsekrowane serce! Zabija nas wszystkich! Odbiera nam oddech! Dusi mnie! Dla nas to pewna śmierć!”.

Innym razem, gdy osobie opętanej wkładałem różaniec na szyję, demon wykrzyknął, próbując mnie zatrzymać: „Zdejmij te róże: śmierdzą, te róże śmierdzą!”. A ja instynktownie powiedziałem: „Gdzie są te róże?”. Demon na to: „Rzuciłeś je na nią! (odniósł się do osoby opętanej)”. Osoba ta, po egzorcyzmie, opowiedziała mi, że pamiętała tylko, iż w pewnym momencie czuła się jakby owinięta koroną z róż [Słowo korona, koronka (wł. corona) autor odnosi do koronki różańcowej, natomiast w tym miejscu znaczenie koronki różańca przeplata się ze znaczeniem korony, wieńca z róż; jak również, jako korona z kolczastych kwiatów, wieniec może przypominać koronę cierniową —przyp. tłum.].

Inne wyrażenia o Różańcu pochodzące z różnych egzorcyzmów:
„Każdy paciorek tej koronki, na której wy się modlicie, to dla nas chłosta, pali nas”.
„Gdy używacie tego przeklętego łańcucha, sprawia mi to ból, ponieważ wzywacie Tamtej (Zdrowaś Maryjo), przypominacie mi życie Tamtego (nasza kontemplacja tajemnic Ewangelii podczas Różańca jest dla niego torturą i wyczerpuje go z sił)”.
„Kto chwyta się tej (w tej chwili próbował zerwać różaniec, który włożyłem na szyję osoby opętanej), nie zgubi swej duszy nigdy”.
„Gdy kontemplujecie tajemnice tej koronki, źle ze mną. To cięgi. (Różaniec) wyrywa mi wiele, wiele dusz. Bo jest Jej. Bo należy do Tamtej”.
„Ja jej nienawidzę (koronki różańcowej), bo to koronka miłości, która jednoczy wszystkich z Nim i z Nią”.

W końcu:
„Gdybyście wszyscy go znali, ja zostałbym zniszczony w ułamku sekundy. Gdybyście wszyscy odmawiali Różaniec, tę tutaj bękarcią rzecz, z wiarą! (i z pogardą odepchnął różaniec, który miałem w ręce). Czy wiesz, co Ona robi, gdy wy odmawiacie ten łańcuch? (następuje seria wyzwisk pod moim adresem): Ona bierze waszą dłoń, wychyla się do Nieba i chwyta dłoń waszego Boga, i poprzez tę modlitwę, ten łańcuch (ponownie klnie), zbliża te dwie dłonie, by się dotknęły. A gdy się spotykają Ona się raduje, klęka i modli się. Tylko niewielu może tego doświadczyć, ponieważ ludzie wielokrotnie wyrywają się z dłoni Tamtej, bo nie chcą tego robić, nie chcą tego robić, przeze mnie, który jestem ich bogiem; lecz ci, którym się to udaje (i powtarza), lecz ci, którym się to udaje, mają tego pełną świadomość i Ona się raduje. Widzisz, jak klęka i całuje przebite stopy swojego Syna, i mówi, że udzielił łaski temu (czyli jakiejś osobie), ponieważ dotknął jego dłoni, a u tamtych (mieszkańców Raju), gdy się to zdarza, całe Niebo się raduje…”

Opublikowano Pomoc duchowa | Otagowano , , | 26 Komentarzy

Św. Ludwik Maria Grignon de Montfort o fałszywych czcicielach i fałszywych nabożeństwach do Najświętszej Maryi Panny.

Z wielkim trudem przychodzi im patrzeć na ludzi prostych i pokornych, klęczących przed ołtarzem lub obrazem Najświętszej Dziewicy, a niekiedy i na rogu ulicy, aby tam modlić się do Boga; oskarżają ich niemal o bałwochwalstwo, jak gdyby czcili drzewo lub kamień

Św. Ludwik Maria Grignion de Montfort
Traktat o doskonałym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny
Część III Rozdział I: Fałszywi czciciele Najświętszej Dziewicy
i fałszywe formy nabożeństwa do Niej.

Wyróżniam siedem rodzajów fałszywych nabożeństw czy też fałszywych czcicieli Najświętszej Panny, mianowicie:
1) krytykantów,
2) skrupulatów,
3) powierzchownych,
4) zarozumiałych,
5) niestałych,
6) obłudników,
7) interesownych.

Czciciele – krytykanci

     Czciciele – krytykanci to zazwyczaj pyszni uczeni, zarozumiali niedowiarkowie, którzy w głębi duszy niby zachowują coś z nabożeństwa do Najświętszej Panny, ale krytykują wszelkie pobożne praktyki nieuczonych ludzi z ich prostotą i namaszczeniem ku czci tej Dobrej Matki, a krytykują je dlatego, że nie odpowiadają one ich gustom. Poddają w wątpliwość wszelkie cuda i zdarzenia, przekazane przez wiarygodnych autorów lub zapisane w kronikach zakonów, a świadczące o miłosierdziu i potędze Najświętszej Maryi Panny. Z wielkim trudem przychodzi im patrzeć na ludzi prostych i pokornych, klęczących przed ołtarzem lub obrazem Najświętszej Dziewicy, a niekiedy i na rogu ulicy, aby tam modlić się do Boga; oskarżają ich niemal o bałwochwalstwo, jak gdyby czcili drzewo lub kamień. Z dumą zaznaczają, że nie lubią takich form pobożności i nie są tak naiwni, by wierzyć w te wszystkie opowiadania i historyjki o Najświętszej Pannie. A kiedy słyszą owe przedziwne pochwały Najświętszej Dziewicy, głoszone przez Ojców Kościoła, to powiadają, że Ojcowie ci jako kaznodzieje przesadzali, lub też przewrotnie tłumaczą ich słowa.

     Tego rodzaju ludzi, pełnych pychy i światowych, źle pojmujących pobożność, bardzo się trzeba wystrzegać. Wyrządzają oni niezmierną krzywdę nabożeństwu do Najświętszej Dziewicy przez to, że oddalają od niego ludzi pod pozorem walki z nadużyciem.

Czciciele – skrupulanci

Czciciele – skrupulaci to ci, którzy obawiają się, by czcząc Matkę, nie ująć czci Synowi, a wynosząc Maryję, nie poniżać Jezusa. Nie znoszą, by Najświętszej Dziewicy oddawano głęboką a tak słuszną cześć, jaką Jej oddawali Ojcowie Kościoła. Z trudem znoszą, gdy widzą, że więcej ludzi klęczy przed ołtarzem Matki Bożej niż przed Najświętszym Sakramentem, jak gdyby jedno było sprzeczne z drugim, jak gdyby ci, co się modlą do Matki Najświętszej, nie modlili się przez Nią do Pana Jezusa. Nie chcą, by tak często mówiono o Najświętszej Dziewicy, by się do Niej często zwracano.

     Oto kilka typowych zwrotów, którymi się zwykle posługują: Po cóż tyle Różańców, tyle bractw i zewnętrznych nabożeństw do Najświętszej Panny? Ileż w tym nieświadomości! Czy to nie jest ośmieszanie naszej religii? Uznaję tylko tych, którzy się modlą do Jezusa Chrystusa. Trzeba się uciekać do Chrystusa, On jest bowiem naszym jedynym Pośrednikiem. Trzeba głosić Jezusa Chrystusa – oto, co jedynie jest pewne.

     Powyższe twierdzenia są poniekąd słuszne, jednakże stosuje się je w tym celu, by przeszkadzać nabożeństwu do Najświętszej Panny. Dlatego są one bardzo niebezpieczne i stanowią pewnego rodzaju sidła, które zły duch zastawia pod pozorem większego dobra. Nigdy bowiem nie czcimy Jezusa Chrystusa więcej niż wtedy, kiedy czcimy Najświętszą Dziewicę; czcimy Ją zaś tylko dlatego, by doskonalej czcić Jezusa Chrystusa. Idziemy ku Niej jako do drogi prowadzącej do zamierzonego celu, którym jest Jezus Chrystus.

Kościół święty wraz z Duchem Świętym błogosławi najpierw Najświętszą Dziewicę, a potem dopiero Jezusa – Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony jest owoc żywota Twojego, Jezus – nie dlatego, jakoby Najświętsza Maryja Panna znaczyła więcej niż Jezus, lub była Mu równa: byłoby to nieznośną herezją, ale dlatego, że należy najpierw sławić Maryję, by doskonalej wielbić Jezusa. Powiedzmy zatem ze wszystkimi prawdziwymi czcicielami Maryi – wbrew twierdzeniom owych fałszywych skrupulatów: O Maryjo, błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony jest owoc żywota Twojego, Jezus!

Czciciele powierzchowni

Czciciele powierzchowni to ci, którzy nabożeństwo do Najświętszej Panny opierają na praktykach czysto zewnętrznych. Lubują się tylko w zewnętrznej szacie nabożeństwa do Najświętszej Panny, gdyż nie mają ducha wewnętrznego. Odmawiają pośpiesznie mnóstwo Różańców, wysłuchują po kilka Mszy św. bez nabożeństwa; biorą udział w procesjach bez należytego skupienia; należą do wszystkich możliwych bractw – a przy tym wszystkim: nie ma w ich życiu najmniejszej poprawy; nie walczą z namiętnościami i nie naśladują cnót Najświętszej Maryi Panny. Rozkoszują się tylko uczuciowymi momentami nabożeństw, nie zważając na ich prawdziwą treść. Kiedy w praktykach religijnych nie przeżywają tkliwych uczuć, zdaje się im, że nie robią nic, wpadają w nieład duchowy; przerywają pobożne praktyki lub spełniają je niedbale i dorywczo. Świat jest pełen takich ludzi zewnętrznych i nikt bardziej niż oni nie krytykuje osób prawdziwie religijnych, które skupienie wewnętrzne uważają za sprawę zasadniczą, choć bynajmniej nie lekceważą zewnętrznej skromności jako oznaki prawdziwej pobożności.

Czciciele zarozumiali

Czciciele zarozumiali to grzesznicy pozostający niewolnikami swych namiętności, lub miłośnicy świata, którzy pod pięknym mianem chrześcijan i czcicieli Maryi ukrywają pychę i skąpstwo, nieczystość niesprawiedliwość, złość, obmowę przekleństwo itd. Pod pozorem, że są czcicielami Matki Najświętszej, trwają spokojnie w złych nałogach, nie zadając sobie najmniejszego trudu, by się poprawić. Wmawiają sobie, że Pan Bóg im przebaczy, że nie umrą bez spowiedzi i nie będą potępieni, ponieważ odmawiają Różaniec, poszczą w soboty, należą do Bractwa Różańcowego, do Szkaplerza lub Sodalicji i noszą medalik Matki Bożej, itd.

     Jeśli ktoś im zwróci uwagę, że ich nabożeństwo to tylko szatańska ułuda lub zgubne zuchwalstwo, mające ich doprowadzić do wiecznego potępienia, nie chcą wierzyć. Odpowiadają: Bóg jest dobry i miłosierny i nie po to nas stworzył, by nas potępić; nie ma człowieka, który by nie grzeszył; nie umrą bez spowiedzi; żal doskonały za grzechy w chwili śmierci wystarczy, zwłaszcza iż mają nabożeństwo do Najświętszej Maryi Panny, noszą szkaplerz; odmawiają codziennie, nie chełpiąc się tym, siedem Ojcze nasz i siedem Zdrowaś, Maryjo na Jej cześć, a nawet od czasu do czasu odmawiają Różaniec i Godzinki do Najświętszej Panienki; poszczą itp.

     Aby potwierdzić to, co mówią, i więcej się tym zaślepić, przytaczają rozmaite historie – mniejsza: usłyszane czy przeczytane w książkach, prawdziwe zmyślone – zaświadczające, że pewne osoby zmarłe w grzechu śmiertelnym bez spowiedzi zostały cudem wskrzeszone, aby się mogły wyspowiadać; że w innym przypadku dusza biednego grzesznika pozostała cudownym sposobem w ciele tak długo, dopóki tenże nie odprawił spowiedzi; że wielu otrzymało od Boga przez miłosierdzie Najświętszej Maryi Panny łaskę doskonałego żalu za grzechy, odpuszczenie ich w chwili śmierci i dostąpiło zbawienia. A wszystko to stało się dlatego, iż osoby te za życia odmawiały pewne modlitwy lub spełniały niektóre praktyki religijne na cześć Najświętszej Panny, więc i oni się tego spodziewają.

Nie ma w chrześcijaństwie nic tak godnego potępienia, jak ta szatańska zarozumiałość. Bo czyż może ktoś mówić szczerze, że kocha i czci Najświętszą Dziewicę, jeśli swymi grzechami kłuje, przebija, krzyżuje i znieważa bezlitośnie Jezusa Chrystusa, Jej Syna? Gdyby Maryja przez swe miłosierdzie z reguły ratowała ludzi tego rodzaju, to wprost popierałaby zbrodnię i dopomagała w ukrzyżowaniu i znieważaniu swego Syna. Któż ośmieliłby się coś podobnego przypuścić?

Twierdzę, że nadużywać w ten sposób nabożeństwa do Najświętszej Maryi Panny, które po nabożeństwie do Jezusa Chrystusa w Najświętszym Sakramencie jest najświętsze i najpewniejsze, znaczy popełniać przerażające świętokradztwo – najgorsze i najmniej zasługujące na przebaczenie, prawie jak niegodnie przyjęta Komunia święta.

     Przyznaję wprawdzie, że – aby być prawdziwym czcicielem Najświętszej Maryi Panny – nie potrzeba koniecznie być tak świętym, by wystrzegać się wszelkiego grzechu, jakkolwiek byłoby to bardzo pożądane. Jednakże, prawdziwy czciciel Maryi musi przynajmniej (proszę dobrze uważać na to, co teraz powiem):

     po pierwsze, mieć szczere postanowienie unikania co najmniej wszelkiego grzechu śmiertelnego, który Matkę tak samo znieważa, jak Syna;
     po drugie, zapierać się siebie, by unikać grzechu;
     po trzecie, należeć do bractw, odmawiać Różaniec lub inne modlitwy, pościć w soboty itd.

Wszystko to przedziwnie przyczynia się do nawrócenia nawet najbardziej zatwardziałych grzeszników. Jeśli czytelnik znajduje się w ich liczbie, to radzę mu – choćby jedną nogą był już nad przepaścią – zastosować te ćwiczenia, pod warunkiem jednak, że będzie je wykonywał w intencji uzyskania u Boga za pośrednictwem Najświętszej Maryi Panny łaski żalu doskonałego za grzechy i przebaczenia oraz pokonania złych nałogów i że nie będzie żył spokojnie w stanie grzechu mimo wyrzutów sumienia i wbrew przykładowi Jezusa Chrystusa i świętych oraz wbrew zasadom świętej Ewangelii.

Czciciele niestali

Czciciele niestali to ci, co służą Matce Najświętszej dorywczo i kapryśnie. Raz są żarliwi, raz obojętni; raz są gotowi zrobić wszystko, by służyć Najświętszej Pannie, a niebawem stają się zupełnie inni. Chwytają się wszystkich możliwych nabożeństw ku czci Najświętszej Panny i wstępują do Jej stowarzyszeń, a potem nie spełniają wypływających stąd obowiązków. Zmieniają się jak księżyc105. Toteż Maryja trzyma ich jak księżyc u stóp swoich, bo zmienni są, a niegodni, by zaliczono ich do grona owych sług Panny wiernej, których udziałem jest wierność i stałość. Lepiej nie podejmować się wielu modlitw i praktyk pobożnych; lepiej spełniać ich mniej, lecz wiernie i z miłością, mimo pokus pochodzących od świata, szatana i ciała.

Czciciele obłudni

Do pozornych czcicieli Najświętszej Dziewicy zaliczyć trzeba przede wszystkim czcicieli obłudnych, którzy pod płaszczem tej Dziewicy wiernej ukrywają swe grzechy i złe przyzwyczajenia, by w oczach ludzi uchodzić za takich, jakimi w rzeczywistości nie są.

Czciciele interesowni

Czciciele interesowni wreszcie tylko po to uciekają się do Najświętszej Dziewicy, by wygrać jakiś proces, uniknąć jakiegoś niebezpieczeństwa, wyleczyć się z jakiejś choroby lub w podobnych potrzebach. Inaczej o Panience Najświętszej zapomnieliby. Są to czciciele fałszywi, którzy nie są mili Bogu ani Matce Najświętszej.

Strzeżmy się zatem, by nie należeć do: czcicieli-krytykantów, którzy w nic nie wierzą, a wszystko krytykują; do czcicieli małodusznych, którzy z szacunku dla Pana Jezusa obawiają się czcić zbytnio Matkę Najświętszą; albo do czcicieli powierzchownych, opierających nabożeństwo tylko na praktykach zewnętrznych; czy do czcicieli zuchwałych, co pod pozorem doskonałego nabożeństwa do Najświętszej Dziewicy gnuśnieją w grzechach; albo do czcicieli niestałych, lekkomyślnie zmieniających swe praktyki pobożne lub przy najmniejszej pokusie opuszczających je zupełnie; czy do czcicieli obłudnych, którzy wstępują do bractw i noszą oznaki Najświętszej Panny, by za dobrych uchodzić; lub wreszcie – do czcicieli samolubnych, uciekających się do Najświętszej Dziewicy, by pozbyć się cierpień cielesnych czy uzyskać dobra doczesne.
____________
105 Por. Syr 27, 11.

Za: kliknij

Opublikowano Pomoc duchowa | Otagowano , | 15 Komentarzy